Fałszywe miłosierdzie
Tomasz Wróblewski 01.08.2016

Dzisiejsi despoci jeszcze niedawno kojarzyli nam się z sukcesem gospodarczym. Putin, Erdoğan, Lula – wszyscy dochodzili do władzy, walcząc z nadużyciami państwa i przywracaniem podmiotowości poniżanym.

Putin zaczął od obniżenia podatków, budowy rezerw budżetowych z nadwyżek w obrocie gazem i ropą. Rubel się wzmacniał, kapitał płynął do Rosji. Erdoğan, zaraz po tym, jak przejął władzę, przywrócił swobody obywatelskie. PKB Turcji rosło w tempie sześć-siedem procent rocznie, turecka lira uznana była za jedną z najstabilniejszych walut. „The Economist” pisał o tureckim cudzie gospodarczym. Ale pisał też o brazylijskim cudzie za rządów prezydenta Luli, który dzięki kombinacji dyscypliny fiskalnej i reform społecznych zatrzymał inflację i ściągnął inwestycje. Przykładów jest więcej w Argentynie, Egipcie. Donald Tusk też początkowo był beniaminkiem zachodnich mediów.

Jedni, jak PO, poprzestali na obietnicach, inni rezygnowali z reform przy pierwszych spadkach popularności. Głodni poklasku, z rezerw budżetowych czy funduszy unijnych, finansowali przywileje i pozory wzrostu. Z kradzionych pieniędzy kupowali lojalność grupki klakierów w biznesie i mediach. W obawie przed konkurencją koncentrowali władzę polityczną i gospodarczą. Zawsze pod pretekstem troski o najsłabszych, ale zawsze kosztem ich wolności i dobrobytu. Zdolność do godzenia poparcia społecznego z trwałym wzrostem dobrobytu całego społeczeństwa to miara każdego wielkiego przywódcy. Ostatecznie do pocztu wielkich przywódców przechodzą nie ci, którzy szybciej rozmieniali potencjał rozwoju swojego państwa na przywileje, ale ci, którzy na trwałe odwrócili los swojego narodu. Większość łatwo ulega pokusie socjalistycznego rozdawnictwa.

Jak wielu rządom na świecie, rządowi PiS też coraz trudniej jest zachować umiar. To, co nam wydało się społeczną koniecznością, jak program 500 plus czy ukrócenie niesprawiedliwych przywilejów podatkowych sieci handlowych, rządzący najwyraźniej uznali za narzędzie do budowania poklasku. Niestety, jedno z wielu. Wciąż nie znamy ostatecznego kształtu nowej ustawy emerytalnej, ale obniżenie progu wiekowego, mogące zaskarbić rządowi kilka punktów poparcia, wymaże i to z naddatkiem korzyści programu 500 plus, dramatycznie zmniejszając liczbę osób czynnych zawodowo.
Reforma zdrowia sprowadzająca się do dosypania pieniędzy i leczenia każdego – niezależnie, czy dokłada się do wspólnej kasy, czy nie – przy jednoczesnym blokowaniu ścieżek prywatyzacyjnych zrujnuje i tak już niewydolny system. Jednolita stawka podatkowa uderzy w i tak już wątłą klasę średnią – czyli siłę napędową państwa. Zniesienie ryczałtu na ZUS, nowe skomplikowane rozliczanie podatków dla firm, planowane ograniczenie dopływu taniej siły roboczej z Ukrainy, wyższa płaca minimalna, wyższe emerytury. Wszystko to razem wpisujesię w groźny scenariusz nerwowego zdobywania poklasku kosztem przyszłego dobrobytu całego społeczeństwa. Część programu PiS pozwalająca na upodmiotowienie polskiego kapitału, stworzenie warunków do jego ekspansji przy jednoczesnej poprawie bytu najgorzej zarabiających była tym, co dało władzę formacji Jarosława Kaczyńskiego i zdobyło również nasze poparcie. Przez upodmiotowienie polskiego kapitału rozumiemy jednak przestrzeń do rozwoju biznesu.

Nie da się zbudować bogactwa narodu i narodowych firm, krępując biznes nowymi obowiązkami, rygorami podatkowymi, trwonieniem ich majątku w imię wzmacniania własnej popularności. Historia uczy nas, że wcześniej czy później rządy padają ofiarą własnej zachłanności na poklask. Jednych wyborcy zatrzymywali w pół drogi do gospodarczej degradacji państwa, innych zatrzymać może dopiero rewolta i ostateczna klęska osobista. Nigdy nie kończy się to dobrze dla przywódców, których ostatecznie odsuwają ci sami, którym politycy za wszelką cenę starali się schlebiać. Najbiedniejsi wyborcy, którzy w ostatecznym rachunku najwięcej tracą na tym fałszywie rozumianym „miłosierdziu”.

***
Tekst ukazał się we WPROST