Głupota puka do bram
Mariusz Staniszewski 23.10.2019

Uwielbiam pomysły ekologicznych aktywistów, zwłaszcza tych najtwardszych, co nie idą na kompromisy. Ale jeszcze bardziej kocham tych, którzy chcą być prorokami nowego, czystego świata. Są jak drogowskazy prowadzące do świata wypranego z rozumu.

 

Ostatnio na cel wzięli sobie mięso. Nie to, że jedzone w nadmiarze jest niezdrowe, bo to powie każdy banalny dietetyk. Chodzi o coś więcej. Mięso jest szkodliwe dla świata. Hodowla powoduje zanieczyszczenie środowiska, susze, ocieplenie klimatu, nierówności społeczne, demoralizację moralną i wszystkie inne plagi. A przecież może być pięknie, bo – jak mówią – gdyby areały wykorzystywane do hodowli bydła, koni, świń i pomniejszej gadziny przeznaczyć pod uprawę roślin, wystarczyłoby jedzenia dla wszystkich ludzi na Ziemi. Byłoby milej, zdrowiej, czyściej i no przede wszystkim nie musielibyśmy się wstydzić, że jemy inne stworzenia.

No dobra, załóżmy na chwilę, że propozycję tę traktujemy poważnie. Po pierwsze musiałby powstać jakich globalny rząd, który byłby władny nakazać wszystkim na Ziemi, by likwidowali swoje hodowle. Za sprzeciw kary musiałyby być drakońskie, by strach padł na rolników od Północy po Południe i od Wschodu po Zachód. Innymi słowy musiałaby dokonać się jakaś wegetariańska, światowa rewolucja, w wyniku której zielona junta przejęłaby władzę i wprowadziła terror na niespotykaną dotąd skalę. Bez tego ludzie z mięsa nie zrezygnują.

Ta junta musiałaby prowadzić gospodarkę centralnie planowaną, by jak najlepiej wykorzystywać ziemię uprawną w każdym zakątku świata. Najpewniej skończyłoby się to globalnym głodem, bo każde centralne planowanie ludzkich potrzeb prowadzi do katastrofy.

Do tej pory nie znaleziono lepszego sposobu na ich zaspokajanie niż wolny rynek. Jego fundamentem jest fakt, że ludzie mają różne upodobania, producenci muszą je rozpoznać, a następnie dostarczyć co trzeba. No i jeszcze, że wiedza o tych upodobaniach jest rozproszona. Nie ma więc jednostki czy wąskiej grupy, która byłaby w stanie dokładnie rozpoznać te potrzeby i znaleźć sposoby ich zaspokojenia. To oczywiście nie podoba się ekologicznym prorokom, ponieważ oni są przekonani, że posiedli tajemną wiedzę o świecie i są na wyższym poziomie etycznym.

Dopóki nie zapanuje zielona dyktatura, hodowla zwierząt będzie nie tylko opłacalna, ale przez wielu pożądana. Można by oczywiście – jak proponuje świeżo upieczona noblistka Olga Tokarczuk – obłożyć mięso wysoką akcyzą, by stać na nie było tylko najbogatszych. Tu widać, że nagroda nie trafiła w ręce przypadkowej osoby, bo pisarka ewidentnie rozumie prawa podaży i popytu. Ale tu znów wracamy do konieczności wprowadzenia takich regulacji na poziomie globu. A i to może nie wystarczyć. Szara strefa rozrosłaby się i przynosiła takie zyski, że przy bossach mięsnego podziemia Al Capone byłby drobnym złodziejaszkiem.

Na dodatek zwierzęta byłby z pewnością hodowane w znacznie gorszych warunkach niż obecnie, bo przecież zniknęłyby wszelkie przepisy regulujące te kwestie. Aby nad tym wszystkim zapanować, musiałaby powstać jakaś specjalna agencja do ścigania handlarzy i producentów mięsa, która miałaby uprawnienia, by ich ścigać po całym świecie.

Załóżmy odważnie nawet, że to wszystko się udaje – hodowla zwierząt znika. Całe połacie takiej na przykład Polski zaczynają się wyludniać, bo ludzie nie mają z czego żyć. Licha ziemia, na której pasły się krowy, teraz staje się bezużyteczna. Wymiana handlowa zupełnie zmienia kierunki i ci, których dziś stać na fanaberie w postaci pomysłów na likwidację hodowli, niemal z dnia na dzień muszą wydawać na jedzenie znacznie więcej. Kraje europejskie stają się zależne od dostaw żywności z zewnątrz. Wybucha tak ogromny kryzys, że ludzie nie mają już czasu na kupowanie książek i gapienie się w komputery w poszukiwaniu intrygujących pomysłów. Muszą skupiać się na szukaniu jedzenia. Oczywiście niemal każdy, kto ma możliwości, zamienia trawnik czy nawet mały skwerek na warzywnik i uprawia ziemniaki.

Poza sklepami z mięsem, zakładami przetwórczymi i milionami miejsc pracy znikają także myśliwi. Nie mają już na co polować, bo całą zwierzyna z lasów została wytłuczona przez kłusowników i sprzedana na czarnym rynku. Gdzieniegdzie widać jeszcze tylko chude lisy i wygłodniałe wilki, które w męczarniach kończą swój żywot.

Wojsko musi pilnować ogrodów zoologicznych, zwierzyńców i rezerwatów, by wygłodniali ludzie i kłusownicy nie odstrzelili ostatnich żyjących jeleni, saren, dzików czy łosi.

Wieczorami, przy świecach, ludzie wspominają czasy, gdy można było pójść do sklepu i kupić schab, karkówkę, kurczaka czy kawałek kiełbasy. Gdy wszystko było jeszcze normalnie.