Gra pozorów
Tomasz Wróblewski 15.06.2015

To, że władza absolutna deprawuje absolutnie, wiemy od roku. Ośmiorniczki, miłość na blacie i igraszki z bankiem centralnym. Ciekawe, czy prawo Lorda Actona działa też w drugą stronę. Czy absolutna bezsilność rządu może teraz absolutnie oczyścić jego wizerunek z deprawacji, wynaturzeń władzy i lubieżnych uciech na koszt podatnika. Czy premier Kopacz, dziesiątkując rząd, niszcząc prokuraturę, przekuje upadek moralny partii w jej siłę?

To oczywiście tylko taka gra semantyczna, bo nawet ścisłe kierownictwo partii nie wierzy już w pełną odnowę. Dla nas ciekawsza jest błyskawiczna dezintegracja władzy. Upadek. Nie tylko zaufania, lecz także decyzyjności. Spektakularna dymisja ministrów, marszałka Sejmu, wiceministrów może i miała świadczyć o stanowczości i spójności państwa, ale w rzeczywistości była tego zaprzeczeniem. Aktem rozpaczy. „Wyrzuceni” proszeni byli o pomoc, o odegranie spektaklu w imię ratowania partii.

Otrzymali gwarancje utrzymania swoich miejsc na listach wyborczych. Ba, w kilku wypadkach premier zapewniła, że przy nominacji następców będzie się kierowała ich sugestiami. Przedstawienie zepsuło kilku opornych. Organizacja polityczna, która dwa miesiące temu kontrolowała każdy zakamarek życia społeczno-gospodarczego i namaszczała każdą nominację w spółkach skarbu, nagle okazuje się za słaba, żeby wymusić rezygnację szefa banku centralnego, nie mówiąc o szefie CBA czy prokuratorze generalnym. Te same bezpieczniki konstytucyjne, które bez większych trudności udawało się wcześniej obchodzić, ukręcać łeb znacznie większym sprawom, jak choćby nacjonalizując OFE, wymianę szefów organów nadzorczych, teraz okazują się twarde jak z kamienia. Urzędnicy okopują się w swoich paragrafach i coraz częściej mówią partii: „Nie. Nie odejdę przed końcem kadencji, nie złamię przepisów”.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że twarda postawa kilku urzędników jest objawem niezawisłości urzędów i trwałości służb specjalnych. Ci sami politycy dziś demonstrujący swoją niezależność gotowi byli poświęcić niezależność banku centralnego na rzecz partyjnych interesów. Ci sami pracownicy wymiaru sprawiedliwości tak prowadzili śledztwo w sprawie afery podsłuchowej, żeby nigdy nie zostało doprowadzone do końca. Żadna ze skandalicznych wypowiedzi polityków nagranych na taśmach nie doczekała się niezależnego osądu, bo żadna prokuratura nie dopatrzyła się winy. A tam, gdzie nie dało się tego zamieść pod dywan, z pomocą przychodziły sądy. Rządzący mówili, opinia publiczna wierzyła, a urzędnicy ukręcali łeb sprawie za sprawą. Do czasu.

Jak w każdym autorytarnym systemie, każdy objaw słabości „imperatora” pociąga za sobą bunt „wiernych”. Wybory prezydenckie pokazały, że machina się zaciera. Nie daje oparcia i gwarancji bezpieczeństwa swoim najwierniejszym. Pani premier nie jest już w stanie odwołać nawet szefa CBA. Błagalnym głosem przeprasza wszystkich członków PO. Nie obywateli, nie Polaków, ale tych, których organizacja zawiodła i naraziła na szwank. Kiedy znowu usłyszymy o dzielnych urzędnikach odmawiających wykonania durnego polecenia albo posłach rzucających legitymacją, nie miejmy złudzeń. To partia traci zdolność rządzenia, a nie urzędy odzyskują samodzielność. To właśnie słabość administracji, urzędów nadzoru czy wymiaru sprawiedliwości, ich personalna unia z aparatem partyjnym powodują, że kiedy wreszcie upada rząd, mamy wrażenie, jakby zapadało się całe państwo.

Tekst ukazał się we Wprost