Epitafium dla Polski Fair Play
Łukasz Warzecha 05.06.2019

Robert Gwiazdowski ogłosił zamknięcie projektu Polska Fair Play. Napisał: „Naszych sił jest za mało, a siła nienawiści między dwoma politycznymi blokami jest zbyt duża, by przezwyciężyć ją przy pomocy racjonalnych argumentów”.

 

Dziś mogę powiedzieć, że w sprawie projektu Roberta – jednego z najrozsądniejszych ludzi w polskim życiu publicznym – byłem rozdarty. Z jednej strony mógłbym się w 95 procentach podpisać pod tym, co PFP proponowała. Z drugiej – od początku przypuszczałem, że z tej pięknej przygody nic nie wyjdzie.

Myślę, że gdy projekt został już formalnie zamknięty, warto rozdzielić przyczyny jego porażki na dwa wątki. Jeden to wątek technologii politycznej, drugi – wątek zapotrzebowania na ideę, którą reprezentowała PFP. W tej pierwszej kwestii nie mam wiele do powiedzenia, również dlatego, że w żaden sposób nie angażowałem się w PFP – jako publicysta mogę określone przedsięwzięcia wspierać swoim piórem, ale tylko tak. I tylko w tych kwestiach, gdzie odpowiadają moim poglądom, bo tej zasady trzymam się konsekwentnie: publicyście nie wolno iść za partyjnym sztandarem, a jedynie za swoimi poglądami.

Z całą pewnością problemem w przypadku PFP była słaba rozpoznawalność lidera i marki, których nie było czasu zbudować. Zbyt mało czasu było też na stworzenie lokalnych struktur. Za mało było środków. Polski system subwencji potężnie premiuje wielkich graczy i nie ma nadziei, żeby miało zostać zreformowany, mimo że pomysły na taką reformę są. Krótko mówiąc – projekt z szansami na przekroczenie progu w wyborach do PE powinien wystartować grubo wcześniej, choć i to nie gwarantowałoby sukcesu.

Donioślejsze znaczenie ma jednak kwestia zapotrzebowania na idee, które głosiła PFP, a także na sposób ich prezentowania: bezpośredni, bez upiększania. Z jednego ogromnie się cieszę: że ani przez chwilę Robert nie poszedł drogą Konfederacji, a w szczególności Sławomira Mentzena, przechwalającego się przed publicznością własnymi zdolnościami cynicznego grania na emocjach. Jak się okazuje, to Konfederacji nie wystarczyło.

PFP od początku wybrała podwójne ryzyko. Pierwsze to próba sprzedania idei idących całkowicie pod prąd tego, co się dzisiaj w Polsce sprzedaje najlepiej: roszczeniowości, wpatrywania się w państwo, patologicznego wręcz paternalizmu, rozdawnictwa, ekspansji socjalistycznych wymysłów. W swoim oświadczeniu o zakończeniu działalności PFP Robert Gwiazdowski pominął fakt, że pomiędzy dwoma obozami buzują nie tylko emocje, zabijające racjonalność i propaństwowe myślenie, ale też, że obie skonfliktowane strony rozpoczęły licytację w populizmie i socjalizmie, wspólnie zdobywając aż 85 procent głosów. W pewnym uproszczeniu można zatem powiedzieć, że 85 procent głosujących nie miało problemu z licytacją na rozdawanie pieniędzy ani z paternalistycznym przekazem.

Paternalizm jest tu nie mniej ważny niż socjalistyczne rozdawnictwo, bo i tu leży siła PiS – w podejściu państwa do obywatela. Wielokrotnie na tym blogu pisałem o fatalnym, degradującym państwo magicznym myśleniu polityków: jeśli jest problem, to zróbmy przepis, a problem zniknie. Niestety, w podobny sposób myśli ogromna część Polaków, a PiS ten magiczny sposób myślenia wykorzystuje, żeby zrobić im dobrze. Ogromna część Polaków jest szczęśliwa, że państwo generuje kolejne zakazy i nakazy, bo robi to władza, która się im podoba albo te zakazy i nakazy są zgodne z ich upodobaniami. O tym mechanizmie również już kiedyś pisałem. To mniej więcej tak, jakby ktoś cieszył się z narzuconego wszystkim zakazu używania kosiarek spalinowych, bo akurat za płotem ma sąsiada, który mu taką kosiarką hałasuje w ciągu dnia. Więc dobrze, że państwo zabroniło wszystkim, bo dzięki temu pan Felek nie będzie mi wreszcie pierdział swoją kosiarką nad moim uchem.

Janusz Korwin-Mikke twierdził zawsze, że kluczem do wielkiego zwycięstwa konserwatywnych liberałów jest wytłumaczenie ludziom, jak jest naprawdę. Jak się im wytłumaczy, to masowo ruszą do urn głosować na JKM. Niestety, ludzie albo nie byli powszechnie zainteresowani, albo – zdaniem JKM – byli zwyczajnie za głupi i ta metoda się nie sprawdzała. Szczęśliwie PFP i jej lider nigdy w ten sposób nie myśleli. Propozycje nie były skierowane do wielkiej grupy osób w nadziei sprowadzenia na nie nagłego liberalnego oświecenia, ale do tych, którzy są nimi zainteresowani – a to może być jednak grupa znacznie większa niż 74 tys. osób, które ostatecznie zagłosowały na formację Roberta w sześciu okręgach.

Ale też trzeba być realistą. Wolnorynkowe i antyetatystyczne propozycje nie zwyciężą. Gdyby zrobić dzisiaj w Polsce ankietę z pytaniem: czyli wolisz mieć 5 tysięcy gwarantowane czy musieć na nie pracować – większość odpowie, że woli mieć gwarantowane i nie musieć pracować. I jest to w gruncie rzeczy racjonalne. Szczególnie gdy władza od paru lat wpaja obywatelom, że pieniądze są właściwie nieograniczone, bo wcześniej zabierali je złodzieje i cwaniaki (do tej drugiej kategorii adresaci przekazu PiS zaliczają również „prywaciarzy”, czyli ogólnie przedsiębiorców), a teraz dobry rząd ze szlachetnym Janosikiem na czele je odebrał i może rozdać dobrym, biednym ludziom.

Co w takim razie pozostaje? Ano to, co środowisko ZPP i WEI robiło najlepiej i co jest bardzo potrzebne, ale też co jest prawdziwym długim marszem: powolna i mozolna praca nad sygnalizowaniem ryzyk i problemów, wyjaśnianiem podstawowych pojęć, kształtowaniem młodych ludzi (Świetlica Wolności i Weekend Kapitalizmu!) – wszystko to przy założeniu, że mówi się do ograniczonej grupy, ale to jest grupa, która dzięki swojemu podejściu już zarabia albo wkrótce będzie dla siebie i dla państwa zarabiać pieniądze. A skoro tak, to będzie się starała zyskać jak największy wpływ na to, jak są wydawane.

PiS przedsiębiorców sobie odpuścił – poza nielicznymi choćby nawet werbalnymi ukłonami w ich stronę, zniknęli niemal całkowicie z radaru partii rządzącej. Ostatni raz zwrócono na nich większą uwagę podczas kongresu gospodarczego, gdy ogłaszano Konstytucję dla Biznesu. Która zresztą okazała się później w dużej mierze dętym gestem (vide choćby sytuacja ze zmianą interpretacji podatkowej, dotyczącej franczyzobiorców w fast-foodach). Ale tak nie da się bez przerwy. Nawet jeśli państwem faktycznie kieruje polityk, który o prowadzeniu prywatnego biznesu i o ekonomii nie ma zielonego pojęcia (rozmowy o biznesowym przedsięwzięciu fundacji czy partii to jednak coś całkiem innego), a premierem jest człowiek, który zawodowe życie spędził w wygodnym fotelu wynajętego menadżera na cudzym, zaś jego prywatne zasoby sięgają 5 milionów złotych (według własnych kryteriów jest superbogaczem i powinien się natychmiast opodatkować na rzecz ubogich według co najmniej 50-procentowej stopy) – nie da się bez końca wyciskać ludzi, którzy faktycznie tworzą pomyślność państwa. To rozumieją nawet Kaczyński z Morawieckim. I dlatego ludzie, którzy uwierzyli w PFP, powinni się teraz skupić na pozyskiwaniu kolejnych osób z tej grupy. Na pokazywaniu im, że można mieć inny pomysł na państwo. Że można na władzę wpływać na różne sposoby. Że własnym pracownikom można pokazywać, w których miejscach państwo robi ich w trąbę i zabiera im kasę. To z czasem będzie grupa silna swoimi pieniędzmi i przedsiębiorczością.

Tak, to nie jest prosta droga ani droga na skróty. Ale, obawiam się, to jest dzisiaj droga niestety jedyna.