Gwiezdne wojny – przebudzenie
Andrzej Krajewski 07.01.2020

Sprawy najistotniejsze mają to do siebie, że łatwo umykają uwadze. Najlepszym dowodem na to jest niemal zupełne ignorowanie wiadomości o powstaniu Sił Kosmicznych USA – United States Space Force (USSF).

 

Szósty rodzaj wojsk Stanów Zjednoczonych, przeznaczony do walk w przestrzeni kosmicznej, oficjalnie narodził się tuż przed Bożym Narodzeniem. W ogłoszonym wówczas budżecie Pentagonu wydzielono na nie 40 mld dolarów. „Walka o dominację militarną zaczyna się nasilać, a w kosmosie wydarzy się wiele rzeczy” – oznajmił na Twitterze po podpisaniu stosownych dokumentów prezydent Donald Trump. Tymczasem w Polsce oraz Europie nikogo to specjalnie nie obeszło, co da się zrozumieć, choć budżet US Space Force jest trzykrotnie większy, niż całość polskich wydatków na obronność i niewiele mniejszy, niż niemieckich. Ostatnie tygodnie obfitują bowiem w prawdziwą powódź niepokojących zdarzeń. Rosja prze do wchłonięcia Białorusi, co w miły dla ucha sposób nazywa „integracją”. Na Bliskim Wschodzie wrze po zabiciu przez siły USA irańskiego generała Ghasema Sulejmaniego. W tle toczy się nadal cicha wojna handlowa Ameryki z Chinami. Gołym okiem widać, że międzynarodowe konflikty przybierają na sile, przykuwając codzienną uwagę mediów. Paradoksalnie powstania USSF nie jest ściśle wiązane z nimi, a już zwłaszcza nie dostrzega się zależności, iż to nowe „gwiezdne wojny” mają wszelkie szanse znów przesądzić o wyniku próby sił między mocarstwami, która de facto trwa w najlepsze.

Gdyby to zauważono, wówczas na tweet Trumpa świat reagowałby, jak po telewizyjnym przemówieniu Ronalda Reagana wygłoszonym 23 marca 1983 r. Ówczesny prezydent USA ogłosił tamtego wieczoru, że Stany Zjednoczone rozpoczynają program Inicjatywy Obrony Strategicznej (Strategic Defense Initiative – SDI). Deklarując, iż w ciągu dekady powstanie system obrony przeciwko sowieckim rakietom dalekiego zasięgu. Miały go tworzyć, rozmieszczone w różnych punktach świata oraz na okrętach podwodnych baterie antyrakiet. Uzupełniać zaś, umieszczone na orbicie okołoziemskiej bojowe platformy, wyposażone w działa laserowe. Po takiej deklaracji świat oniemiał, a już najbardziej sowieckie Biuro Polityczne. Choć i w Waszyngtonie wielu polityków nie ukrywało swego – delikatnie mówiąc – zdziwienia. Doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego Bill Clark wspominał, iż tuż przez wystąpieniem Reagana jego zastępca Robert McFarlane: „niemal ze łzami w oczach oznajmił: <<Musisz wyperswadować prezydentowi, by tego nie ogłaszał. To nie jest jeszcze gotowe, a poza tym narusza niektóre traktaty>>”. Dzień po prezydenckim orędziu, jeden z liderów Partii Demokratycznej, znany ze swych posowieckich sympatii, senator Ted Kennedy, w wywiadzie udzielonym „Washington Post” kpił z Reagana. Ogłoszone plany określił: „błędną taktyką strachu przed czerwonymi”, a samo SDI „nierozważnym pomysłem wojen gwiezdnych”. Nazwa, nawiązująca do cieszących się olbrzymią popularnością „Gwiezdnych wojen” George Lucasa, natychmiast weszła do powszechnego użycia. Choć przecież przy ówcześnie dostępnych technologiach uzbrojone w lasery stacje kosmiczne stanowiły całkowitą fantasmagorię.

„W latach osiemdziesiątych Reagana często przedstawiano w karykaturalnej postaci głupca i próżniaka, przepełnionego nostalgią byłego aktora, który spędza czas na oglądaniu filmów, pogrąża się w wymyślonym świecie. Postrzegając siebie, jako kogoś w rodzaju prezydenckiego Luke’a Skywalkera, zwalczającego siły ciemności Imperium pod dowództwem Dartha Vadera” – pisze Paul Kengor w książce „Ronald Reagan i obalenie komunizmu”.

Tymczasem ów „próżniak i mitoman” sukcesywnie wymuszał na Kongresie podnoszenie wydatków na zbrojenia i w roku 1984 budżet Pentagonu były niemal dwa razy wyższy niż pod koniec prezydentury Jimmy’ego Cartera. Na jedynie program SDI zamierzano wygospodarować 125 mld dolarów. Jednocześnie Reagan po cichu dogadywał się z Arabią Saudyjską w kwestii gwałtownego zwiększenia wydobycia ropy naftowej i doprowadzenia tym do radykalnego spadku jej ceny na światowych rynkach. Waszyngton wymyślał też coraz to boleśniejsze sankcje ekonomiczne, nakładane na Związek Radziecki. Tak krok po kroku Ameryka osaczała „imperium zła”, a gospodarka ZSRR popadała w coraz większą ruinę.

Wojna ekonomiczna wraz z morderczym wyścigiem zbrojeń, okazały się kluczowymi elementami zwycięskiej strategii. Związek Radziecki w połowie lat 80. przeznaczał na zbrojenia ponad 20 proc. swego PKB, co oznaczało jakieś 60 proc. rocznego budżetu. Na to, żeby znaleźć dodatkowe środki na własne „gwiezdne wojny”, bez zagłodzenia mieszkańców, ZSRR nie miał szansy. Zwłaszcza gdy ropa taniała, a technologiczna przepaść między sowietami, a Zachodem stawała się coraz głębsza. Zrozumiał to, zaraz po objęciu władzy, Michaił Gorbaczow. „Gdy rozmawialiśmy o SDI, już sama myśl o tym, że jeśli nie zakończymy wyścigu zbrojeń, będziemy musieli budować coś podobnego do programu kosmicznego USA – była dla Gorbaczowa przerażająca” – zapisał we wspomnieniach wiceminister spraw zagranicznych ZSRR Aleksander Biessmiertnych. Nie orientując się, iż amerykańska broń kosmiczna jest tak naprawdę całkowicie wirtualna, I Sekretarz KC KPZR stał się w 1985 r. osobą niezwykle skłonną do kompromisu. Łaknąc wręcz zakończenia wyścigu zbrojeń. „Szef kancelarii prezydenta Don Regan zauważył, że Gorbaczow przejmował się SDI do granic obsesji; w Rejkiawiku wręcz zaproponował, że wyeliminuje wszystkie pociski nuklearne, jeśli tylko Reagan zrezygnuje z systemu obrony rakietowej” – opisuje Paul Kengor. Reagan trwał przy swoim i Gorbaczow zgodził się na obustronne wycofanie rakiet średniego zasięgu z głowicami jądrowymi z Europy. Całkowicie rezygnując z ekspansji i skupiając się na reformach wewnętrznych. Nie ocaliły one ZSRR, a raczej przyśpieszyły upadek. Już po odejściu Reagana, a tuż przed rozpadem Związku Radzieckiego oba państwa dogadały się w kwestii redukcji rakiet dalekiego zasięgu, podpisując w 1991 r. układ Strategic Arms Reduction Treaty (START I). Dwa lat później prezydent Bill Clinton uznał „gwiezdne wojny” za zbyteczne obciążenie dla budżetu. Zwłaszcza, że zbudowanie laserów bojowych dużej mocy okazywało się nadzwyczaj trudne. SDI został więc przekształcony w dużo oszczędniejszy program Ballistic Missile Defense Organization (BMDO), po czym Amerykanie skoncentrowali się na projektowaniu regionalnych obron przeciwrakietowych. Tworzenie uzbrojenia możliwego do zainstalowania w przestrzeni kosmicznej zamarło w fazie studiów i prototypów.

Zmieniło się to dopiero całkiem niedawno, w dużej mierze za sprawą Państwa Środka. Waszyngton z niepokojem śledzi od kilku lat chińskie testy z bronią rakietowa oraz laserową, zdolną niszczyć satelity i pojazdy kosmiczne. Teraz zamierza samemu zacząć narzucać reguły gry. Przy czym 40 mld, będące kroplą w liczącym 738 mld dolarów tegorocznym budżecie Pentagonu, to najpewniej jedynie początek. Podczas ostatnich trzech dekad dokonał się ogromny skok technologiczny i coś, co za rządów Reagana stanowiło jedynie straszak, dziś jest technicznie możliwe do stopniowej realizacji. Chodzi zarówno o bronie zdolne niszczyć pojazdy kosmiczne, jak i urządzenia bojowe, które można rozmieścić na okołoziemskiej orbicie.

Tu należy zauważyć kilka kuszących faktów. Niska orbita okołoziemska zaczyna się nad naszym globem od ok. 200 km. Umieszczone na niej obiekty okrążają całą Ziemię w przeciągu 90 minut. W tym przypadku posiadanie dział laserowych wielkiej mocy (nadal są to jedynie urządzenia prototypowe) nie jest wcale konieczne. Wystrzelony, ze znajdującej się na niskiej orbicie platformy bojowej, pocisk rakietowy, poruszając się z pierwszą prędkością kosmiczną (ok. 7.9 km na sekundę), osiągnie cel na Ziemi w kilkadziesiąt sekund, góra dwie do trzech minut. Warunkiem jest wystarczająco gęsta sieć platform. To oznacza, że przeciwnik nie będzie miał żadnych szans na obronę, a przy zmasowanym ataku nawet na odpowiedź. Tak w mgnieniu oka można zlikwidować wszelkie cele strategiczne i dosłownie „wyłączyć” każde państwo – nawet supermocarstwo. Konkurenci USA, czyli przede wszystkim Chiny i Rosja (ta nadal bowiem uważa się za konkurenta Ameryki), muszą więc podjąć wezwanie i szykować się do „gwiezdnych wojen”. Zaowocuje to szybkim wzrostem wydatków na ten rodzaj zbrojeń, a także koniecznością finansowania rozwoju nowych technologii. Ten, kogo nie będzie na to stać przegra, zwłaszcza że klasyczna broń jądrowa może tracić swe strategiczne znaczenie. Pewną podpowiedź, jak może przebiec rozgrywka mocarstw daje proste zestawienie statystyczne. Według raportów Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) USA wydają obecnie na zbrojenia ok. 3,2 proc. swego PKB. Rosja i Chiny starają się ukrywać całość wydatków, lecz wedle różnych źródeł oscylują one w okolicach 5,5 – 6 proc. ich PKB. W przypadku Rosji oznacza to ok. 70 mld dolarów, zaś Chin ponad 250 mld USD.

Najciekawiej się robi jednak, gdy zauważy, iż za czasów prezydentury Reagana Ameryka potrafiła bez większych problemów dla swego budżetu, nakręcając nawet koniunkturę gospodarczą, zwiększyć nakłady zbrojeniowe do 6,3 proc. swego PKB – w rekordowym roku 1986. Gdyby dziś zdobyła się na taki wysiłek, oznaczałoby to około 1,5 biliona dolarów. Jeśli Chiny chciałby jej dotrzymać kroku musiałby zrezygnować ze wszelkich cywilnych inwestycji i przeznaczyć na zbrojenia ponad 20 proc. swego PKB, tak jak Związek Radziecki przed swym upadkiem. O Rosji nie ma co nawet wspominać, bo całość jej dochodów budżetowych to ok. 220 mld dolarów i Kreml nie może liczyć na ich znaczący wzrost.

Może więc wieści o końcu mocarstwowości Stanów Zjednoczonych, jakie regularnie powracają w mediach, są nadal odrobinę przesadzone.