Historia mater studiorum est
Robert Gwiazdowski 11.06.2015

Żywię odrazę do owych absolutnych systemów, które uzależniają wszystkie historyczne wydarzenia od wielkich przyczyn sprawczych powiązanych między sobą w fatalistyczny łańcuch, które – by tak rzec – wykluczają człowieka z historii ludzkiego rodzaju. Znajduję, że są ciasne mimo ich rzekomej wielkości i fałszywe pod pozorami matematycznych prawd. Choć nie spodoba się to twórcom, którzy wymyślili te wzniosłe teorie, aby sycić własną próżność jestem przekonany, że wielu ważnych faktów historycznych nie da się wytłumaczyć inaczej jak przypadkowymi okolicznościami i że wiele innych pozostaje niewytłumaczalnymi, że wreszcie przypadek – czy raczej kombinacja przyczyn wtórnych, którą tym mianem określamy nie potrafiąc ich rozwikłać – liczy się bardzo w tym, co oglądamy na teatrze świata. Lecz równie mocno jestem przekonany, że przypadek nie czyni niczego, co uprzednio nie byłoby przygotowane. Dawniej zaszłe fakty, natura społecznych urządzeń, charakter umysłów, stan obyczajów są materiałem, z którego układa on owe improwizacje.

Obcowałem z ludźmi pióra, którzy opisywali historię nie mieszając się do polityki i z politykami, którzy zajmowali się wyłącznie tworzeniem wydarzeń, bez zamiaru ich opisywania. Uderzało mnie zawsze, że ci pierwsi dopatrywali się wszędzie przyczyn ogólnych, a ci drudzy – żyjąc w plątaninie codziennych faktów – skłonni byli sobie wyobrazić, że wszystko należy przypisywać drobnym incydentom i że światem poruszają takie same małe sprężynki, jakie naciskają oni swymi rękami. Sądzę, że w błędzie są jedni i drudzy.

To, co nazywam mentalnością literacką w polityce polega na dostrzeganiu bardziej tego, co kunsztowne i nowe niż tego, co prawdziwe, na upodobaniu w tym, co zaciekawiające, bardziej niż w tym, co użyteczne, na przejawianiu większej wrażliwości na piękne gesty i słówka aktorów niż na następstwa granej sztuki, na kierowaniu się raczej wrażeniami niż rozumowymi racjami.

Rewolucje rodzą się z ogólnej choroby umysłów z nagła przechodzącej w stan przesilenia wywołany przypadkową okolicznością, której nikt nie przewidział, co zaś do mniemanych inspiratorów i wodzów, niczego nie zainspirowali, niczemu nie przewodzili.

Potomność, która dostrzega tylko wielkie zbrodnie, a której umykają zazwyczaj przywary, nie dowie się być może nigdy, do jakiego stopnia rządy przybrały charakter towarzystwa przemysłowego, gdzie wszystkie operacje są nastawione na zysk, jaki mogą z nich osiągnąć jego członkowie.

Kiedy przychodzi mi szukać w różnych epokach, u różnych ludów, jaka była rzeczywista przyczyna, która doprowadziła do ruiny rządzące klasy, dostrzegam oczywiście takie czy inne zdarzenie, człowieka, przypadkową lub powierzchowną przyczynę lecz wierzcie mi, że przyczyną rzeczywistą, przyczyną sprawczą, która powoduje utratę władzy przez ludzi jest to, że stali się oni niegodni by ją sprawować.

+++

[Zaczęło się tak, że] zwycięzcy byli zaskoczeni sukcesem, tak jak ich adwersarze – porażką. Ich namiętności nie zdążyły rozgorzeć i rozpętać się w walce, rząd upadł przez nikogo nie broniony i sam się nie broniąc. To samo nieporozumienie, które ułatwiło rewolucję, przyczyniało się do jej łagodnego przebiegu. Gdy zniknął stary ustrój, pole bitwy wydało się puste. Lud nie dostrzegał na nim wyraźnie wrogów, których należałoby ścigać i powalić, zabrakło dawnych przyczyn gniewu. Był to moment, w którym starano się wyciągnąć korzyść z wszystkich nicponi, jakich posiadało się w rodzinie. Jeśli szczęśliwym zbiegiem okoliczności posiadało się kuzyna, brata lub syna, który się zrujnował skutkiem hulactwa, miał on widoki na karierę, a jeśli odznaczył się ponadto jakąś ekstrawagancką teorią, mógł liczyć, że zajdzie najwyżej.

[Rządzono jak Ludwik Filip ] który sobie wyobrażał, że aby się utrzymać wystarczy fałszować prawo nie łamiąc go (…) Korumpować lud nie stawiając mu czoła; odchodzić od ducha konstytucji nie tykając jej litery; przeciwstawiać sobie przywary kraju, łagodnie roztapiać namiętności rewolucyjne w żądzy materialnego użycia to była idea całego jego życia, a pomału stała się nie tylko naczelną, lecz wyłączną.

Dawni przywódcy byli podzieleni, a sądzić było można, że każdy z osobna też był wewnętrznie podzielony, czego dowodziły zamęt w ich wypowiedziach i zmienność poglądów.

Szlifowali swe obyczaje po kawiarniach, a umysły karmili pisaniną gazetową.

Owi politycy, z których większość uczyła się publicznej działalności w uregulowanym i spokojnym nurcie wolności konstytucyjnej i których rewolucja zaskoczyła pośród ich zwyczajnych rozgrywek, upodobnili się do flisaków, którzy nie przyzwyczajeni do innej żeglugi niż rzeczna znaleźliby się nagle na pełnym morzu. Umiejętności, jakich nabyli w trakcie swych małych podróży, bardziej im teraz przeszkadzały, niż pomagały w wielkiej przygodzie i popadali teraz w osłupienie i niepewność łatwiej niż pasażerowie.

Iluż to wokół siebie oglądałem owych ludzi popadających w rozpacz z tego powodu, że czuli jak najpiękniejsze lata ich życia upływają na krytykowaniu wad u innych wobec niemożności folgowania wadom własnym i sycenia się nadużyciami inaczej niż w wyobraźni! Przez ten długi okres wstrzemięźliwości większość z nich nabawiła się takiego apetytu na posady, honory i pieniądze, że łatwo można było przewidzieć, iż przy lada okazji rzucą się do władzy z łapczywością, która im nie pozwoli wybierać ani momentu, ani kąska.

Od rewolucjonistów bywali groźniejsi, nie sądzę jednak, by można było znaleźć głupszych. Bez powszechnych wyborów nie umieli się obejść, ale też nie potrafili się nimi posłużyć.

Z jednej strony zdali się na naród, a z drugiej uczynili wszystko, aby go do siebie zrazić odwołując się do niego zaczęli mu się odgrażać, (…) zachęcili go do oporu niezdecydowanymi działaniami podporządkowując mu się, udawali zarazem jego nauczycieli. Zdawało się, że stawiają sobie do rozwiązania problem nierozwiązywalny, rządzić w oparciu o większość lecz wbrew jej upodobaniom.

Wzorując się na przykładach z przeszłości, lecz ich nie rozumiejąc, wyobrazili sobie naiwnie, że wystarczy wciągnąć tłumy w życie polityczne, aby je związać ze swoją sprawą, że aby zyskać dla republiki przychylność, wystarczy ludziom przyznać prawa nie zapewniając im korzyści.

Wprowadzając powszechność głosowania sądzili, że przywołują lud na pomoc rewolucji, gdy tymczasem dali mu broń przeciwko niej.

Od swoich poprzedników okazali się o wiele niezręczniejsi, choć wcale nie uczciwsi, ponieważ w swoich pragnieniach byli równie gwałtowni i niesprawiedliwi jak tamci w swoich czynach. Ale żeby przejść do ataków niesprawiedliwej przemocy, nie wystarcza wola rządu, ani nawet jego możliwości, trzeba, by sprzyjały temu obyczaje, idee i nastroje czasu.

Do reguły należy, że stronnictwa dają swym przekonaniom wyraz przesadzony, ażeby wprawić w zakłopotanie przeciwników, ci zaś udają przekonania nie swoje, ażeby uniknąć pułapki. Wspólnym przeto wysiłkiem popychali się wszyscy do mijania z prawdą, bądź wręcz do występowania przeciw niej.

Nigdy stronnictwa lepiej nie okazały tego rodzaju pedantycznej obłudy, która ich interes każe skrywać ogólnymi teoriami To częste widowisko było tym razem bardziej niż zazwyczaj uderzające ponieważ potrzeba chwili zmusiła każdą z partii do chronienia się za teoriami, które były jej najzupełniej obce, a nawet wrogie.

Wybory przebiegły więc przeciwko partii, która zrobiła rewolucję (…). W miarę jak odpadali jej kandydaci, ogarniał ją wielki smutek i wielki gniew, dało się słyszeć to płaczliwe, to grubiańskie wyrzekania na naród, któremu wypominano, że jest ciemny, niewdzięczny, nierozumny i przeciwny swojemu własnemu dobru.

 

+++

 

Zdarzenie obalające gabinet wystawia na szwank to fortunę jednego, to posag córki drugiego, to znów karierę syna jeszcze innemu. Dzięki temu trzyma się w garści prawie wszystkich. Większość z nich nie tylko poszła w górę dzięki sprzedajności, ale rzec można wręcz z niej żyła, i spodziewała się żyć z niej nadal, skoro bowiem gabinet przetrwał osiem lat, przywyknięto do myśli, że trwać będzie zawsze, przywiązano się do niego tym poczciwym i niezachwianym przywiązaniem, jakie chłop żywi do swego pola.

[Ale] trzeba zauważyć, że aby spora ilość członków opozycji zrobiła z siebie podobne widowisko, wystarczyłoby wystawić ją na podobną próbę. Jeśli wielu broniło rządu tylko dla zachowania różnych gratyfikacji i stanowisk, to muszę powiedzieć, że wielu opozycjonistów zdawało się go atakować wyłącznie po to, by się ich dochrapać. Faktem jest bowiem, faktem godnym pożałowania, że upodobanie do funkcji publicznych i pragnienie życia z podatków nie są u nas wcale chorobą właściwą jakiejś jednej partii, jest to wielka i stała ułomność całego narodu, jest to łączny produkt demokratycznej konstytucji naszego społeczeństwa obywatelskiego i nadmiernej centralizacji naszego aparatu władzy, jest to ukryta choroba, która trawiła wszystkie dawne rządy i która tak samo trawić będzie wszystkie nowe.

[Trwała] gorączka używania dóbr materialnych, która – podniecana przez rząd – ogarnęła tę ludność, demokratyczna choroba zawiści, która skrycie ją trawiła, ekonomiczne i polityczne teorie, które znalazły do niej dostęp i chciały ją przekonać, że (…) można usunąć ubóstwo zmieniając podstawy społeczeństwa, pogarda, w jaką popadła klasa rządząca, a zwłaszcza przewodzący jej ludzie, pogarda tak powszechna i głęboka, że sparaliżowała opór nawet ze strony tych, którzy mieli największy interes w podtrzymaniu tej władzy, jaką obalano, centralizacja, która sprawiła, że rewolucyjna operacja mogła się ograniczyć do położenia ręki na gotowej machinie państwowej, wreszcie niestałość wszystkiego – instytucji, idei, obyczajów i ludzi w niestałym społeczeństwie, to były ogólne przyczyny, bez których rewolucja byłaby niemożliwa.

[A gdy] Rząd staje się niepopularny, zdarza się, że [nawet] przedstawiciele tej klasy, której okazywał on względy i przez to stracił popularność, nad przywileje, jakie im on zapewnia, przedkładają wyrzekanie nań razem z wszystkimi.

 

+++

 

Czyż nie czujecie Panowie jakąś instynktowną intuicją, której nie da się uzasadnić, lecz która nie zawodzi, że w Europie znowu drży ziemia? Czy nie czujecie w powietrzu wiatru rewolucji? Tego wiatru, o którym nie wiadomo gdzie się rodzi, skąd przychodzi i kogo porwie. I w taką porę pozostajecie spokojni wobec zepsucia publicznych obyczajów, a to słowo nie jest zbyt mocne.

Czy w godzinie, która właśnie wybija, macie pewność jutra? Czy wiecie, co może się stać (…) za rok, za miesiąc, może za dzień? Tego nie wiecie, lecz macie świadomość, że nad horyzontem jest burza, że do nas nadciąga. Czy pozwolicie jej się zaskoczyć?

Naprawcie zło skutecznymi środkami, atakując je nie w symptomach, lecz w jego istocie. Mówiono o zmianach w ustawodawstwie. Skłonny jestem sądzić, że zmiany te są nie tylko pożyteczne, lecz konieczne, wierzę w potrzebę reformy prawa wyborczego, w pilność reformy parlamentarnej, lecz Panowie, nie jestem na tyle nierozsądny, ażeby nie wiedzieć, że to nie prawa przesądzają o losach ludów, nie, to nie prawny mechanizm tworzy wielkie zdarzenia, lecz sam duch rządów.

Jeśli pragniecie, zachowajcie prawa, choć myślę, że to błąd, ale zachowajcie je, jeśli taka wasza wola, ale – na Boga – odmieńcie ducha rządów, albowiem duch rządów dzisiejszych prowadzi was w przepaść.

 

Aleksander de Tocqueville, Wspomnienia (o Rewolucji 1848)