I co dalej Unio
Dariusz Matuszak 15.04.2020

O możliwym upadku Unii mówią coraz częściej nie tylko jej przeciwnicy, ale nawet euroentuzjaści. Słowa włoskiego premiera Giuseppe Conte o końcu „europejskiego snu” w rozmowie z niemieckim dziennikiem, powinny zabrzmieć jak wielkie ostrzeżenie. Na początku kwietnia do dymisji podał się szef Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych (ERC), włoski profesor medycyny Mauro Ferrari. Rada podlega bezpośrednio Komisji Europejskiej i to ona wybiera jej członków. Włoch stanął na jej czele 1 stycznia, a teraz zrezygnował na znak protestu przeciwko całkowitej indolencji Unii w obliczu pandemii. W rozmowie z „Financial Times” mówił, iż wszedł do ERC jako „gorący zwolennik Unii”, ale kilkanaście tygodni i epidemia całkowicie zmieniły jego poglądy.

 

Żadne propagandowe sztuczki nie przykryją tego, że Unia pokazała swą całkowitą bezradność, indolencję i niezdolność do podejmowania decyzji wobec pandemii. Opowieści o tym, że sprawa opieki zdrowotnej i systemów leżą całkowicie w kompetencji państw, to, zwykłe manipulacje i kuglarstwo. To Unia ma agencję zajmującą się tylko i wyłącznie rozpoznawaniem epidemii i walką z nimi. To Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC). Jak to się dzieje, że w dwa miesiące po pojawieniu się pandemii mało kto nawet wie o jego istnieniu?

Unia nie podjęła też żadnych działań administracyjnych i tylko właściwie ją można obwiniać za wielki chaos jaki powstał na granicach, gdy poszczególne państwa zaczęły je zamykać. Nie było żadnego pomysłu na wspólną skoordynowaną akcję, która pozwoliłaby uniknąć gigantycznych korków, przetrzymywania towarów, czy tego, że obywatele wielu państw mieli problemy z powrotem do własnego kraju. Zamiast pracować nad spójnym planem dotyczącym ruchu i granic Unia zajmowała się wtedy krytykowaniem Trumpa, który zablokował cały ruch z obszaru wspólnot. W tym czasie ratował się i zamykał kto mógł.

Gdyby dziś we Włoszech doszło do referendum w sprawie wyjścia z Unii to wygraliby zwolennicy Italexitu. Sondaże są bezwzględne. Zaufanie do Unii spadło do poziomu 27%. W całych Włoszech traw akcja zdejmowania unijnych flag, a nawet palenia ich. To manifestacja, w której udział biorą nie tylko zwyczajni obywatele, ale urzędnicy, dziennikarze, burmistrzowie miast, radni, działacze gospodarczy. Unijne flagi znikają z budynków publicznych. Podobnie dzieje się we Francji i Hiszpanii. Taki jest stan na dziś.

Wiadomo, że Unia okazała całkowita indolencję w sprawie pandemii, ale teraz czeka ją kolejne wyzwanie dotyczące ratowania gospodarki. Wspólnota ma więc szansę chociaż w minimalny sposób zmyć wcześniejsze grzechy, tyle, że to zadanie wydaje się jeszcze trudniejsze.  Do tego właśnie odnosił się włoski premier mówiąc o „końcu europejskiego snu”. Być może blefował, szarżował, być może była to część strategii negocjacyjnej mająca zmusić Unię do emisji euroobligacji, które nazywa się „koronaobligacje”. Włochy, Hiszpania, Francja, Portugalia stanowczo się tego domagają. Każdy z tych krajów jest zadłużony po uszy – poziom zobowiązań państw przekracza 100% PKB. Zaś zdecydowanie przeciwne są Niemcy, Holandia, Szwecja, czy Austria.

Pomysł w największym skrócie polega na tym, że Unia wyemitowałaby „koronaobligacje”, sprzedała je, a uzyskane pieniądze z kolei pożyczyłaby poszczególnym krajom na ratowanie swych gospodarek. To Unia więc odpowiadałaby za późniejszy wykup obligacji, gdy przyjdzie termin ich zapadalności. To w praktyce oznacza “uwspólnotowienie” ogromnych długów jakie miałaby być zaciągnięte i solidarną – w ramach całej Unii – odpowiedzialność za spłatę ich.

To o takiej europejskiej solidarności mówią premierzy Włoch i Hiszpanii. Trudno jednak mieć pretensje do Niemiec i Holandii, które ratują własne gospodarki, a jeszcze miałyby pośrednio żyrować pożyczki np. dla Włoch. Niemcy pompują ogromne pieniądze w ratowanie przedsiębiorstw, ale to są ich oszczędności, ich nadwyżki budżetowe. To nie oni, czy Holendrzy roztrwonili je, tylko kosztem wyrzeczeń odłożyli, podczas gdy inne kraje szastały nimi na lewo i prawo. Sprawa nie sprowadza się więc do prostego gestu solidarności dla wspólnego, wyższego dobra. To także odpowiedzialność wobec własnych obywateli, którzy by mieli dźwigać ciężary Włochów, czy Hiszpanów.

Pojawia się tez inne fundamentalne pytanie. Kto miałby być nabywcą owych obligacji? Przecież nie „żyranci”. Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której Niemcy kupują obligacje i sami sobie gwarantują, że pieniądze zostaną im zwrócone. Czy gwarantem może być sama Unia – jako instytucja? Ta przecież nie ma żadnego majątku. Pojawia się dodatkowe ryzyko. Pożyczanie pieniędzy państwom uchodzi za względnie bezpieczne, bo przyjmuje się, że nie mogą do końca zbankrutować. Mają też jakiś majątek, który ostatecznie można zająć, tak jak stało się to w przypadku Grecji w 2011 roku. Co niby miałaby dać pod „zastaw” Unia – swoje budynki i ich wyposażenie? Państwa nie mogą zbankrutować, ale Unia już tak, i takie ryzyko muszą brać pod uwagę potencjalni nabywcy. Co w przypadku wyjścia z Unii kolejnego państwa? Po Brexicie gospodarka całej wspólnoty skurczyła się o 15%.

Tak naprawdę to widzę tylko jednego nabywcę – Chiny. No i to nie jest miła perspektywa. W gruncie rzeczy sprowadzałoby się to bowiem do sprzedaży umów handlowych. Czegoż bowiem innego mogłyby zażądać Chiny w przypadku jakichkolwiek kłopotów z wykupem obligacji. Pozostają tylko umowy i to nie tylko handlowe. Unia znosi taryfy celne i chińskie towary zalewają Europę. Ustanowione są też jakieś nadzwyczajne przywileje dla chińskich przedsiębiorstw działających w Europie. No np. 100 tysięcy specjalnie sprowadzonych Chińczyków sprząta wszystkie instytucje europejskie i robi to za 1/3 ceny, które oferują europejskie firmy. Eurokraci jeżdżą tylko chińskimi samochodami, na stołówce króluje kuchnia syczuańska na zmianę z kantońską. To z pozoru tylko absurdalny drobiazgi, ale kto choć trochę ich zna to wie, że zmusiliby Unię by jeden ze swych budynków ochrzciła imieniem Mao Tse Tunga, albo chociaż Konfucjusza, a obsługę hoteli w Strasburgu i Brukseli stanowiliby usłużne chłopięta i dziewczęta, wszystko nówka sztuki zaimportowane wprost z prowincji Junnan. Pozostałyby jeszcze europejskie przedsiębiorstwa. Te państwowe zajmowałoby się wprost, a prywatne z ominięciem wszelkich przepisów o konkurencji, czy zakazie monopolu. Po całej Europie w ciężarówkach jeździliby chińscy kierowcy i nikt tachometrów by nie sprawdzał, a dyrektywa o pracownikach delegowanych wylądowałaby tam gdzie zawsze było jej miejsce – w koszu.

To wszystko wydaje się złowieszcze, absurdalne i jest przerysowane – taka licentia poetica, ale dotyka istoty sprawy. Problem polega na tym, że nie widać alternatywy. Ja bardzo chętnie ją poznam, jak również odpowiedź na pytanie: kto i dlaczego miałby nabyć unijne koronaobligacje. Być może jakieś kraje Zatoki, ale te przeżywają teraz własne kłopoty związane z ogromnym spadkiem cen ropy. Być może w odwodzie są Stany Zjednoczone, które właśnie uruchomiły drukarki, by sporządzić sześć bilionów portretów Waszyngtona. Cztery biliony idą na ratowanie gospodarki, a 2 na odbudowę infrastruktury. Kilka miesięcy dłużej drukowania i znajdzie się na koronaobligacje. Tyle, że wtedy też zamiast portugalskich, czy francuskich win będziemy pić kalifornijskie i jeść amerykańskie kurczaki rozmiaru XXXXL. Nie sądzę by jakakolwiek też amerykańska instytucja finansowa, bez gwarancji rządu Stanów Zjednoczonych kupiła owe koronaobligacje. Ktoś musi wziąć na siebie ryzyku rozpadu Unii.

Oczywiście jest jeszcze jedno rozwiązanie, dość prawdopodobne. Kupią to na rozkaz swych państw jakieś europejskie instytucje finansowe, a Unia będzie w nieskończoność wachlować papierami, czyli „rollować” je by do końca świata i swego istnienia odwlekać spłacenie długu. No i przez wieczność płacić odsetki.

Ja nie twierdzę, że pomysł z koronaobligacjami jest zły i Niemcy mają rację. Rozumiem też Włochów i Hiszpanów oczekujących czegoś więcej niż wyrazów wsparcia. Pokazuję jedynie dylematy. Operacja musi być ogromna, bo inaczej zupełnie nie miałaby sensu. Nie chodzi o to, by zapewnić zachwianą chwilowo płynność finansową i w kółko odraczać spłatę długów, tylko o ocalenie gospodarek i poziomu życia, do którego Europa przywykła. O ewentualne konsekwencje. Jeśli miałby zrealizować się np. chiński scenariusz, to komu Niemcy by wtedy sprzedawali te wszystkie swoje walce drogowe i silniki diesla do rzecznych barek?

Jakiekolwiek nie zapadną rozstrzygnięcia, to wydaje się, że los wielu unijnych wielkich projektów jest już przesądzony. Najprawdopodobniej możemy zapomnieć o dalszej ofensywie polityki klimatycznej. Wobec tak wielkich, namacalnych problemów teraz, tylko szaleńcy mogliby się domagać walki z domniemanym przyszłym, doszłym/niedoszłym zagrożeniem w postaci jakiegoś ocieplenia klimatu. Tych oczywiście nie brakuje, ale już Niemcy zaczynają lobbować za zniesieniem kolejnych ograniczeń w emisji gazów przez samochody. To samo dotyczy firm lotniczych. Na naszych oczach zresztą obywa się niemal dewastacja całej branży energii odnawialnej. Przy takich cenach paliw, cały ruch w tym interesie zanikł. Tzn. wiatraki się kręcą, tyle, że nie ma kupców na ich energię, ani bankierów skłonnych finansować jałowe obroty. Samo zapotrzebowanie na energię spadło tez drastycznie i nieszybko ruszy. Samoloty jeszcze długo będą stały na lotniskach, wielkie wycieczkowce w portach, a i przemysł po wielkim spadku konsumpcji nie będzie potrzebował całej swej mocy. W Niemczech sprzedaż samochodów jest na najniższym poziomie od 30 lat. Po tym jak wszystko ruszy, nikt nie kupi sobie po półtora samochodu, by nadrobić stracony czas, zwłaszcza, że jako właścicieli hotelu, restauracji, plantacji szparagów, wytwórni tekturowych podkładek pod kufle do piwa, słomek i mieszadełek koktajlowych etc. w nieskończoność mało sam nie zbankrutował.

Co też z naszymi kochanymi, przyszłymi funduszami spójnościowymi? Należy spodziewać się wielkich zmian w i tak już zubożałym po wyjściu Wielkiej Brytanii budżecie na lata 2021-2027. Nie wierzę też w to, iż teraz którykolwiek kraj zgodzi się na zwiększenie składki, by załatać dziurę po Brytyjczykach tak, jak to wcześniej proponowano.

Możemy zapomnieć o kompromitującej postawie Brukseli w czasie początków pandemii. To jednak nijak nie odsunie pytania: co dalej maturzysto, a właściwie kochana Unio? Nie znajduję nikogo, ani żadnej instytucji, która byłaby w stanie w przekonywający sposób na nie odpowiedzieć. Tak jak poszczególne kraje szykują już swe plany powrotu do normalności, tak samo powinna robić to i wspólnota. Póki co ustala termin kolejnego spotkania – na 23 kwietnia. Na razie jeszcze nie krytykuję, bo choć z eurosceptyka stałem się europrzeciwnikiem, to kibicuję, by podjęto jak najlepsze decyzje. Nie odczuwam tej lichej satysfakcji jak Demokraci, czy europejscy politycy z tego, że Stany Zjednoczone wpadły w wielkie tarapaty i to może zaszkodzić Trumpowi. Modlę się, by okazało się, że nie mam racji, i że Unia dla naszego wspólnego dobra może znaleźć optymalne rozwiązania i sprawić, że sami sobie nawzajem pomożemy lepiej, niż bylibyśmy w stanie zrobić to samodzielnie.