Gra w klasy
Jerzy Marek Nowakowski 13.02.2019

Klasa średnia jest fundamentem demokracji. Nie warto nawet cytować tych teoretyków polityki, którzy formułowali tę banalną myśl. Bo robili to prawie wszyscy. Tymczasem, jakoś nikt nie ma ochoty zauważyć, że współczesny świat Zachodu staje się światem który nie zauważa klasy średniej. A Polska, zwłaszcza w czasie kampanii wyborczej, jest tego zjawiska nieomal klinicznym przykładem.

 

Czy słuchamy nadętej konwencji wyborczej ruchu Biedronia, czy kolejnych opowieści dominującego na scenie politycznej duopolu PiS-PO to są one adresowane do odbiorców płacy minimalnej. I nie chodzi mi o uznawanie tych ostatnich za mało istotny składnik społeczeństwa obywatelskiego. Chodzi o to, że wątła i słaba polska klasa średnia nie ma w świecie partii politycznych realnego partnera.

Obserwator rzeczywistości społecznej Polski – i nie tylko Polski – dość łatwo zauważy takie zjawiska jak znikanie z rynku sieci handlowych adresowanych do bardziej wymagającego klienta. Zniknęła Alma, wcześniej Bomi, ledwie żyje Piotr i Paweł. Znikają nawet wyspecjalizowane sklepy z elektroniką wypierane przez supermarkety w rodzaju Media-Marktu. Na rynku usług także zanikają usługi adresowane do klasy średniej na rzecz tzw. masówki. Z drugiej strony rodzą się enklawy handlu i usług dla 1 procenta najzamożniejszych.

Rzecz jasna zjawisko nie ogranicza się do handlu czy prostych usług. To samo dotyczy prywatnej opieki lekarskiej, szkół, przedszkoli etc. Usługi zwane abonamentowymi niewiele się różnią gdy idzie o kolejki i jakość od publicznej służby zdrowia. A obok są w tych samych firmach obsługiwani pacjenci VIP, za mnożnikowo droższe karty. I znowu, wersji pośredniej w zasadzie nie ma.

Kiedy przyglądamy się danym statystycznym o zarobkach, to granicą zamożności wedle wyspecjalizowanych firm jest dochód od 3,5 (wedle jednych) do 5000 złotych netto. Niewiele więcej niż wynosi statystyczna średnia dochodowa. Oznacza to tyle, że obywatele zaliczani zazwyczaj do klasy niższej mają dochody pozwalające żyć coraz lepiej. A klasa średnia pomału zanika. Jej niewielka część przechodzi do grupy o najwyższych dochodach, a znaczna większość zlewa się ze światem aspirujących niebieskich kołnierzyków.

Socjalista się ucieszy – jest równiej. Libertarianin także – zaradność i bogactwo dają duże profity. Ale jeśli ktoś pamięta lekcję ekonomii politycznej Margaret Thatcher, która starała się jak najbardziej upowszechnić własność, po to by podnieść poziom odpowiedzialności obywatelskiej, zachwycony nie będzie.

Jako społeczeństwa jesteśmy na Zachodzie, w tym w Polsce, niepomiernie bogatsi niż kiedykolwiek w historii. Tyle, że w warunkach niewątpliwego luksusu, odtwarzamy strukturę społeczną Trzeciego Świata. Co prawda biedak w Nigerii umiera z głodu a biedak w Niemczech czuje się skrzywdzony, gdy nie stać go na wczasy na Florydzie a tylko na Majorkę (autentyk), ale dla społecznej struktury, nie ma to większego znaczenia. Środek społecznej drabiny staje się coraz chudszy. A ten środek właśnie utrzymuje konstrukcję społeczną w równowadze, ten środek – na przykład – kupował poważne gazety a nie tabloidy, był widzem teatrów i ambitnych kin. Upadek dziennikarstwa, jest także efektem zanikania klasy średniej. Pauperyzujący się (relatywnie) nauczyciel, drobny przedsiębiorca czy nawet profesor przestaje być atrakcyjnym odbiorcą reklamy, która utrzymuje media. Zamiast tego w Internecie, popularnej telewizji, czy w tabloidzie wrzucamy reklamy produktu masowego, a na okładce menu w dobrej restauracji, w lotniskowym vip-roomie, albo na polu golfowym reklamy luksusowych apartamentów, samochodów klasy premium albo zegarków.

I znowu, nie chodzi mi o to, by docent dumnie obnosił się ze szwajcarskim zegarkiem będącym poza zasięgiem robotnika. Chodzi o to, że brak klasy średniej zabija debatę publiczną. Jakość mediów spada dramatycznie nie dlatego, że ich redaktorzy uważają odbiorców za głupków (choć są i tacy). Spada, bo wytworzenie wartościowej informacji i publicystyki kosztuje. A pieniędzy w mediach jest coraz mniej. Wobec tego zatrudnia się stażystów i dziennikarskich wyrobników. Tylko czytelnik nie jest głupi, i widząc zawartość w postaci sensacji przepisanych z zagranicznego (bezpłatnego) Internetu nie widzi powodu, by takiemu medium poświęcać swój czas i pieniądze.

Upadek I Rzeczypospolitej zaczął się od upadku średniej szlachty. Podczas wojen kozackich, a zwłaszcza Potopu szwedzkiego ta warstwa, która tworzyła absolutnie niezwykłą demokrację szlachecką, została zmieciona. Po przejściu rabujących i niszczących oddziałów wojskowych magnat mógł odbudować swój majątek posiłkując się dochodami z innych, niezniszczonych posiadłości. A posiadacz kilku folwarków zazwyczaj lądował jako klient na magnackim dworze, bo nie miał z czego się utrzymać. Państwem zaczęły rządzić magnackie koterie posługujące się szlachtą „gołotą”. Demokracja umarła.

Bez sił politycznych, które postawią na odbudowę klasy średniej, co oznacza wyraźny wzrost dochodów małych i średnich przedsiębiorców, zwiększenie nakładów na naukę i generalnie zawody – to już polska specyfika – inteligenckie, bez polityków, którzy zamiast „dawać” (jak wiadomo państwo daje z naszego, stąd cudzysłów) przestaną obywatelom ciągle zabierać, bez polityków, którzy zamiast podlizywać się najprymitywniejszym gustom spróbują odbudować pozycję autorytetów w życiu publicznym, bez – najkrócej mówiąc – polityków a nie demagogów, nasz model społeczny za chwilę upadnie. Jeżeli mówimy o tzw. bezwarunkowym dochodzie gwarantowanym, to nie opowiadajmy głupot, że on się po prostu należy. Powiedzmy szczerze, że społeczeństwa Zachodu nie akceptują tego, by ktokolwiek umierał z głodu czy z braku lekarza na ulicy. Tak czy inaczej trzeba go utrzymać. A dochód gwarantowany zapewne wyjdzie taniej i godniej dla tego człowieka. To nie jemu się należy. To ciężko pracującemu podatnikowi należy się poczucie, że ratuje kogoś kto sobie nie daje rady.

Bez zmiany politycznej narracji. Bez zmiany priorytetów i bez – przede wszystkim – obudzenia się klasy średniej, która dała sobie wmówić że jej nie ma, gospodarka, polityka i kultura Zachodu rozlecą się w kawałki, a najbardziej pożądanym zawodem, będzie profesja historyka sztuki, który po europejskim muzeum będzie oprowadzał wycieczki Chińczyków i Hindusów.