Gdzie szukać wsparcia w nowym Sejmie
Łukasz Warzecha 21.10.2019

Przez ostatnie cztery lata rządziła Polską formacja socjalistyczna, która z jakiegoś niepojętego powodu wzdraga się przed otwartym zadeklarowaniem, że wyznaje socjalizm. Zamiast tego ubiera to w różne eufemizmy, tak jak Jarosław Kaczyński, gdy jakiś czas temu mówił, że „nie jesteśmy żadnymi socjalistami, tylko mamy po prostu dużo empatii”. Inni słynni empatyści – Karol Marks, Fryderyk Engels, John Maynard Keynes czy Hugo Chavez (ten ostatni bardziej w roli praktyka) – byliby dumni z następców.

 

Ta sama formacja będzie rządzić nadal, być może przez całe cztery kolejne lata, ale w zmienionych okolicznościach. Sejm wygląda inaczej niż przed wyborami, formacje, które do niego ponownie weszły także nieco się przedefiniowują. Warto zatem tydzień po wyborach zadać sobie pytanie, czy wolnorynkowe idee i postawy będą nadal w tak głębokiej defensywie jak poprzednio, a jeśli nie, to gdzie mogą znaleźć sojuszników.

Odłóżmy na bok nieszczęsną Platformę z Grzegorzem Schetyną, który w płaczliwym liście do wyborców zaapelował właśnie, żeby go nie flekować i nie narzekać na wynik partii, którą kieruje. Leżącego się nie kopie, poza tym zajmowanie się Platformą jest o tyle jałowe, że nadal nie sposób wyłowić tam jakiejkolwiek spójniejszej, klarowniejszej myśli, nie tylko w sferze gospodarki, ale w ogóle jakiejkolwiek.

Można by również pominąć lewicę z powodów oczywistych, gdyby nie to, że Włodzimierz Czarzasty na swoich plecach wniósł do Sejmu towarzyszy z Razema, a ci idee Marksa, Engelsa i Piketty’ego traktują śmiertelnie poważnie. Możemy mieć pewność, że ta grupa będzie atakować wolny rynek z pozycji ortodoksyjnie lewicowych bez wytchnienia. Nie tylko zresztą wolny rynek, ale wolność w ogóle, bo Razem będzie rozsadnikiem wszelkiego lewicowego intelektualnego chłamu, od fanatycznego ekologizmu, przez walkę o „prawa” zwierząt, po instytucjonalną dyskryminację kierowców. Jak zaś wiadomo, istotą lewicowego myślenia (obecną zresztą aż w nadmiarze w myśleniu PiS o relacjach z obywatelami) jest przekonanie, że głupi lud nie może decydować sam o sobie i wybierać tego, co chce, bo jest na to za durny, wobec czego jedynie słuszne rozwiązania musi mu narzucić grupka mędrców. W tym wypadku z Razema właśnie.

Nie miałoby to może wielkiego znaczenia – w końcu to bardzo mała grupka w 460-osobowym Sejmie – gdyby nie to, że będzie to rodzaj szantażu wobec PiS, przynajmniej w niektórych sprawach: kto bardziej dba o lud, środowisko, zwierzątka i tak dalej. Formacja Kaczyńskiego wielokrotnie pokazała, że pod tymi względami jest po prostu lewicowa. Byliśmy przecież o krok od uchwalenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych, to PiS wprowadził skandalicznie antywolnościowe regulacje, jak zakaz zabierania własnych dzieci na polowania czy ustawa o ziemi, to PiS wprowadził największą w III RP liczbę regulacji skierowanych przeciwko kierowcom. To wreszcie PiS przyjął w zasadzie bez zastrzeżeń klimatystyczną i ekologiczną narrację lewicy, robiąc jedynie wyjątek dla węgla ze względu na ważną dla siebie grupę wyborców. Przykładów można by podawać wiele.

Zagadką jest, jak w tej kadencji będą się zachowywać „wolnościowcy bezobjawowi” Jarosława Gowina. Porozumienia przy najlepszych chęciach nie sposób nazwać partią konsekwentnie wolnościową, lecz bywały sytuacje, w których Gowin ze swoimi ludźmi starali się powstrzymać etatystyczne zapędy PiS. Teraz Porozumienie ma 18 mandatów, a ponieważ większość sejmowa Zjednoczonej Prawicy to jedynie pięć miejsc – bez ludzi Gowina nie da się niczego zrobić. Najbliższym testem dla wolnorynkowych zapatrywań tego ugrupowania będzie kwestia zniesienia limitu 30-krotności. Gowin zapowiedział, że jego ludzie nie zagłosują za zlikwidowaniem limitu, a w takim razie sprawa może upaść. Chyba że jednak zagłosują za, ale nie będą się cieszyć. Bo taka będzie polityczna potrzeba. Nie liczyłbym na zbyt wiele.

Inna sprawa, że – jako się rzekło – sytuacja jest odmienna niż w poprzedniej kadencji. Wobec galopującego etatyzmu PiS Porozumienie może zakładać, że jeśli pokaże się jako jedyna formacja skutecznie blokująca zbyt daleko idące pomysły – jedyna skuteczna, bo jako jedyna mająca realny wpływ na decyzje, a nie tylko gardłująca w Sejmie – zyska stałą bazę wyborców w postaci przedsiębiorców. Gdyby o tę grupę – z pewnością straconą w znacznej części w ostatnich wyborach przez PiS na rzecz Konfederacji, PSL i PO – toczyła się makiaweliczna gra, Kaczyński mógłby nawet celowo pozwolić Gowinowi storpedować jakąś wyjątkowo niewygodną regulację, żeby zahamować ucieczkę głosów przedsiębiorców do innych formacji i przywiązać ich do PiS pośrednio, poprzez Porozumienie. Ja jednak w tego typu makiaweliczne kombinacje nie do końca wierzę, bo one rzadko się udają z powodu trudnej do kontrolowania dynamiki wydarzeń.

Mamy w Sejmie PSL w nowej roli ugrupowania aspirującego do bycia przedstawicielem elektoratu większych miast, a także przedsiębiorców. Kukizowy pierwiastek nie jest tutaj specjalnie istotny – to jedynie pięcioro posłów w 30-osobowym klubie, w dodatku nie tych kojarzonych z twardo wolnorynkowymi poglądami. Znacznie ważniejsze jest, że Władysław Kosiniak-Kamysz faktycznie uwierzył, że może zmienić PSL z ugrupowania chłopskiego w nowoczesną chadecję z wyraźnym akcentem prorynkowym. Nie łudźmy się – to oczywiście nie będzie partia, dla której sprawy wolnego rynku będą najistotniejsze, ale jeśli Kosiniakowi-Kamyszowi wyjdzie, że grupa o takich zapatrywaniach, w szczególności przedsiębiorcy i ich rodziny, mogą mu pomóc w nadchodzących wyborach prezydenckich, w których z pewnością wystartuje – zadba o to, żeby przynajmniej przy paru okazjach okazać im swoją przychylność. Pragmatycznie rzecz biorąc – dla wolnorynkowców może to oznaczać jakąś korzyść, choć być może głównie retoryczną. PiS ma przecież większość. Jednak w perspektywie może się zdarzyć, że PSL uzna przedsiębiorców za trwałą i wymagającą regularnego dopieszczania grupę swoich wyborców. Wybiegając mocno w przyszłość, można sobie nawet zadać pytanie, czy przypadkiem w kampanii prezydenckiej nie okaże się, że deklaracje Kosiniaka-Kamysza są znacznie bardziej wolnorynkowe niż Andrzeja Dudy, składającego nieustanne hołdy Piotrowi Dudzie z „Solidarności”.

No i wreszcie jest Konfederacja – opcja najbardziej wolnorynkowa, a przynajmniej z wyraźnie wolnorynkową frakcją. W Konfederacji jest poseł Kulesza, który w nowym Sejmie wyrasta na jednego z największych czempionów wolności. Jest bardzo inteligentny i merytoryczny Krzysztof Bosak, który – choć jego „ojczyzną” są narodowcy – przesunął w ostatnim czasie swoją retorykę mocno w stronę tez wolnorynkowych. Nie dostał się do Sejmu niestety Sławomir Mentzen, autor wygłoszonego przed wyborami do Parlamentu Europejskiego fatalnego, buńczucznego wystąpienia w Krakowie pod hasłem „wygramy ze wszystkimi naszym cynizmem” – ale zarazem, gdy idzie o kwestie gospodarcze, błyskotliwy krytyk etatyzmu i socjalizmu w postaci wszelakiej.

Tyle że jest też drugie oblicze Konfederacji, symbolizowane głównie przez milczącego na razie Grzegorza Brauna i bynajmniej nie milczącego Janusza Korwin-Mikkego. Pisałem już dawno temu i muszę powtórzyć: obaj politycy są zarazem atutem i obciążeniem dla Konfederacji, a przede wszystkim dla sprawy wolnego rynku. Są atutem – bo zawsze jakaś część wyborców łapie się na wyrazisty wizerunek, bezkompromisowość zahaczającą o wariactwo, efektowne tyrady. Ale to ma sens, gdy osoba o takich cechach jest dodatkiem do formacji, a nie jednym z jej filarów.

Mówiąc o gospodarce, Bosak, Mentzen czy Kulesza trzymają się realiów. JKM od lat działa w identyczny sposób: tworzy efekciarskie i wewnętrznie spójne logicznie konstrukty, które są zarazem całkowicie oderwane od rzeczywistości. A przy tym lubuje się w wygłaszaniu stwierdzeń w typie „zawsze się troszkę gwałci”. Wszyscy to znamy. I wszyscy przytomni ludzie wiedzą, że to nie pomaga. To za sprawą takiej działalności socjaliści spod znaku PiS łatwo każdą liberalną argumentację sprowadzają „ad Corivnum”.

Braun natomiast, którego charakteryzują inne, by tak rzec, fiksacje na razie niepokojąco milczy. To milczenie rodzi podejrzenie, że gdy się już ostatecznie odezwie, nie będzie czego zbierać. „Szczęść Boże, wysoka izbo, zgłaszam wniosek o wybatożenie w kuluarach wielce czcigodnego pana posła Śmiszka” – albo coś w tym rodzaju.

Mówiąc wprost – część posłów Konfederacji może skutecznie ośmieszyć i skompromitować rozsądny wolnorynkowy przekaz innej części tego klubu. I na nic się nie zdadzą tłumaczenia, że ci panowie tak mają, że tacy są też w innych ugrupowaniach, że trzeba się uważnie przysłuchiwać temu, co mówią ci, którzy mówią z sensem – tak, to wszystko prawda, ale też wiemy, że w powszechnej świadomości to tak nie działa.

Nie jest to jednak obraz jednoznacznie pesymistyczny. Dla wolnościowców i zwolenników wolnego rynku najważniejsze powinno być zahamowanie przynajmniej najgorszych i najgłupszych działań rządzących socjalistów, takich choćby jak szykowany od jakiegoś już czasu zakaz sprzedaży przez sieci handlowe produktów pod markami własnymi. Dla tego typu przedsięwzięć łatwiej będzie znaleźć sojuszników w tym niż w poprzednim Sejmie, a ważnym elementem hamującym tego typu absurdy może być Senat. O ile nie stanie się przedłużeniem najbardziej tępej, totalnej części opozycji.