Gorzkie słowo „prawda”
Mariusz Staniszewski 17.01.2020

Jednym z największych wrogów współczesnej polityki, czy może raczej postpolityki jest prawda. Nie chodzi o farmy trolli, produkcję fake newsów, prymitywną czy wyszukaną propagandę, ale prawdę, która nie jest względna i relatywna. Za prawdę uznaje się dziś kompromis, który często jest zgodą na większe lub mniejsze kłamstwo.

 

Przyjęta właściwie jednogłośnie przez Sejm uchwała dotycząca rosyjskich kłamstw na temat rzekomego sojuszu Polski z hitlerowskimi Niemcami była miłym zaskoczeniem. Nie tylko pokazała, że w sprawach fundamentalnych nasza klasa polityczna jest w stanie odsunąć na bok bieżącą rywalizację, ale także nie pozwoliła obcym na rozgrywanie wewnętrznej polityki. Takie przypadki nie są zbyt częste, więc należy je doceniać.

Uchwała nie była w żaden sposób kontrowersyjna, ponieważ potwierdzała tylko to, co w historii jest oczywiste. Druga wojna światowa zaczęła się od skoordynowanej agresji na Polskę dwóch totalitarnych mocarstw: hitlerowskich Niemiec i stalinowskiego Związku Sowieckiego. Nasz kraj poniósł też najwyższe procentowo straty ludnościowe. Prawda jest tu oczywista.

Jednak część z tych, którzy tak zgodnie zagłosowali przeciwko kłamstwom Władimira Putina próbującego zrzucić na ofiarę winę za wywołanie wojny, afirmuje na przykład tzw. nową szkołę badań nad Holocaustem. Jej przedstawiciele – wbrew oczywistym faktom – starają się obciążyć naród polski współpracą z nazistami i przypisać mu rolę pomocnika zbrodniarzy. Opublikowany ostatnio na stronie „Krytyki Politycznej” artykuł prof. Jana Grabowskiego „Duda nie ma moralnej legitymacji do przemawiania w Yad Vashem” jest doskonałym przykładem gwałtu na prawdzie. Prof. Grabowski pisze: „Słuchając licznych przemówień polskiego prezydenta, można by pomyśleć, że Polacy podczas wojny masowo („mowa o setkach tysięcy”) ratowali Żydów, a te nieliczne jednostki, które Żydom szkodziły, to zaprzańcy i zdrajcy, którzy tym samym wykluczyli się ze wspólnoty narodowej.

Hołdowanie tego rodzaju szkodliwym głupstwom nazywa się po angielsku Holocaust distortion („zniekształcanie historii Zagłady”) i powoduje poważne konsekwencje. Polska płaci cenę już teraz i będzie płacić w przyszłości. Co gorsza, to właśnie formacja polityczna, z której wywodzi się (i za którą ponosi odpowiedzialność) Andrzej Duda, wyzwoliła siły radykalnej antysemickiej prawicy, których istnienie i zasięg szokują światową opinię publiczną”.

Właściwie wszystko w tym fragmencie jest kłamstwem. Na dodatek zabarwione sporą dawką nienawiści. Nie tylko do prezydenta i formacji, z której się wywodzi. Ale do wszystkich, którzy śmią być dumni z polskiej historii.

Weźmy tych, którzy Żydów wydawali. W każdym państwie zdrada jest traktowana jako jedna z najcięższych zbrodni. W wielu krajach do dziś grozi za nią kara śmierci, a szmalcownicy byli przez Państwo Podziemne traktowani właśnie jak zdrajcy. W związku z tym likwidowani. Ni mniej, ni więcej oznacza to, że byli właśnie wykluczani z polskiej wspólnoty. Duchowo i fizycznie.

Prof. Bogdan Musiał w książce „Kto pomoże Żydowi” przeprowadził głęboką analizę dokumentów niemieckiej administracji w okupowanej Polsce. Wnioski były zaskakujące: zaostrzanie kar za pomoc Żydom nie wynikało z niemieckiej głupoty, ale niskiej skuteczności poprzednich nakazów i rozporządzeń. Kary trzeba było zaostrzać, bo łagodne prawo nie działało. Na dodatek najbardziej chętni do pomocy Żydom byli polscy chłopi, którzy w książce Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak” zostali odmalowani jako barbarzyńska, żądna krwi, pozbawiona uczuć wyższych tłuszcza. Co więcej wielu z nich nie powstrzymało nawet karanie śmiercią pomocy Żydom.

W książce „Utajone miasto. Żydzi po aryjskiej stronie Warszawy (1940-1945)” Gunnar S. Paulsson opisuje, że by uratować jednego Żyda potrzebna była pomoc kilkudziesięciu osób. Ktoś musiał zorganizować fałszywe dokumenty, ktoś inny kryjówki, jeszcze inny żywność itp. Aby akcja mogła być przeprowadzona na większą skalę, musiała istnieć zorganizowana siatka ludzi, którzy walczyli z nieludzkim totalitaryzmem. Jeśli z warszawskiego getta udało się przemycić na „aryjską” stronę tysiące Żydów, to musimy mówić ogromnym zaangażowaniu ze strony Polaków.

Prof. Grabowski pisze dalej: „Duda chciał zabrać głos w imieniu ludzi, którzy do polskiej wspólnoty narodowej nie należeli, których z tej wspólnoty – siłą narodowej prawicy – wykluczono i którzy ginęli w samotności i w opuszczeniu. Trzeba doprawdy wielkiej dozy typowo słowiańskiej hucpy, żeby z takim ciężarem, z jakim nieudolnie mierzy się tu prezydent Duda, w ogóle ważyć się zabierać głos w imieniu żydowskich ofiar Zagłady”.

Pomijając już prymitywny rasizm prof. Grabowskiego, który opisuje „typowo słowiańską hucpę”, to trudno sobie wyobrazić jak czułby się Janusz Korczak, gdyby dowiedział się, że dziś jest wykluczany z polskiej wspólnoty narodowej. Albo Bruno Szulc czy rodzina Władysława Szpilmana. Ci ludzie pisali po polsku, mówili polsku i czuli się częścią II Rzeczpospolitej. Mieszkając w Kanadzie, prof. Grabowski powinien rozumieć, że przynależność narodowa nie opiera się jedynie na więzach krwi, ale także, a może przede wszystkim, na przynależności do kultury, miejsca, wspólnoty, tradycji.

Obnażanie kłamstw prof. Grabowskiego jest oczywiście istotne, ale pragnę zwrócić uwagę na prawdę. Choć gwałci ją w sposób wyjątkowo brutalny, człowiek ten nadal nazywany jest naukowcem, a być może nawet intelektualistą. Nie spotykają go żadne konsekwencje. Najważniejsze wszak od nienawiści jest to, że swój umysł zaprzągł do chwalebnej sprawy – walki z ciemnymi konserwatystami, którzy – jego zdaniem – obudzili w Polsce antysemityzm. Tyle tylko, że niemal wszystkie badania przyznają, że nasz kraj jest dla Żydów miejscem wyjątkowo przyjaznym. Synagog i żydowskich szkół nie musi strzec policja, a jawny antysemityzm jest uważany za przejaw prymitywizmu, głupoty i braku wiedzy. Jednak w artykule prof. Grabowskiego nie chodziło przecież prawdę, ale o utrwalenie przekazu: Polską rządzi prawicowo-antysemicka banda, której brzydzą się wszyscy kulturalni ludzie.

Prawda nie ma tu nic do rzeczy. Progresywny intelektualista nie musi prowadzić żmudnych badań naukowych, ślęczeć nad źródłami i tracić czasu na ich porównywanie. Najważniejsza jest błyskotliwa, użyteczna teza, która pokaże taką prawdę, jaka akurat jest potrzebna. Całkiem mocno trąci to marksizmem, który uznawał, że prawda należy do klasy robotniczej. Nie jest więc obiektywna, ale relatywna. Wynika z potrzeby dziejów.

Niestety o tym, że relatywna prawda jest silniejsza od obiektywnej przekonuje się profesor Ewa Budzyńska. Rzecznik Dyscyplinarny Uniwersytetu Śląskiego domaga się ukarania jej naganą, ponieważ na wykładach o rodzinie mówiła, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety. Najpierw nie spodobało się to części studentów, potem władzom uczelni. Wina pani profesor polega na cytowaniu Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, gdzie dokładnie tak jest określone małżeństwo. Tak też funkcjonowało on przed wieki i nie budziło to większych wątpliwości.

Relatywizowanie prawdy nie jest polską specjalnością. W 2017 roku Katolicki Uniwersytet w Louvain w Belgii zawiesił wykłady filozofa Stephane’a Merciera, który mówił, że aborcja to zabijanie nienarodzonych dzieci. Władze uczelni – podkreślmy jeszcze raz katolickiej – stwierdziły, że popierają prawa kobiet do usuwania płodu. Nie chodziło więc o to, że Mercier mijał się z prawdą, raczej nazywał ją zbyt dosłownie. Inaczej przecież brzmi „dokonać aborcji” czy „usunąć płód”, a inaczej „zabić nienarodzone dziecko”. Ta jednoznaczność odbiera komfort.

Ale w czasach gdy prawda jest względna, fakty, tradycja i zdrowy rozsądek nie mają żadnego znaczenia. Prawdą można nazwać wszystko, co da się uzasadnić. Nawet nieudolnie.

Relatywizowanie prawdy i zastępowanie jest grupową tożsamością, albo przynależnością do plemienia, już dziś doprowadziło do destrukcyjnej polaryzacji społeczeństw. Nie tylko polskiego, ale też amerykańskiego, niemieckiego, francuskiego, włoskiego i wielu innych. Każde plemię ma swoją prawdę i wypiera argumenty – nawet najbardziej prawdziwe i oczywiste – które mogłyby ją podważyć.

Kolejną pochodną tego zjawiska jest spadający poziom zaufania. Skoro nie ma obiektywnej prawdy, żadna ze stron nie może jej sobie przypisać. W takiej sytuacji nie ma sensu dążenie do niej. Najważniejsza jest interpretacja. A tu każde z plemion posiada swoją. W ten sposób obie grupy mają ze sobą coraz mniej punktów wspólnych. Obie czują się nieco obco we własnym kraju.

Odrzucenie prawdy nie tylko powoduje rozpad więzów społecznych. Przede wszystkim uniemożliwia realną ocenę zjawisk i odpowiednie reagowanie na patologie.

Przyjrzyjmy się fenomenowi Jerzego Owsiaka i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Trudno odmówić mu sukcesów. Co roku pod szyldem WOŚP tysiące wolontariuszy zbiera pieniądze, bo wierzy, że ich wysiłek pomoże dzieciom, seniorom czy ofiarom wypadków. Nie sposób zaprzeczyć, że akcja ta wyzwala ogromną, pozytywną energię społeczną. Co więcej, kupiony sprzęt stoi w szpitalach i pomaga pacjentom. Wielu ludziom uratował życie. Tych osiągnięć nie da się podważyć.

Negatywne emocje budzi jednak druga strona tej akcji. Wiele publikacji i wygranych później procesów sądowych wskazuje, że organizator akcji Jerzy Owsiak i jego rodzina czerpią z tej, charytatywnej przecież w założeniu, akcji ogromne zyski. Internauci ujawnili jego wielomilionowy majątek, pokazali zdjęcia ogromnej posiadłości oraz opisali sieć firm, które świadczą usługi na rzecz WOŚP, należących do rodziny i przyjaciół Owsiaka.

Gdyby prawda nie była relatywna, zwolennicy Orkiestry najsilniej żądaliby od Jerzego Owsiaka wyjaśnień, przedstawienia jasnych kryteriów doboru podmiotów z nim współpracujących, przejrzystości finansów oraz ustalenia kwoty, którą WOŚP może wydać na siebie samą. To odsunęłoby od organizatora akcji wszelkie podejrzenia oraz oczyściłoby atmosferę wokół niego. Idea pozostałaby czysta.

Zamiast tego mamy podział na zwolenników i przeciwników. Uwielbienie i nienawiść. Falę wyzwisk z obu stron. Problem pozostał nierozwiązany, a kolejne odsłony sporu będą rozstrzygane na salach sądowych.

Jednak i w tej instancji prawda stała się względna.