GrinPiS w akcji
Łukasz Warzecha 09.09.2020

Jestem złym człowiekiem. Przynajmniej według Jarosława Kaczyńskiego, który stwierdził, że propozycje PiS dotyczące ochrony zwierząt, poprą „wszyscy dobrzy ludzie”. Ja nie tylko nie popieram prozwierzęcych pomysłów Naczelnika, ale przeciwnie: uważam je za skrajnie szkodliwe, wyrosłe ze z gruntu lewicowego paradygmatu, a w przypadku zakazu hodowli zwierząt futerkowych oraz praktycznie skasowania uboju rytualnego – za będące wprost zdradą polskich interesów ekonomicznych.

 

Nawiasem mówiąc, warto dostrzec, jak wyjątkowo paskudną figurę stylistyczną zastosował tutaj prezes PiS: „wszyscy dobrze ludzie poprą…” – czyli ci, którzy nie poprą, dobrzy nie są. O tego typu zabiegi PiS wielokrotnie oskarżał opozycję.

Jakiś czas temu pisałem na blogu WEI, że Jarosław Kaczyński podąża śladami Sylwii Spurek, tyle że mniej po wariacku i kilka kroków w tyle. Droga jest jednak ta sama i ostatecznie skutki identyczne. Jeśli ktoś miał jeszcze co do tego jakieś wątpliwości, to powinien się był ich teraz ostatecznie pozbyć. Powszechny entuzjazm wszystkich ekologistycznych organizacji, które nierzadko dają powody, aby uznawać je za przedstawicieli obcych interesów, wobec najnowszych pomysłów Kaczyńskiego mówi sam za siebie. Po raz kolejny muszę powtórzyć: PiS jest ugrupowaniem z ducha i praktyki głęboko lewicowym, i gdy idzie o pogląd na gospodarkę, i gdy idzie o kwestie wolności osobistej. Dlatego przekonanie, że to właśnie PiS będzie skutecznym hamulcem przeciwko lewackim ideowym nowinkom, jest całkowicie błędne. Tak się nie dzieje – PiS w żaden sposób nie zabezpieczył systemowo jakichkolwiek konserwatywnych rozwiązań, a w przypadku spraw takich jak zwierzęta jest wręcz w awangardzie postępów postępu.

Istnieje oczywiście możliwość, że mamy do czynienia jedynie – po raz kolejny – z tematem, który przez jakiś czas będzie miał rozgrzewać komentatorów, a potem ucichnie. Być może chodzi tu o przykrycie rewelacji Konfederacji, dotyczących działań polityków PiS w Przemyślu, może o przykrycie problemów z zadłużeniem państwa i masowo już pojawiających się pomysłów na nowe daniny i opłaty (bo przecież nie podatki, broń Boże!), może wreszcie jest to część taktyki, mającej przyciągać do PiS młodszych wyborców. Niestety, cykl wyborczy daje okazję do realizacji tego typu fatalnych zamierzeń, bo do kolejnych wyborów pozostają trzy lata, a sam Jarosław Kaczyński wielokrotnie dawał świadectwo swojej prozwierzęcej fiksacji. Przypominałem już fragment wywiadu w „Życiu” z roku 1996:

A co pan myśli o oblewaniu farbą prawdziwych futer z lisów czy norek?

Jak najlepiej. Moja bratanica uczestniczy regularnie we wszelkich tego typu manifestacjach antyfutrzarskich.

Sam pan też by się przyłączył czy to już forma zbyt drastyczna?

To nie chodzi o drastyczność, ale o to, że moja bratanica ma lat 16, a ja trochę więcej. Ale samo takie działanie jest jak najbardziej pożądane.

W tej wypowiedzi Kaczyński ni mniej ni więcej, ale pochwala niszczenie prywatnej własności w imię prozwierzęcej ideologii. Czym ta deklaracja – jak sądzę, wciąż aktualna – różni się od niektórych deklaracji brylujących dziś w lewicowych mediach ludzi z otoczenia „Margota”? Problem w tym, że dzisiaj to Kaczyński może według swoich fobii kształtować rzeczywistość. Wreszcie może zrealizować swoje marzenia sprzed lat, tyle że teraz nie chodzi już o oblanie jednego czy dwóch futer farbą, ale o zniszczenie prywatnej własności na wielką skalę – tworzonych przez całe lata ciężką pracą firm.

Projekt prozwierzęcej „piątki”, zawierający również kolejne wzmocnienie roli organizacji „animalsów”, czyniące z nich quasi-policję – co również jest skandaliczne – firmuje 26-letni działacz PiS, niejaki Michał Moskal, z siłą rzeczy minimalnym doświadczeniem życiowym, który całą swoją karierę przebimbał na publicznej kasie, na wolnym rynku nie zarobiwszy ani złotówki i niczego samemu nie stworzywszy. Jeśli już wyprawiamy się w rejony etyki, to jest coś głęboko nieetycznego, a nawet obrzydliwego w tym, że budowane z mozołem polskie biznesy chcą wygasić ludzie, którzy od lat żyją wyłącznie z polityki, czyli z publicznej kasy, i którzy nie skalali swoich rąk żadnym prowadzonym na własny rachunek zajęciem nigdy lub od bardzo dawna.

Wielokrotnie już zbijałem argumenty przeciwko zakazowi hodowli futerkowych lub uboju rytualnego, muszę je jednak powtórzyć. Przede wszystkim jakiekolwiek ewentualne nieprawidłowości – jeżeli w ogóle mają miejsce, a materiały przedstawiane przez aktywistów są niemal bez wyjątku fałszowane lub ustawiane – są, owszem, uzasadnieniem na rzecz zwiększenia liczby kontroli, może wzmocnienia norm, i tak już zresztą bardzo wyśrubowanych, ale na pewno nie na rzecz likwidacji branży. Szczególnie że akurat fermy futerkowe są pod wyjątkowo silnym nadzorem, kontrolowane znacznie częściej niż jakikolwiek inny rodzaj gospodarstw hodowlanych, gdzie przecież również może dochodzić do nieprawidłowości.

Dlaczego w takim razie animalsi wzięli sobie na cel przede wszystkim hodowle futerkowe? Odpowiedź jest prosta: psychologia człowieka. W tej dyskusji nie ma racjonalności, są niemal wyłącznie emocje. Animalsi wiedzą, jak je pobudzać, w końcu z tego żyją, wyciągając pieniądze od ludzi. Zwierzęta futerkowe budzą w człowieku miłe skojarzenia. Norka wygląda przesympatycznie, zdarza się, że ludzie trzymają je w domach jako zwierzęta domowe. Lisy też są piękne i kojarzą się z wolnością, dlatego trzymanie ich w klatkach budzi instynktowny sprzeciw. Do tego dodajemy kilka emocjonalnie nacechowanych określeń typu „zerwiskóry”, „obdzieranie ze skóry” – i mamy już typowy dla dzisiejszych czasów zdychającego rozumu koktajl emocjonalny, na którym można jechać długo. Nikogo nie interesuje, jak wygląda faktycznie proces zdejmowania skór ze zwierząt (najpierw usypianych – zabijanych – zwykle gazem) ani to, że skóry zdejmowane na żywo byłyby po prostu złej jakości. Żaden hodowca, który nie jest nienormalny i nie działa przeciw sobie samemu, tego nie robi. Każdy racjonalny hodowca dba o dobrostan swoich zwierząt, bo to są po prostu jego pieniądze. Obraz hodowców sadystów, krążących z nożem pomiędzy klatkami i na żywca z obrzydliwym rechotem zdzierających skórę z piszczących rozpaczliwie zwierząt ma tyle wspólnego z rzeczywistością co Jarosław Kaczyński z liberalizmem. Ale dobrze się sprzedaje wśród miejskich pięknoduchów.

Jak w każdej dużej hodowli, tak i w przypadku hodowli zwierząt futerkowych mogą się zdarzać pojedyncze przypadki niewłaściwego zachowania pracowników. Ale dokładnie tak samo można by atakować na przykład gospodarstwa, gdzie hoduje się trzodę chlewną czy krowy (słabiej kontrolowane). Dlaczego zatem tu ataku nie ma? Znów – proste: psychologia. Świnia czy krowa nie wywołują już tych automatycznych, sympatycznych skojarzeń u zaangażowanych emocjonalnie mieszczuchów i znacznie trudniej temat sprzedać. Ale bez obaw: animalsi już w tę stronę zmierzają, mieliśmy już kampanię bilbordową, przekonującą, że i takim zwierzętom dzieje się straszna krzywda. To jest po prostu następny krok. I do tego następnego kroku zachęcają Moskal z Kaczyńskim.

Pamiętajmy, że jesteśmy w momencie szczególnie trudnym gospodarczo. Wejście w życie zakazu, nawet z pięcioletnią karencją, to natychmiastowy problem z zaciągniętymi już kredytami czy rozpoczętymi inwestycjami. I tu jest kolejny mocny argument przeciw: żaden przedsiębiorca nie powinien bać się, że jego własne państwo z powodów ściśle ideologicznych nagle zakaże mu całkowicie dotąd w pełni legalnego biznesu. To uderzanie w stałość ładu gospodarczego – i nikt nie może być pewny przyszłości. Dziś przestał Naczelnikowi pasować biznes futrzarski, a może za dwa lata dopatrzy się czegoś złego w jubilerach, bo dojdzie do wniosku, że niepotrzebnie podbijają ludzką próżność, a ludzie mogą się świetnie bez nowych pierścionków i kolczyków obyć?

Całkowicie niecelne są argumenty, wskazujące, że fermy futrzarskie mają do PKB wnosić „niewiele”. Po pierwsze – nie może być żadnym argumentem za skasowaniem jakiejkolwiek branży jej wkład do PKB. Gdybyśmy zrobili kwerendę, mogłoby się okazać, że mamy wiele branż, których wkład jest jeszcze niższy, a skarży się na nie jakaś liczba ludzi. Likwidujemy?

Poza tym – czy naprawdę jesteśmy w momencie tak dynamicznego wzrostu, że możemy sobie pozwolić na rezygnację z kolejnych milionów złotych i kolejnych miejsc pracy? Ludzie, którzy dotąd wnosili do budżetu pieniądze, wnosić je przestaną. Ci, którzy mieli pracę, stracą ją. Ktoś przecież te ubytki będzie musiał uzupełnić i – mam nadzieję, że państwa tym stwierdzeniem nie zaskoczę – tym kimś będziemy my. Zapłacimy w swoich podatkach za fanaberie Kaczyńskiego i zabawy Moskala.

To dotyczy także ubojni, zajmujących się ubojem rytualnym. Ta branża bardzo dobrze sobie radziła, głównie dzięki eksportowi. To, co proponuje PiS, oznacza praktycznie jej koniec.

W przypadku biznesu futrzarskiego arcyciekawe jest też, kto na zakazie skorzysta. Powiązanie sprawy utylizacji odpadów z hodowli innych zwierząt z fermami jest doskonale znane. Część rolników korzysta, sprzedając swoje odpady fermom, które wykorzystują je do produkcji pełnowartościowej karmy dla zwierząt futerkowych. Te odpady muszą zostać wykorzystane w taki właśnie sposób bądź zutylizowane. Tak się składa, że rynek utylizacji jest w Polsce całkowicie opanowany przez niemieckie firmy. Zakaz hodowli zwierząt futerkowych to wymierny zysk dla tych firm. Jak na ironię, PiS, tak przeczulony na punkcie niemieckiej ekspansji politycznej i gospodarczej, nagle przestał tu widzieć problem i związek. To również strata dla rolników, którzy nie tylko już na odpadach nie zarobią, ale przeciwnie – będą musieli za ich utylizację zapłacić. To z kolei oznacza nieuchronny wzrost cen żywności, w tym na przykład drobiu. I znów: to my zapłacimy za prozwierzęce fanaberie prezesa PiS.

Wszystko co powyżej pozwala wyciągnąć wniosek, że propozycje są sprzeczne z polską gospodarczą racją stanu, i to pod wieloma względami.

Niezmiennie przewija się argument, że futra nie są człowiekowi niezbędne, więc tę branżę można po prostu skasować. To bardzo niebezpieczne rozumowanie. O tym, czy dany biznes może działać, powinien decydować rynek. Jeśli jest rynek na futra, to powinniśmy móc je produkować. Kto zaś miałby decydować, czy dana branża jest zbędna czy nie? Przecież ostatecznie możemy się obyć bez całego mnóstwa rzeczy: wspomnianej wcześniej biżuterii, lepszych samochodów (albo, zdaniem lewicowych organizacji miejskich, bez samochodów w ogóle), internetu mobilnego, nawet bez mięsa (proszę spytać nowej koleżanki Kaczyńskiego, Sylwii Spurek). Użycie tego argumentu w jednym przypadku otwiera natychmiast drogę dla wszystkich, którzy chcieliby biznes podporządkować ideologii i arbitralnie decydować, co wolno robić, a co nie.

W tym momencie przeciwnicy hodowli sięgają po argument ostateczny – etyczny. Tu faktycznie dochodzimy do sedna sprawy. Propozycje Kaczyńskiego mieszczą się w tym samym nurcie, w którym płynie Spurek, Grinpic, Otwarte Klatki, Viva, Ludzie Przeciw Myśliwym i inne podobne lewicowe twory. Ich wspólną cechą jest konfrontacja z chrześcijańską antropologią, która wyraźnie odróżnia zwierzęta od ludzi. Tak, człowiek ma nakaz dobrego traktowania zwierząt, ale zarazem nie może ich umieszczać w tej samej sferze co siebie samego. Jak już wielokrotnie pisałem, zwierzęta nie mają „praw” i mieć ich nie mogą, ponieważ posiadanie praw wiąże się nieodłącznie z możliwością dokonywania świadomego wyboru i ponoszenia za niego odpowiedzialności. Ma to zresztą odbicie w prawodawstwie dotyczącym ludzi, ponieważ inaczej traktuje się czyn, dokonany przez osobę w pełni świadomą, inaczej przez taką, która w momencie jego popełniania nie miała świadomości tego, co robi, a jeszcze inaczej przez taką, która ze względu na chorobę lub wrodzone wady nie ma tej świadomości w ogóle.

„Piątka dla zwierząt” to krok na drodze do „uczłowieczenia” zwierząt – w tym sensie jest to wielkie zwycięstwo lewicowej ideologii. Bo przecież mamy tam nie tylko zakaz hodowli zwierząt futerkowych i praktycznie zakaz uboju rytualnego, ale także wspomniane skandalicznie wielkie kompetencje dla lewicowych prozwierzęcych jaczejek, zakaz używania zwierząt w cyrkach i trzymania psów na uwięzi (ten ostatni całkowicie oderwany od rzeczywistości – na coś tak durnego mógł wpaść jedynie miejski pięknoduch).

Z tego punktu widzenia zostaje całkowicie zatarta granica między autentycznym dręczeniem zwierząt (na przykład degenerat, kamienujący psa czy wieszający na gałęzi kota) a wykorzystywaniem zwierząt w hodowli i biznesie. Ba, nawet tresura psa może zostać uznana za „dręczenie”. Mamy tam przecież trenowanie odruchów poprzez nagrodę lub jej pozbawianie. Czyż to nie nieludzkie? Kaczyński swoją prozwierzęcą fiksacją bardzo tu wspiera najgorszy nurt lewackiego „postępu”.

Owszem, dla miejskiego „snowflake’a” każda hodowla zwierząt może być przykrym miejscem. Tysiące zwierząt w klatkach, setki w boksach – to może być przykry widok dla kogoś, kto kieruje się zrozumiałymi nawet emocjami. Rzeźnia to też paskudne miejsce. Ale to wszystko nie jest powodem, żeby jakiegokolwiek biznesu zakazywać.

Z praktycznego punktu widzenia można mieć nadzieję, że te fatalne pomysły ugrzęzną oraz zaprotestują przeciwko nim koalicjanci – Solidarna Polska ze względu na swój wiejski elektorat, Porozumienie – ze względu na probiznesowe nastawienie. Swoje ugra niewątpliwie Konfederacja, której lider przedstawił już w tej sprawie rozsądne stanowisko. Nie zmienia to faktu, że „piątka” kolejny raz pokazuje, że w przypadku PiS mamy do czynienia z ideologiczną, momentami wręcz fanatyczną lewicą.

 

P.S. Nie ukrywam i nigdy nie ukrywałem, że współpracuję z internetową telewizją wSensie.pl, dziś Świat Rolnika, której fundatorem jest hodowca Szczepan Wójcik. W swoich programach tymi akurat problemami się zresztą nie zajmowałem. Natomiast moje poglądy na sprawy ochrony zwierząt, w tym na skasowanie branży futrzarskiej, były takie same zanim tę współpracę podjąłem – co łatwo zweryfikować – i będą takie same, gdy ta współpraca się zakończy. Wszelkie sugestie, że są one od niej w jakikolwiek sposób uzależnione, uznaję wprost za obelżywe.