Gry wojenne 2.0
Jerzy Marek Nowakowski 10.01.2020

Jeszcze miesiąc temu wydawało się, że mniej lub bardziej konsekwentnie prowadzona od 40 lat przez USA polityka sankcji przeciwko Iranowi zaczyna przynosić efekty. Od połowy listopada trwały w Teheranie i kilkunastu innych miastach Iranu masowe demonstracje. Zapoczątkowane protestem przeciwko podwyżkom cen benzyny przeradzały się w masowy ruch skierowany przeciwko rządom teokratycznym. Na ulice wychodziły setki tysięcy demonstrantów. Policja i Strażnicy Rewolucji z kolei po prostu strzelali do tłumu. Według umiarkowanej opozycji w zamieszkach straciło życie co najmniej 630 osób. Rannych liczono w tysiącach. Amerykanie – jak się wydawało – mogli wygodnie rozsiąść się w fotelach i spokojnie czekać, aż irańskie jabłko wpadnie w końcu do ich koszyka. Oczywiście zapewniali, że nie chcą zmiany rządu w Iranie. No ale kto by im wierzył. Tymczasem okazało się, że rzeczywiście Donald Trump z troską pochylił się nad przyszłością władzy ajatollahów.

 

Zabójstwo charyzmatycznego generała Sulejmaniego na lotnisku w Bagdadzie, wykonana w stylu klasycznej egzekucji przez amerykańskie drony ponownie zjednoczyło Irańczyków. Generał, który był jednym z architektów irańskiej polityki wspierania szyitów i proirańskich terrorystów na Bliskim Wschodzie bez wątpienia nie był świetlaną postacią. Przynajmniej w oczach Zachodu. Ale pomimo, że już kilka razy amerykańskie służby miały go – w sensie jak najbardziej dosłownym – na celowniku, to nigdy nie zdecydowano się na naciśnięcie spustu. Właśnie dlatego, że potencjalne koszty takiego zabójstwa znacznie przekraczały możliwe polityczne zyski. Dopiero prezydent Trump zdecydował się na wydanie rozkazu zabójstwa generała. Swoją drogą uderzył w jednego ze swoich najważniejszych sojuszników w wojnie z tzw. Państwem Islamskim. Sulejmani spotykał się jeszcze niedawno z amerykańskimi generałami w Szwajcarii projektując kolejne działania przeciwko ISIS. To kolejny paradoks.

Efektem zamachu jest niebywały wzrost napięcia w regionie, wzrost cen ropy na świecie, zjednoczenie Irańczyków wokół rządu i ruina autorytetu USA w całym regionie. Krążący po Internecie mem z wizerunkiem Prezydenta USA i podpisem: „Make America great Satan again” doskonale oddaje istotę sprawy.

Dzisiejszy Bliski Wschód jest jedną gigantyczną beczką prochu. Lokalne mocarstwa: Turcja, Iran, Arabia Saudyjska i Izrael a do tego Rosja i USA brutalnie używają siły w obronie własnych interesów. Krok po kroku przyczółki wpływów obejmują Chiny. Zabawne, że na globalnych mapach chińskich wpływów lokalni arcywrogowie: Iran i Arabia Saudyjska są oznaczeni podobnym, intensywnym kolorem.

Ukochany przez prezydenta Trupa unilateralizm okazuje się w bliskowschodnim kotle szokująco mało skuteczny. Szczególnie, że nie tylko Amerykanie po metodę tworzenia faktów dokonanych sięgają. Dokładnie to samo robi prezydent Turcji i władcy Iranu oraz Arabii Saudyjskiej. A Rosjanie? Zacierają ręce bo obok Chin są jedynym graczem w regionie który może rozmawiać ze wszystkimi. Na dodatek każde zaostrzenie sytuacji w regionie Bliskiego i Środkowego Wschodu natychmiast przynosi dodatkowe pieniądze. Tylko w nocy po ataku rakietowym Iranu na amerykańskie bazy w Iraku ropa podrożała o ponad 5%. Z dużym uproszczeniem można powiedzieć, że w ciągu jednego dnia dochody rosyjskie rosną dzięki takiej podwyżce o blisko 60 mln dolarów. Genialne. Polityczni konkurenci mają kłopoty, rynek dla rosyjskiej broni rośnie i jeszcze pieniądze z eksportu ropy płyną wartkim strumieniem.

Warto pamiętać jeszcze o jednej kwestii. Iran jest krajem względnie bezpiecznym, ale też biednym. Powód jest oczywisty. Góry. Wysokie pasma górskie skutecznie bronią dostępu do centrum Iranu a jednocześnie nie nadają się do uprawy roślin i zbóż. Historycznie Persja zyskiwała status mocarstwa wówczas gdy udawało jej się opanować żyzne ziemie Mezopotamii. Czyli dzisiejszego Iraku. A od czasu obalania Saddama wpływy irańskie w Bagdadzie stale rosną.

Nie miejsce tu na analizę przyczyn. W każdym razie pomimo obecności wojsk amerykańskich, pomimo autentycznej wdzięczności wielu Irakijczyków za obalenie dyktatora, Amerykanie byli systematycznie wypychani z Iraku przez Irańczyków.

Styl myślenia i styl uprawiania polityki na Środkowym Wschodzie jest taki, że było oczywiste, iż zabójstwo Sulejmaniego musi spotkać się z odwetem. W przeciwnym wypadku Irańczycy straciliby twarz, a ta w polityce lokalnej jest dobrem równie cennym jak czołgi czy samoloty. Dzień po uroczystościach żałobnych w Iranie Gwardia Rewolucyjna zaatakowała rakietami dwie bazy amerykańskie. Amerykanie stwierdzili, że nikt nie zginął a rakiety uderzyły w te fragmenty baz, gdzie nie było ludzi. Z przecieków wiadomo, że strona irańska ostrzegła przed atakiem, tak że żołnierze (w tym kilkuset Polaków) zdołali ukryć się w schronach. Z kolei telewizja irańska z dumą informowała o „80 zabitych amerykańskich terrorystach”.

I kiedy wydawało się, że obie strony względnie niewielkim kosztem zachowały twarz, pojawiła się sprawa ukraińskiego samolotu. Prawie 180 pasażerów i członków załogi zginęło w katastrofie Boeinga, który spadł na ziemię kilka minut po starcie z Teheranu. Celowo napisałem „spadł” bo oficjalnie jest rozpowszechniane co najmniej kilka wersji zdarzenia. Najbardziej prawdopodobne – niestety – wydaje się, że Bogu ducha winnych ludzi trafiła rakieta przeciwlotnicza Iranu. Konflikt, który miał być czystą, chirurgiczną wymianą ciosów (dla wszystkich uczestników gry wygodnych z powodów wewnątrzpolitycznych) stał się powodem tragedii.

Być może jest to właściwy moment, żeby obywatele (także państw autorytarnych) przypomnieli politykom, że „wszyscy jesteśmy pasażerami”. Bo w gruncie rzeczy nie jest ważne komu się zatrzęsły ręce: operatorowi rakiety, pilotowi czy kontrolerowi lotów lub mechanikowi. Katastrofa jest efektem zabawy w gry wojenne. Podobnie jak masakra pasażerów samolotu malezyjskiego zestrzelonego przez Rosjan nad Donbasem.

Ale skutkiem gier wojennych jest również to, że tysiące samolotów muszą omijać coraz większe obszary konfliktów. Może panna Greta zamiast podróżować jachtem przez Atlantyk weźmie w szkole kalkulator i policzy, o ile więcej CO2 znajduje się w atmosferze z tego powodu, ze tysiące samolotów muszą okrążać Iran, Ukrainę, Zatokę Perską i tak dalej.

To wszystko jest kłopotem dla pokolenia millenialsów i ich dzieci. Jeżeli młodzi ludzie nie porzucą swojej wyniosłej izolacji i pseudoekologicznego indywidualizmu to za chwilę okaże się, że wrócimy do epoki sprzed I wojny światowej. Tyle, że w kompletnie odmiennych warunkach technicznych i cywilizacyjnych.