Fetysz deglomeracji
Łukasz Warzecha 07.08.2019

Jednym z najgorszych stanów polityka jest ten, w którym polityk szuka sobie nowego tematu, którym mógłby się zająć. Na ogół wpada wtedy na pomysły, które stają się dla obywateli utrapieniem. To przypadłość wielu współczesnych demokracji – bo przecież nie można po prostu rządzić, czy może raczej zarządzać państwem, trzeba wciąż coś nowego zmieniać, coś wymyślać. Nie ma stanu optymalnego, jest stan nieustającego wzmożenia.

 

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii wymyśliło sobie zatem teraz deglomerację. No dobrze, oczywiście to nie ministerstwo ją teraz wymyśliło. Najmocniejszym propagatorem rozproszenia urzędów centralnych po Polsce jest od paru już lat bardzo przeze mnie ceniony Klub Jagielloński – z którym akurat w tym punkcie się nie zgadzam. Minister Emilewicz postanowiła najwyraźniej sięgnąć po pomysł klubu, z którego się przecież wywodzi. Stąd powstał raport na temat deglomeracji. Streszczać go tutaj nie będę – nie jest długi, każdy może go przejrzeć.

Nie jest też niestety w najmniejszej nawet mierze szczegółowy. MPiT mówi o korzyściach z deglomeracji – na przykład o niższych kosztach funkcjonowania urzędów albo o spadku presji na wynagrodzenia w Warszawie (co, biorąc pod uwagę urzędnicze pensje, wydaje się założeniem całkowicie nieuzasadnionym – to nie urzędnicy tworzą w stolicy presję na wynagrodzenia). Mówi też, owszem, o kosztach przenoszenia urzędów. Niestety, w żadnym przypadku nie podając żadnych liczb. A to już wygląda trochę niepoważnie jak na raport, który ma być podstawą do bardzo poważnego projektu.

Oczywiście raport nie mówi o przenoszeniu poza Warszawę urzędów przypadkowych. Zawiera analizę, w ramach której rozpatrywane były cztery kryteria: współzależność instytucji z innymi elementami administracji i instytucjami, bezpośredniość kontaktu z klientami urzędu, unikatowość kadr oraz unikatowość infrastruktury. W każdym z tych kryteriów możliwa była trzystopniowa ocena, w zamieszczonej tabeli sygnalizowana kolorami czerwonym, żółtym i zielonym. Kolor zielony oznaczał brak przeciwwskazań do przeniesienia poza stolicę. Otóż spośród ocenianych 93 urzędów i instytucji żadna nie uzyskała czterech zielonych ocen. A to oznacza, że przeniesienie którejkolwiek z nich będzie rodziło takie lub inne problemy. Przy czym nie mówimy tu tylko o instytucjach względnie znanych, jak Komenda Główna Policji czy Główny Urząd Miar, ale też o tak mało rozpoznawalnych jak Krajowe Centrum ds. AIDS czy Agencja Oceny Technologii Medycznych i Produktów Biobójczych. Autorzy raportu wytypowali natomiast 31 urzędów o najwyższej ocenie, które ich zdaniem można przemieścić. Są wśród nich tak istotne jak Urząd Komunikacji Elektronicznej czy Główny Urząd Nadzoru Budowlanego.

Ani autorzy raportu – co poniekąd zrozumiałe – ani minister Emilewicz zdają się nie brać pod uwagę realiów polskiej administracji i polityki, w tym głównie dwóch czynników. Pierwszym z nich jest rozwój e-administracji i skomunikowanie urzędów ze sobą. Autorzy raportu piszą wręcz, że przeniesienie niektórych urzędów poza stolicę wymusiłoby ich cyfryzację. Toż to budowanie domu od komina! Najpierw sprawna e-administracja i cyfryzacja, a dopiero potem myślmy o deglomeracji! W przeciwnym wypadku koszt w postaci nerwów, straconego czasu i pieniędzy poniosą klienci urzędów. Jakiś czas temu pisałem na blogu WEI o tym, że w najprostszej kwestii ZUS nie jest w stanie skomunikować się z NFZ. Jak w takim razie wyobrazić sobie funkcjonowanie urzędów centralnych poza Warszawą, w sytuacji, gdy elektroniczny obieg dokumentów między instytucjami raczkuje, konto ePUAP ma ułamek procenta Polaków, a pisemka ze stempelkiem muszą być przesyłane pocztą, która nawet list miejscowy potrafi dostarczać trzy tygodnie? Pani minister, doprawdy – first things first.

Druga sprawa to polityka. Raport opisuje merytoryczne kryteria, jakie powinny decydować o wyborze nowego miejsca dla urzędu centralnego. Ale przecież trzeba być skrajnie naiwnym, żeby sądzić, że jakiekolwiek merytoryczne przesłanki będą tu decydujące. Gdy tylko zostałaby podjęta decyzja o rozpoczęciu deglomeracji, natychmiast rozpoczęłaby się brutalna walka w obozie rządzącym o to, które miasto przejmie który urząd. Nie miałoby znaczenia – co wymieniają jako kryterium autorzy raportu – czy w danym miejscu dostępne są kadry, czy jest dobrze skomunikowane i ma odpowiednią infrastrukturę. Liczyłoby się, kto ma lepsze dojście do ucha Naczelnika. Tak to dzisiaj w Polsce działa. Szkody byłyby ogromne.

Raport mówi – bez cyfr – o kosztach, ale nie o wszystkich. Zakłada bardzo optymistycznie, że przenoszone urzędy centralne znajdowałyby kadry na miejscu. Wszystkie? Raczej nie. Dochodziłyby więc do kosztów różne dodatki dla urzędników mieszkających „na wygnaniu”. Z drugiej strony urzędnicy, którzy nie wyjechaliby z Warszawy wraz z urzędami i nie znaleźliby miejsca w innych urzędach, kończyliby bez pracy. Marnowane byłoby ich doświadczenie, a kadry w Poznaniu, Gdańsku czy Lesznie musiałyby się uczyć działania administracji od nowa. Stać nas na takie marnotrawienie i tak szczupłych zasobów?

Doliczmy koszty niezbędnych podróży szefów urzędów i ich ekip do stolicy, wpływające oczywiście na efektywność pracy. Nie jesteśmy Estonią, gdzie standardem są telekonferencje.

Dochodziłyby wreszcie koszty podróży klientów do urzędów. Autorzy raportu oparli się w swoich ocenach na stronach internetowych instytucji, na ich podstawie oceniając, co można załatwić tam zdalnie. Rzekłbym, że to założenie bardzo optymistyczne. Zwłaszcza w przypadku interesantów średnich i większych, konieczne jest nierzadko odwiedzenie kilku urzędów centralnych dla załatwienia jednej sprawy. Dziś wszystkie są dostępne w promieniu kilkunastu kilometrów kwadratowych. Deglomeracja sprawiłaby, że każda tego typu „multiurzędowa” sprawa oznaczałaby kilkusetkilometrowe podróże.

Przede wszystkim jednak trzeba sobie zadać pytanie, czy w Polsce deglomeracja ma w ogóle uzasadnienie? Nie jesteśmy państwem federalnym jak Niemcy. Nie mamy takiej tradycji. Poza współistnieniem w I Rzeczpospolitej z formalnie dwóch członów (faktycznie trzech, jeśli wliczać Ruś, czyli Ukrainę), co wymuszało częściowe dublowanie instytucji, Polska nigdy nie była państwem złożonym z odrębnych organizmów – co z kolei historycznie uzasadniałoby deglomerację. Dwa okresy podziału – rozpad dzielnicowy oraz zabory – były czasem praktycznie bez polskiego państwa, więc nie mogą być punktem odniesienia.

Zadziwia także instrumentalne potraktowanie deglomeracji jako narzędzia do osiągnięcia celów rozwojowych. Jej zwolennicy zapominają, że główną rolą urzędu, nie tylko centralnego, jest służenie obywatelom w optymalny sposób w ramach jego podstawowej funkcji, a nie zmniejszanie miejscowego bezrobocia, obniżanie bądź podwyższanie średniej wynagrodzeń czy zaspokajanie politycznych ambicji miejscowych partyjnych bonzów i zapewnianie im reelekcji do Sejmu.

PiS nie jest władzą konserwatywną – jest władzą w gruncie rzeczy rewolucyjną. Dlatego pomysł deglomeracji nie dziwi – to zamiar poprawiania na siłę czegoś, co działa. Nie doskonale, może nawet nie dobrze, ale jakoś. Można mieć całkowitą pewność, że deglomeracja ten stan pogorszy.