Gdzie jest i co wyczynia Dorian Trump
Dariusz Matuszak 04.09.2019

Od kilku dni polityczna ludność Polski śledzi, wodzi palcami po mapie i sprawdza marszrutę huraganu Dorian i prezydenta Trumpa. Gdzie i co tam wyprawiają. Jedno plemię modli się, by żywioł uderzył zdrowo, tak by dramatyczne zdjęcia były ostatecznym dowodem na to, że prezydent USA rzeczywiście musiał pozostać w ojczyźnie, drugie zaś, by troszkę podmuchało, a przywódcę Ameryki dało się sfotografować w jakichś relaksujących okolicznościach – np. przy partyjce golfa. To byłoby potwierdzeniem, ze Trump lekceważy PiS. Każdy prawdziwy Polak katolik, Piast z dziada i baby kocha to germańskie schadenfreude, czyli uczucie szczęścia z nieszczęścia bliźniego, więc można by radośnie zacierać raczki, że obchody rocznicy wybuchu II Wojny Światowej nie miały rangi należnej rangi, i że Polska wcale tak ważna w Waszyngtonie nie jest. Wiadomo, że wizyta Trumpa na 6 tygodni przed wyborami byłaby dla PiS wielkim zastrzykiem propagandowego dopingu.

 

Tak więc informacje o tym jaka jest siła Doriana i co porabia Trump stały się elementem kampanii wyborczej. Opozycja z lubością przytacza słowa „Washington Post” o tym jakoby Trump miał kilka dni wcześniej rozważać odwołanie wizyty. Ile w tym prawdy, to nie wiadomo, bo to, że akurat ta gazeta napisała coś takiego, kompletnie nic nie znaczy. Podadzą i zmanipulują wszystko co mogłoby mu zaszkodzić. Może rozważał na serio, a może rzucił od niechcenia „o rany (raczej „shit”) jeszcze do tej Polski muszę lecieć. Jak mi się nie chce”, a może tylko mógł powiedzieć. To wystarczy, by zrobić z tego historię. Trump od początku swego urzędowania ma kłopoty z utrzymaniem w ryzach swej kuchni. Co rusz, pracownicy jego administracji, z których wielu pamięta jeszcze czasy Bushów wynoszą jakieś ploty z Białego Domu, strzępki rozmów, zasłyszane pogłoski podkręcając wszystko i nadając każdemu humbugowi rozmiary Doriana. Zaledwie kilka dni temu z pracy musiała zrezygnować osobista asystentka Trumpa. Kobieta upiła się z dziennikarzami i naopowiadała im, jak to Trump mówi, że jego córka jest za gruba i przekazała kilka takich tam brukowych wieści.

To, że huragan Dorian był tylko pretekstem dla Trumpa zostało wcześniej uprawdopodobnione przez jego gwałtowną reakcję na komentarze płynące z Danii i odwołanie wizyty w tym kraju. Jak sam tłumaczył nie chodziło o to, że Duńczycy stanowczo odrzucili możliwość sprzedania Grenlandii, ale o arogancką formą w jakiej odpowiedziała premier Mutte Frederiksen. Sam pomysł transakcjom choćby nie wiem jak się z niego w świecie naśmiewano, z punktu widzenia Amerykanów wcale taki absurdalny nie jest. Trump całe życie działał w biznesie nieruchomości, więc dla niego kupno Grenlandii jest jak transakcja nabycia kolejnej działki. Ameryka przecież kupiła od Hiszpanów Florydę, Francuzów Luizjanę, od Rosjan Alaskę (Putin to dopiero musi przeklinać cara Aleksandra II. Jednym z dobijających targu ze strony Amerykanów miał być generał Włodzimierz Krzyżanowski). Sami Duńczycy zaś sprzedali Amerykanom Wyspy Dziewicze, więc po drugiej stronie Atlantyku takie interesy są wyobrażalne. (Jak nie mogą kupić tej Grenlandii, to może my im chociaż zaproponujemy Radom).

Ale wracając do naszych baranów – revenons a nos moutons, czyli nieodbytej wizyty Trumpa, pomiędzy bajki można włożyć wszystkie opowieści jakoby zareagował np. na działalność szajki nienawistników z Ministerstwa Sprawiedliwości, którzy szkalowali swych byłych kolegów sędziów, a może nawet i pisali prawdę. Bzdurą jest też mówienie o tym, że Trump kalkulował, iż PiS może przegrać wybory, więc był powściągliwy. A jaki on tam powściągliwy.

Jako wyznawca „brzytwy Ockhama”, czyli stojącej w kontrze do spekulatywnej, średniowiecznej scholastyki, ekonomii myślenia mówiącej, że nie należy mnożyć bytów bez potrzeby, a więc przy wyjaśnianiu zjawisk i zdarzeń trzeba przyjmować najprostsze rozwiązania jestem przekonany, iż Trump rzeczywiście nie przyjechał tylko i wyłącznie z powodu nadciągającego kataklizmu. Nie ma przy tym znaczenia, czy zrobił to bo przejmuje się losem mieszkańców stanów, które może dotknąć Dorian, czy przeliczał możliwe do utracenia głosy. Opowiadanie w Polsce, że przecież huragan jeszcze nie dotarł, więc gdyby chciał, to wsiadłby w samolot i zdążył jest na poziomie infantylizmu z gimnazjów, które na szczęście właśnie przestały istnieć. Miliony ludzi robi zapasy, zabezpiecza swe domy, pojazdy, łodzie, siedzi przed telewizorami śledząc komunikaty, umawia się z sąsiadami, ewakuuje się, więc prezydent nie może w tym czasie występować w jakimś egzotycznym, dalekim kraju w związku z wydarzeniem, o którym nawet nic się nie wie. Prezydent USA nie tylko wydaje rozporządzenia, kieruje rządowymi agencjami, ale przede wszystkim jest z narodem – jak ojciec z dziećmi. Jakkolwiek pompatycznie by to nie brzmiało, to właśnie tak jest. Obywatele darzą głowę państwa uczuciami. Nie są to emocje udawane, tylko szczere. Tak jak i nienawistne, tak i z pogranicza miłości i uwielbienia. Nawet amerykańskie media, tak nieprzychylne Trumpowi uznają jego decyzję za oczywistą.

Amerykanie maja bardzo rozbudowane poczucie solidarności. Kiedy w 2017 roku huragan Harvey pustoszył Teksas tysiące Cajunów, potomków Francuzów zamieszkujących mokradła Luizjany wyruszyło na ratunek ciągnąc setki mil swe łodzie. Solidarność to obowiązek prezydenta i nikogo nie dziwią obrazki pokazujące jak osobiście dystrybuują żywność, usypują wały, odwiedzają szpitale, ewakuowanych, uczestniczą w naradach lokalnych sztabów. Jest w tym bardzo dużo teatru, ale obywatele potrzebują takich jednoczących przedstawień. Sami przywódcy często wczuwają się i przeżywają swą rolę. Brzemię odpowiedzialności okazuje się autentycznym więc nie udają ani swego zaangażowania, ani swych wzruszeń.

Obecność przywódców na miejscach tragicznych zdarzeń ma swoje minusy. Ich przyjazd, a zwłaszcza kogoś takiego jak prezydent Stanów Zjednoczonych to ogromne przedsięwzięcie logistyczne. Trwa akcja ratunkowa, a tu trzeba jeszcze ogarniać wizytę głowy państwa z jego całą obsługą i agentami, którzy, niezależnie od okoliczności, nie zmienią swych procedur. Jak się jednak okazuje nawet ci na miejscu, a właściwie zwłaszcza oni, nigdy nie krytykują obecności przywódców i dodatkowych niedogodności i prac z tym związanych. Magia majestatu działa i jak się okazuje wpływa mobilizującą i kojąco. Można upierać się, że to nieracjonalne, ale akcje ratunkowe, to nie tylko działanie, ale też emocje budujące poczucie wspólnoty i przynależności do niej.

Oczywiście propaganda rządzących wykorzystuje wszystkie poruszające obrazki do budowania wizerunku przywódcy. Podobnie jak opozycja każde zdjęcie pokazujące jego nieczułość, obojętność na tragedię która dotknęła obywateli. Czasami to może być focia z partyjki golfa, taką jaka pokazano w polskich mediach ilustrującą radostki Trumpa, w czasie gdy mieszkańcy Florydy szykują się na nadejście kataklizmu, a prezydent Duda i premier Morawiecki z tęsknotą spoglądają w niebo wypatrując Air Force 1 z przywódcą Ameryki na pokładzie. Jak już się takie rzeczy publikuje, to wypada, by chociaż zdjęcie nie pochodziło sprzed kilku lat i nie była to Szkocja, czy Japonia.

Szkoda, że Trump do Polski nie przyjechał. Nie potrafię zrozumieć tych, którzy się z tego cieszą. List byłych ambasadorów apelujących do Trumpa, by nie przyjeżdżał do Polski nie wywołuje u mnie niesmaku. Wywołuje obrzydzenie. Każda obecność przywódców ze świata i relacje mediów budują pozycję Polski. Ze zrozumiałych względów ranga wydarzenia pod nieobecność przywódcy wolnego świata spadła. (Swoją drogą było coś niezwykle lichego choćby w niezaproszeniu przywódców Serbii. Jakie to małostkowe i krótkowzroczne. Jak ktoś chce, by Rosja była dla Serbii jedynym oknem na świat, to niech robi tak dalej). Nie ekscytuję się też starym zdjęciem partyjki golfa. Może Trump grał przez cały czas, a może w ciągu kilku dni znalazł ledwie godzinę, by choć trochę odsapnąć. Tego nie wiemy więc możemy sobie tylko scholastycznie mniemać i rozważać dalej: a co jeśli…. Nie ma natomiast wątpliwości, że takie wrzutki mają tylko i wyłącznie charakter propagandowy. I tu moja podpowiedź dla PiS – można zestawić zdjęcie zdechłych ryb z fotografią Trzaskowskiego jedzącego np. zupę i opatrzyć podpisem, najlepiej rymowanym w stylu: „Wisła umiera, a Trzaskowski się obżera”, „Wisła się truje, a ratusz baluje”, albo „Płyną ścieki rzek królową, a Trzaskowski wcina zdrowo”. To się nawet na makatki nadaje.