Idźmy za Borowieckim
Marek Budzisz 22.07.2018

Jeszcze moment, a producenci szklanych butelek w Rosji znajdą się w potrzasku. Chodzi o projekt ustawy, który miał być rozpatrywany w tym tygodniu. Przewiduje on, że po wejściu w życie nowych regulacji fabryki nie będą mogły po prostu sprzedawać butelek na rynku, a zobowiązane zostaną do stworzenia systemu rejestrowania klientów i pilnowania, aby nie trafiły one w niepowołane ręce. Niepowołane, czyli nielegalnych producentów wódki, którzy jak się oblicza działają w Rosji już na taką skalę, że kupują całe tiry butelek do swoich rozlewni. Chodzi nawet o 20 mln butelek rocznie. W ten sposób w gruzach legła oficjalna narracja władzy, że w Rosji zwycięża moda na zdrowy tryb życia i pije się mniej. Mniej się kupuje w sklepach, to potwierdzają wszystkie oficjalne statystyki, ale czy mniej się pije? A przy okazji w gruzach lec może też przyszłość sektora producentów butelek, bo projekt nowego prawa na nich nakłada odpowiedzialność za nadzór. Każda butelka ma być zaopatrzona w specjalny znak graficzny, dzięki czemu można będzie łatwo zidentyfikować, z jakiej fabryki pochodzi. A wtedy kary i nawet konfiskata linii produkcyjnych. Oczywiście skup butelek i powtórne ich wykorzystanie ma być zakazane, bo przecież gdzie trafiają tak pozyskane surowce wtórne nie sposób określić. A co zrobić, jeśli zarejestrowana butelka się stłucze? Albo podła konkurencja wyprodukuje fałszywki po to, aby pogrążyć rywala? Póki co jeszcze nie wiadomo.

 

W całej sprawie rozczula przeświadczenie rosyjskich polityków i urzędników, że kontrolując, zakazując albo nakazując mogą pokonać rynek. Doświadczenie dziesiątek, a nawet setek lat niczego ich najwyraźniej nie nauczyło. A sprawa dotyczy nie tylko pustych flaszek. W ubiegłym tygodniu poinformowano, że po skrzydłami rosyjskiego giganta zbrojeniowego Rostech, powstanie specjalny koncern, w którym pracować ma ponad sto tysięcy ludzi, a którego zadaniem ma być przywrócenie pozycji Rosji na rynku samolotów pasażerskich. Uzasadnieniem dla takiej polityki ma być nawiązanie do dobrych doświadczeń, tak się bez osłonek argumentuje, z czasów ZSRR. Mam chyba inną pamięć, ale tamtych lat nie nazwałbym dobrymi doświadczeniami.

Rosyjscy urzędnicy, chcąc uzasadnić celowość stworzenia lotniczego giganta, powołują się również na dorobek, i w tym akurat nie ma niczego dziwnego, swych kolegów z Brukseli. A precyzyjnie rzecz ujmując na sukces, w ich opinii, projektu Airbus. To przedsięwzięcie, jak argumentują, również utworzono w wyniku decyzji polityczno – biurokratycznej, a jednak przetrwało, działa i ma się dobrze. Pytanie tylko, jakimi kryteriami kierujemy się w ocenie biznesu.

Można badać to liczbą i wartością zawartych kontraktów, choć gdyby tylko ten aspekt brać pod uwagę, to na ostatnim salonie lotniczym Farnborough, więcej umów podpisał Boeing, prywatna firma ze Stanów Zjednoczonych i ma już dzisiaj portfel zamówień na najbliższe 20 lat na poziomie 42 700 sztuk. Ale to oczywiście nic nie znaczy, nie tylko dlatego, że kilka tygodni wcześniej w Paryżu górą był Airbus, ale również z tego powodu, że można dużo produkować i sprzedawać nie widząc zysku. Gdyby zastosować kryterium marży, to na tym polu Boeing dość zdecydowanie bije swego europejskiego konkurenta. Nie żeby Airbus przynosił straty, ale jak oblicza Agencja Moody´s Europejczycy, jeśli się postarają a rynek będzie rósł w takim tempie jak dzisiaj, uzyskają w przyszłym roku marże na poziomie 9%, a Amerykanie nie mniej niźli 12%. Czyli jak powiedział Moryc Welt w Ziemi Obiecanej, jeśli moje kapitały dadzą mi więcej u Borowieckiego, to ja idę za Borowieckim (podobieństwo nazwisk przypadkowe).

Urzędnicy wszystkich krajów połączyli się już w myśleniu, że mogą być lepsi od rynku. Rosjanie chcą tworzyć holding lotniczy, Polacy będą produkować pociągi w Bydgoszczy. Ale czy to oznacza, że ich i nasze kapitały dadzą w takich przedsięwzięciach więcej?