Europa pierwszej różnorodności
Dariusz Matuszak 12.07.2019

To nie jest projekcja marzeń, czy oczekiwań, ale prognoza. Jeszcze niedawno przewidywałem, że jeśli obecne trendy w europejskiej polityce utrzymają się, to Unia Europejska taka jaką teraz znamy, przestanie istnieć w ciągu 10 -15 lat. Teraz, po tym jak pooglądałem sobie korowody przy rozdziale unijnych stanowisk, zmieniam zdanie. Unia rozpadnie się w ciągu 5 – 10 lat.

 

Polskich wątków związanych z obsadą posad opisywać mi się nie chce, aczkolwiek dla Roberta Biedronia poczynię mały wyjątek. Otóż ta intelektualna i moralna miernota nie tylko namawiała swych towarzyszy socjalistów, by głosowali przeciwko Beacie Szydło, która miała zostać szefową parlamentarnej komisji od tego, czy tamtego, ale się tym jeszcze pochwaliła. Eurokraci mają już z głowy jeden kraj i wiedzą, że żadnego wspólnego głosu w sprawie polskich interesów nie będzie, i że trzeba tylko stworzyć odpowiednie warunki byśmy się w Brukseli żarli między sobą. Z Czechami im się nie udało, bo Ci swych kłótni znad Wełtawy do stolicy Europy nie przenieśli.

Zaczęło się klasycznie jak to w przodującej demokracji. Kiedy wybory do Parlamentu Europejskiego wygrali ludowcy i chadecy, 5 osób plus jedna od dbania o kartki i długopisy, na wyjeździe do japońskiej Osaki ustaliła sobie, że w Brukseli to naczelnym komisarzem dla 28 państw zostanie socjalista. Kto by się tam jakimiś wynikami wyborów przejmował. Nie po to sobie ustalili jakąś tam niby demokratyczną procedurę spitzen kandydatów, by jej przestrzegać i udawać, że głosowanie i kampania, a nawet debaty jakie owi pretendenci toczyli miały jakiś sens.

Jak już się temu Timmermansu po sprzeciwie 10 państw szefem komisarzy zostać nie udało, to Merkel wymyśliła sobie koleżankę z rządu Ursulę von der Leyen. Nie dość, że Niemka, to jeszcze jej opinię babrze, bo nad Renem i nawet nad Nysą Łużycką nikt jej ceni. Jak się z niej zrobi szefową Komisji, to będzie się można elegancko jej pozbyć i przynajmniej przestanie kompromitować.

Von der Leyen jest teraz szefową Niemieckiego Ministerstwa Bezbronności. Kiedy została minister, czy tam ministrą – dokładnie nie wiadomo, to jedną z jej pierwszych decyzji było zafundowanie Bundeswehrze żłobków. Zaś jedną z ostatnich przeprowadzenie w armii badań różnorodności: „Kolorowo w Bundeswehrze? Barometr różnorodności”. Do wszystkich żołnierzy wysłano ankietę z pytaniami dotyczącymi tego, czy uważają się za mężczyzn, czy za kobiety. A może mają jakąś inną płeć, a może kilka, albo żadnej. Są bowiem takie organizmy, które płci nie mają – np. grzyby. Żołnierze mieli też odpowiedzieć na pytanie jak często rozmawiają o swojej seksualności i jakie są pożytki z różnorodności w oddziałach. I jak często żołnierze mają do czynienia z osobami transpłciowymi. Jak się ta von der Leyen dowiadywała czy oberstabsgefreiter Klaus mniema że jest Grubą Bertą (mieli taki moździerz w czasie I Wojny Światowej. Nazwali go sobie od imienia żony producenta – Berty Krupp) to akurat do mediów przedostał się poufny raport na temat stanu niemieckiej marynarki. Otóż owszem jednostek sporo, ale nie pływają. Np. ostatnio zbudowali sobie 6 okrętów podwodnych. Tylko jednemu z nich udało się wypłynąć na jedną wycieczkę – w okolice wybrzeża norweskiego. Tam miał awarię, więc sobie teraz dokuje w stoczni razem z pozostałymi 5. Cała flota jest w takim stanie, że nie jest w stanie brać żadnego udziału w misjach NATO. Ale już niedługo marynarka będzie w pełni gotowa. Za jakieś półtora roku, albo ze 4 lata – dokładnie nie wiadomo. Raczej za 4. W półtora roku byłoby za szybko, bo i tak nie ma komu pływać, a do tego czasu być może uda się wyszkolić jakichś imigrantów. Niemcy bowiem do żadnej służby się nie garną.

Podobnie jest z Bundeswehrą. Kompletny rozkład. Eksperci porównują ją do ochotniczej straży pożarnej, co pewnie obraża nasze dzielne jednostki OSP. Ale Ursula von der Leyen ma już ambitny plan utworzenia oddziałów europejskich, o czym opowiedziała w czasie przesłuchań w Parlamencie Europejskim. No aż się nie mogę doczekać tych pysznie prezentujących się pułków.

Po co ta cała europejska armia to dokładnie nie wiadomo. Niby teraz eurokraci tłumacza, że odkąd Trump został prezydentem, sojusz z Ameryką jest niepewny. Jednak o planach unijnego wojska mówiło się zanim zasiadł w Białym Domu. Ja podejrzewam, że to tylko kolejny etap unifikacji i kreowania symboli dla przyszłego Imperium Europejskiego, o którym opowiadają Francuzi, i którego cesarzem ma zostać Jego Doskonałość Emmanuel I „Micron”. Nie wykluczam, że powody są też praktyczne. Np. jak się francuscy poddani zbuntują, to będzie można wysłać na nich oddziały Chorwatów i Rumunów, na Włochów Słowaków i Słowaczki etc. Zawsze to lepiej, żeby jacyś obcy tłukli niż rodacy. Niemców raczej nasyłać na nikogo nie będą.

Dzielna Ursula zapowiedziała też, że pilnować będzie parytetów i dobierze sobie połowę mężczyzn i połowę kobiet. Nie wiadomo jednak co, jeśli do roboty zgłosi się jakiś np. Jurgen, który akurat płci nie ma wcale, o czym w ankiecie przecież zaświadczył.

Z kształtu obsady unijnych ma cieszyć się podobno sam Macron. Że niby realizuje się jakiś jego misterny plan. Tak, czy owak udało mu się wsadzić Christine Lagarde na stanowisko prezes Europejskiego Banku Centralnego. Będzie drukować euro. Co prawda jeszcze od czasów jak była minister finansów, ciągnie się za nią afera związana z ratowaniem za pieniądze podatników – jedyne 400 milionów euro, znanego malwersanta Bernarda Tapie, ale nie szkodzi. Podobno Tapie ma oddać co do grosza. A pieniążki we Francji się przydadzą. Zwłaszcza, że właśnie okazało się jak dużo potrzebuje ich minister ds. środowiska Francois de Rugy. Zacny ów pan lubi sobie pobalować. Właśnie wyszło na jaw, że jeszcze jako przewodniczący Zgromadzenia Narodowego – to ichnia niższa izba parlamentu, wraz ze swoją żonką za cudze – podatników – pieniądze urządził kilkadziesiąt prywatnych przyjęć. Zdjęcia wielkich jak stół homarów jakimi się obżerali jaśniepaństwo obiegły już francuską prasę. Zacna małżonka pozowała też do zdjęć z butelkami wina – i to nie jakiegoś Komandos, Samuraj czy Oddech Szwagra jak z mej prywatnej piwniczki, tylko takich po 500 euro za flaszkę.

Afera wyszła na jaw dosłownie dwa dni po tym jak Francuzi dowiedzieli się, że na loty samolotem będzie nałożony nowy podatek. Kochane pieniążki mają iść na środowisko, którym zajmuje się właśnie monsieur de Rugy. Ciekawe co na to Francuzi. Po podwyższeniu podatków na benzynę wdziali żółte kamizelki i wyszli na ulice. I tak od listopada co sobota odbywają się kryteria uliczne.

Przewodniczącym parlamentu został Włoch David Sassoli z Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów. Jego partia we Włoszech nie ma już żadnego niemal znaczenia, ale nie było słychać by rodacy z Ligi, czy Ruchu Pięciu Gwiazd knuli, by go wyeliminować.

W przypadku Rady Europejskiej historia zatacza koło. Jej przewodniczącym, który zastąpi Donalda Tuska będzie znów Belg – Charles Michels. Przypadek o tyle ciekawy, że od grudnia jest niby premierem, bo właśnie wtedy podał się do dymisji, po tym jak rozpadł się jego rząd. To właśnie też Belg był pierwszym po podpisaniu Traktatu Lizbońskiego przewodniczącym Rady. Słynny Herman van Rompuy. Nie słyszeli Państwo o nim? To zupełnie tak jak jego sąsiedzi. Też był kiedyś premierem Belgii. Tak czy owak Charles Michels, trzeci stały przewodniczący Rady, przynajmniej do roboty ma blisko i nie musi się już martwic o rozpadająca się Belgię, w której Flamandowie chcą separacji. Imaginujecie sobie Państwo, że partia Michelsa – Ruch Reformatorski zajęła w Belgii w wyborach do Parlamentu Europejskiego 7 miejsce, a ten teraz zostaje przewodniczącym Rady Europejskiej. Kolejny człowiek sukcesu.

Tacy właśnie ludzie będą prowadzić Unię ku świetlanej przyszłości. Przegrani, często skompromitowani we własnych krajach, nikogo już tak jak Belg i Włoch nie reprezentujący. Cała ta gadanina o planach Macrona i Merkel, sukcesie, czy porażce PiS, kuluarach, czy tam pisuarach Brukseli, europejskich rozgrywkach nie ma kompletnie sensu. Talleyrand mówił o Bourbonach, którzy po epoce napoleońskiej wrócili na tron Francji, że nic nie zrozumieli, niczego się nie nauczyli. Do Brukseli naściągano najbardziej eurokratycznych eurokratów, spady z własnych krajów – ludzi bez wizji, charyzmy i znaczenia. Jest zupełnie obojętne kto stoi za sterami statku zmierzającego wprost jeśli nie na skały, to co najmniej na mieliznę, skoro i tak nie zmieni kursu.