Eksplozja rasizmu
Mariusz Staniszewski 09.06.2020

W imię walki z rasizmem demolowane są dziś amerykańskie i europejskie miasta. Tej eksplozji nienawiści nie spowodowało wcale zabójstwo George’a Floyda, ale poczucia niższości i brak perspektyw na dostatnie życie młodych, kolorowych. Tylko, że najbardziej te perspektywy odbierają im ci, którzy oficjalnie najbardziej się o nich troszczą.

 

Zostawmy na chwilę na boku sprawę śmierci George’a Floyda. Czy był przestępcą czy nie, jest oczywiste, że policjant reprezentujący państwo nie miał prawa go zabić. W taki czy inny sposób.

Warto jednak przyjrzeć się tłumom młodych ludzi o innym niż biały kolorze skóry, którzy niszczą i okradają sklepy, restauracje i biura. Podpalają budynki i samochody. Atakują policję i wszystkich, których uznają za ciemiężycieli. Tak naprawdę występują przeciwko światu, w którym żyją. Czyli takiemu, który stworzył biały człowiek w oparciu o wartości chrześcijańskie. W Ameryce bardziej protestanckie, w Europie raczej katolickie, ale chrześcijańskie. Zresztą z biegiem lat w kwestiach etosu pracy, własności i bogactwa różnice między katolikami i protestantami nieco się zatarły.

Nie ma wątpliwości, że obecne Stany Zjednoczone stworzyli Anglicy, którzy przynieśli na nowy ląd swój system wartości, instytucje prawne i polityczne oraz religię. W USA ewoluowała ona nieco inaczej niż w samej Wielkiej Brytanii, dlatego Amerykanie są dziś znacznie bardziej religijni niż Brytyjczycy. Wkład rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej w kształt obecnego supermocarstwa jest znikomy. Oczywiście sposób postępowania z Indianami najpierw wojsk brytyjskich, a potem amerykańskich nosi znamiona ludobójstwa, ale warto zwrócić uwagę, że dwieście – trzysta lat temu na tego rodzaju „czystki etniczne” patrzono inaczej i nie wolno ich rozpatrywać z dzisiejszej perspektywy.

Przez lata USA były nie tylko krajem ludzi białych, w których czarnych czy żółtych uznawano za – jak byśmy dziś powiedzieli – „podludzi”, ale też krajem protestantów. Niechętnie lub wcale nie wpuszczano na przykład ludzi z Europy Środkowo-Wschodniej czy Południowej. Katolicy nie byli mile widziani, ponieważ po pierwsze nie reprezentowali odpowiednich cech zdobywców, a po drugie uznawali zwierzchność Watykanu, czyli obcego ośrodka władzy. Dziś taką argumentację usłyszymy co najwyżej od władz Chin czy Korei Północnej, ale wówczas było to obowiązujące prawo.

Rygory narzucone przez angielskich protestantów z biegiem lat słabły. Pozwolono na imigrację katolików, Żydów, Latynosów, czarnych czy żółtych. Obowiązywał jednak jeden zasadniczy warunek. Wszyscy musieli się zamerykanizować – przyjąć obowiązujący w tym kraju system wartości. Obrazowały to dwa porównania. W pierwszym Stany Zjednoczone były zupą pomidorową, w której pomidorami są angielscy protestanci, a inni imigranci jedynie warzywami urozmaicającymi smak. Zupa z warzywami jest lepsza, ale może się bez nich obejść. I dodatkowo zawsze będzie zupą pomidorową.

Drugim porównaniem był tygiel. Wchodzili do niego ludzie z różnymi flagami w dłoniach, ale wychodząc wszyscy dzierżyli flagę amerykańską. Proste i obrazowe. Chodziło o uznanie obowiązujących reguł, ale także lojalność. Dlatego też przez lata administracja USA nie pozwalała na posiadanie podwójnego obywatelstwa. No bo albo jest się Amerykaninem, albo nie.

To wszystko jednak zaczęło zmieniać się w latach sześćdziesiątych, gdy na poważnie do głosu doszła lewica. Nie tylko w USA, ale też w Europie. Zmieniła ona podstawową zasadę, wedle której Amerykanie – bez względu na religię czy kolor skóry – muszą być jednym narodem. Nowy program polityczny zakładał docenianie mniejszości. Przestały one pełnić rolę warzyw w zupie pomidorowej, ale stały się osobnym daniem.

Jednym z elementów było przyznawanie punktów za pochodzenie przy rekrutacji na publiczne uczelnie oraz preferencje przy zatrudnianiu dla osób pochodzących z mniejszości. Początkowo narodowych, późnej także seksualnych.

Powstał również system dwujęzycznej edukacji (dziś dotyczy on przede wszystkich Latynosów), który sprawia, że w USA można skończyć szkołę średnią nie znając dobrze języka angielskiego. To oczywiście zamyka drogę na studia, a co za tym idzie awans społeczny i drogę do dobrobytu.

Działania lewicy spowodowały więc, że w Stanach rośnie liczna obywateli, którzy słabo lub wcale nie mówią po angielsku. Przyznane preferencje dla mniejszości sprawiają, że czarni studenci – statystycznie – są gorzej wykształceni niż biali czy żółci. Mają więc mniejsze szanse na otrzymanie lepszej pracy i szybki awans.

Zastosowanie innych kryteriów naboru do pracy, administracji czy na uczelnie dla białych, żółtych i czarnych jest nie tylko demoralizujące dla wszystkich tych grup, ale też z gruntu rasistowskie. Zakłada, że jedni potrzebują preferencji, by dorównać innym.

Polityka lewicy polegająca na docenianiu małych grup w antagonizmie do większości: czarni kontra biali, Latynosi kontra biali czy homo kontra hetero powoduje także pojawianie się głębszych podziałów niż one w rzeczywistości są. Tworzy bowiem uczucie wrogości, w którym z obywatela zdejmuje się odpowiedzialność za jego własny los. Według lewicy jest on zdeterminowany przez rasę, religię, kolor skóry czy preferencje seksualne.

American Dream, który przez dziesiątki lat pchał za ocean miliony Europejczyków zakładał przecież, że o sukcesie decydują pracowitość, wykształcenie, zaradność. Każdy mógł poprawić swój los pod warunkiem, że przyjmował zasady ustanowione przez ojców założycieli i dawał z siebie wszystko, co najlepsze. Dzięki temu budował dobrobyt własny i Ameryki. Wszyscy więc byli równi, a ich los leżał w ich własnych rękach. Gdy państwo podważyło swoje własne podstawy, rowy dzielące grupy etniczne czy rasowe przestały się spłycać, ale zaczęły pogłębiać.

Mechanizm ten nie dotyczy oczywiście tylko Stanów Zjednoczonych. To samo widzimy w Europie. Imigranci mieszkający we Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Belgii są przez władze traktowani lepiej niż rdzenni obywatele. Rządy tych państw przymykają oczy na wydawanie za mąż dziewczynek z podstawówki, na okrutne okaleczanie dziewczynek nazywane obrzezaniem, na nadużywanie systemu opieki społecznej, na drobne i poważne przestępstwa, na prześladowania chrześcijan w ich własnym kraju. Co więcej, zabiegając o głosy imigrantów transferują ogromne środki publiczne zwiększając antagonizmy oraz sfery ubóstwa przybyszów. Coraz wyższe zasiłki zniechęcają ich przecież do pracy, a przez to hamują ich integrację i możliwość normalnego życia.

Nie trzeba być wybitnym socjologiem, by dostrzec, że w bogatych państwach zachodu przestało istnieć jedno społeczeństwo, o narodzie już nie wspominając. W administracyjnych granicach tych krajów funkcjonuje wiele społeczeństw, które nie tylko mają ze sobą coraz mniej wspólnego, ale pałają do siebie coraz silniejszą nienawiścią. W efekcie coraz mniejsza liczba obywateli – białych i kolorowych – utożsamia się z krajem, w którym mieszka. Biali dlatego, że państwo wypycha ich z kolejki po dobrobyt i przyznaje preferencje kolorowym. Kolorowi, ponieważ przepaść między nimi a białymi nie zmniejsza się, a często rośnie.

Trudno się spodziewać, by proces niszczenia wspólnot narodowych w najbliższym czasie został zatrzymany. Raczej będzie postępował, a formy będą podobne do tych, które widzimy w miastach USA i Europy Zachodniej.