Epoka krymska
Tomasz Wróblewski 05.05.2014

Politycy kochają słowa klucze – zgrabne etykiety do oznaczania kolejnych epok, punktów milowych cywilizacji. Eksperymentują z bon motami tak długo aż utrafią w istotę swojej epoki. Iluż to tuzów światowej polityki próbowało nazwać to co ma nadejść po epoce 9/11 – po dekadzie wojny z terrorem. I znaleźliśmy. A dokładniej Rosja dała nam przedsmak tego jak świat może wyglądać przez kolejne dziesięć, piętnaście lat.

Amerykański sekretarz Stanu John Kerry mówi o powrocie do świata XIX w. Kto wie, może się przyjmie. Sequel z XIX wieku – powtórka z epoki zaborów, aneksji, inwazji i sporów o miedzę. Tak czy owak zataczamy koło historii, kiedy to pięć ówczesnych mocarstw – Wielka Brytania , Rosja, Francja Prusy, Austria surfowały ze swoimi armiami i dyplomatami po świecie usiłując przechwycić jak największy kawałek tortu.

I Wojna Światowa wszystkie te układy i pakty rozniosła w proch. Rozpadła się carska Rosją Austro-Węgry i Prusy. Przez kolejne 20 lat świat zmagał się z formowaniem nowej mapy. Nikt z ówczesnych nie trafił z dobrą nazwą dla tamtej epoki. Nic dziwnego . Dziś, to dla nas tylko okres międzywojenny. II Wojna Światowa dobiła ostatecznie Niemcy, zbankrutowała Wielką Brytanię i Francję. I wreszcie wyklarował się jasny podział – świata dwóch super mocarstw. ZSRR i USA. Żadne nie stroniło od inwazji, dywersji. Prowadziły nieskończone wojny i gry szpiegowskie . Walczyli z całym światem, ale nigdy ze sobą nawzajem. Zimna Wojna, zżarła nam niemal pół wieku.

W 1990 Bill Clinton zaczął mówić o nowej erze – gospodarka głupcze. Sekretarz stanu u Busha Condoleezza Rice o powrocie do XVII-wiecznej epoki wielkiej współpracy i gospodarczej rywalizacji. Koniec Związku Radzieckiego i komunizmu miał nas wszystkich zbliżyć do siebie. Thomas Friedman użył nawet terminu „płaska ziemia”. Fukuyama mówił o końcu polityki. Druk na tych akademickich opracowaniach jeszcze nie wysechł, kiedy pewnego poranka w 2001 zaczęliśmy nową erę – 9/11.

Śmierć Bin Ladena miała być końcem wojny z terrorem. Prezydent Obama mówił coś o przywracaniu zachodnich wartości. Demokracji, rywalizacji, budowie dobrobytu. I gdzieś w domyśle, o końcu totalnej inwigilacji. Ale znowu żadna nazwa się nie przyjęła. Inwazja na Ukrainę przerwała spekulacje i doktryny na czasy post-polityki.

Nie wiemy jeszcze jak ją nazwiemy, ale ta epoka chwile z nami zostanie. Ukraina nie jest jedynym państwem, o które mogą toczyć się spory. Po Zimnej Wojnie, jak po I Wojnie Światowej, odżywają nierozwiązane spory. Mamy jeszcze sporo państw, które nahajami Moskwa chciałaby z szarej strefy zagonić z powrotem do „macierzy” Gruzja, Mołdawia, Kirgistan, Uzbekistan, Łotwa i kilka innych, których strach wymieniać.

Zostały nam jeszcze Chiny. Potęga już nie tylko gospodarcza. Pekin przejawia nowe ambicje terytorialne i coraz częściej pręży muskuł wokół Tajwanu, Japonii, Filipin. Niejasne pozostają ich relacje z Koreą Północną. Wokół tych trzech, a kto wie czy nie jeszcze kilku regionalnych mocarstw, będą narastały nowe napięcia i spory. I choćby z tego względu to nie będzie kolejna Zimna Wojna, gdzie świat dzielił się miedzy dwa supermocarstwa. Dziś Ameryka, Rosja i Chiny, każde z własnym modelem polityczno-gospodarczym, każde szachując się nawzajem. Świat nie jednej, ale kilku Zimnych Wojen.

Sporo jest oczywiście różnic między XXI a XIX w. Przemiany społeczne, gospodarcze, doświadczenia poprzednich wojen, indywidualizm, nacjonalizm – wszystko to jeszcze bardziej zmniejsza prawdopodobieństwo totalnego konfliktu. Ale ta wielofrontowość światowych konfliktów, powrót do sporów terytorialnych, bardziej niż ideowych, to czyni epokę, nazwijmy ja krymską – bliższą XIX wieku. Dalszą od ery globalizacji, od wojny z terrorem i tych wszystkich mrzonek lewicy o pan-europejskim społeczeństwie. Polska wchodzi w ten okres w najlepszej kondycji geo-politycznej do stuleci, ale ze społeczeństwem i państwem, przygotowanym do zupełnie innej epoki. Do tej, którą w historii znowu mogą nam zapisać – okres między Zimnymi Wojnami.