Histeria czy hipokryzja
Tomasz Wróblewski 22.08.2016

Więzienie za kłamstwa czy historyczne herezje zawsze będzie się nam źle kojarzyć. Nawet jeżeli już mamy precedens kar za negowanie Holocaustu, to właściwą instancją ochrony dobrego imienia Polski powinny być sądy cywilne, a nie karne.

Sama idea napiętnowania, a jak trzeba skarżenia tych, którzy świadomie fałszują pamięć historyczną, nie powinna zaskakiwać w epoce, w której miejsce armat zajmują portale społecznościowe, a atak na wizerunek bywa groźniejszy od pospolitej dywersji czy sankcji gospodarczych. I w tej kwestii Polska z pewnością może liczyć na zrozumienie. Warto przypomnieć, że największe organizacje żydowskie podzielają nasze oburzenie na nazywanie niemieckich obozów zagłady polskimi. Zagrożenie karą więzienia przenosi jednak spór w zupełnie inny wymiar.

Kara zaczyna żyć własnym życiem. Staje się ważniejsza od zbrodni. Nie mówiąc już nawet o trudnościach z jej wyegzekwowaniem, daje głoszącym kłamstwa unikalną szansę kreowania się na ofiarę „obsesji” polskiego rządu i nagłaśniania upokarzającej dla nas, antysemickiej narracji. Na przekór intencjom złośliwy rozgłos, jaki nadano ustawie, jeszcze bardziej relatywizuje winę właściwych sprawców. Stąd też ustawę przyjęliśmy z mieszanymi uczuciami. Przekonani, że na koniec liczyć się będą efekty, zmiana postaw i wizerunku, a nie ustawy i rozgłos, który wcale sprawie nie musi dobrze służyć. Jednym słowem trzeba było wytoczyć jeden, dwa procesy, wygrać je w sądach za granicą i wtedy zacząć nagłaśniać wyroki niezależnych sądów.

Na marginesie debaty naszą uwagę zwróciła reakcja środowisk lewicowych. Wojownicy politycznej poprawności w ściganiu oszczerstw przeciwko Polsce dostrzegli zamach na wolność słowa. Z nieukrywanym zdumieniem wsłuchiwaliśmy się w głosy ludzi, którzy na jednym oddechu apelują o ściganie i karanie „mowy nienawiści”, do której zaliczają krytyczne opinie pod adresem nielegalnych imigrantów, muzułmanów czy kwestionowanie przywilejów dla kobiet. Nie sposób w tym miejscu zgłębić wszystkich meandrów lewicowej logiki, ale kilka argumentów warto tu przytoczyć. Jak choćby zarzut, że w języku angielskim zwrot „polskie obozy” znaczy tyle samo, co obozy na terenie Polski. Bzdura. W angielskim, tak samo jak w języku polskim, „polskie obozy” odnoszą się nie do miejsca, tylko ich pochodzenia, ewentualnie narodowości.

Tak jak po polsku konieczny jest przyimek – obozy w Polsce. Nawet jeżeli złożymy to na karb nieznajomości języka, to trudniej nam zgodzić się z argumentem o niewinnej, nieszkodliwej pomyłce. Oczywiście może być tak, że wiele osób bezmyślnie powtarza ten sam błąd. Tak się utarło i tak powtarzają. Ale nie dzieje się to bez konsekwencji. Słowa drążą świadomość i niby mimochodem stajemy się współwinnymi koszmarnej, zaplanowanej zbrodni. Kolejny argument wyśmiewający przewrażliwienie. Czy „histerię” rządu, brzmi szczególnie w ustach tych samych działaczy lewicowych, którzy domagają się uznania, że większość kobiet w Polsce jest ofiarami seksualnego molestowania. No cóż, pewnie łatwiej idzie tego dowieść w kraju twórców obozów zagłady niż kraju ofiar niemieckiej eksterminacji.

POŻEGNALIŚMY JARKA

W ostatnią sobotę na cmentarzu w Józefowie pożegnaliśmy naszego kolegę i przyjaciela Jarka Gizińskiego. Doskonałego dziennikarza, człowieka o ogromnej wiedzy o świecie, ale też potrafiącego o nim mówić i pisać jak już mało kto w Polsce. Trzy tygodnie temu Jarek, już ciężko chory, przechadzał się po redakcji i w trudnych godzinach zamykania wydania rozładowywał napiętą atmosferę anegdotami o zwyczajach dziwnych ludów. Ostatnie swoje teksty pisał już ze szpitala, wzbogacając je bardzo osobistymi wpisami w internecie o znaczeniu przemijającego czasu i zdjęciami w maskach polinezyjskich plemion. A kiedy dowiedzieliśmy się, że już więcej nic nie napisze, usłyszeliśmy jeszcze od jego najbliższych, że pogrzeb ma być w sobotę, żeby nie przeszkadzać nam w zamknięciu numeru.

***
Tekst ukazał się we WPROST