Państwo i Prawo
Ile lat za zabicie komara?
Łukasz Warzecha 22.03.2021

W poprzednim tekście mowa była o bambinizmie. Nim zajmiemy się konkretną kwestią wyroku sądu w Białymstoku, przechodząc od szczegółu do ogółu, jedna jeszcze uwaga ogólna. Koncepcja „praw zwierząt” oraz wszystko, co z niej wynika, staje przed nieprzekraczalnym wyzwaniem: jeżeli zrezygnujemy z wyraźnej granicy pomiędzy człowiekiem a zwierzętami, pojawi się problem, gdzie postawić granicę w świecie zwierząt. Większość bambinistów zapewne uznałaby za oczywiste, że „prawa” mają psy, koty, delfiny, słonie, dziki czy tygrysy. Ci radykalniejsi dołączyliby zwierzęta hodowlane: krówki, świnki, kurki. Lecz gdzie tkwi granica? Czy za rozdeptanie żaby również należy iść do więzienia? A może tylko za rozdeptanie dużej żaby, a małej już nie? A może „prawa” należą się tylko ssakom, a płazom już nie? Ale właściwie dlaczego? A co, na ten przykład, ze szczurami, które w wielu miejscach są problemem i roznoszą choroby? Ba – co z owadami? To przecież również zwierzęta i to nawet najliczniejsza ich grupa. Dlaczego właściwie ktoś ma iść siedzieć za zabicie psa, ale już nie za zabicie pszczoły albo komara?

 

Logicznej odpowiedzi tutaj nie ma, bo jeśli raz rozmyjemy granicę między światem ludzi a zwierząt, w świecie zwierząt nie mamy jej gdzie postawić. Co zresztą powoduje, że mogłaby być ona nieustannie przesuwana przez coraz radykalniejsze odłamy bambinistów. 

Szczegół to wyrok, który zapadł w Białymstoku. Tamtejszy sąd rejonowy skazał 35-letniego mężczyznę na karę półtora roku bezwzględnego pozbawienia wolności za wyrzucenie psa z ósmego piętra. Pies upadku nie przeżył, zdechł (tak właśnie: zdechł, nie „zmarł”). Oskarżony nie był dotąd karany. 

Kary za znęcanie się nad zwierzętami reguluje Ustawa o ochronie zwierząt z 1997 r. (obejmująca, nawiasem mówiąc, swoim działaniem jedynie kręgowce – cóż za niesprawiedliwość wobec bezkręgowców; dżdżownice na przykład można zatem traktować bez litości) oraz kodeks karny. Ustawa opisuje kary w rozdziale 11. Kara za zabicie zwierzęcia (poza określonymi w ustawie wyjątkami) to pozbawienie wolności do lat trzech, a w przypadku, gdy sprawca działał ze szczególnym okrucieństwem – do lat pięciu. Możliwe jest też orzeczenie nawiązki aż do 100 tys. zł. W przypadku sprawcy z Białegostoku sąd orzekł zatem w środku ustawowych widełek, ale orzekł karę bez zawieszenia. Do tego doszedł zakaz posiadania zwierząt oraz nawiązka. 

Bambiniści, którzy zalali swoimi komentarzami moje media społecznościowe, widzą kary w oderwaniu od kontekstu. Rekord pobiła pewna pani, która zakomunikowała, że jej zdaniem adekwatna kara za zabicie zwierzęcia musiałaby wynosić od 8 do 12 lat. 

Rzecz w tym, że każdy system kar musi tworzyć spójne ramy. Musi opierać się na określonym paradygmacie – w przeciwnym wypadku zostaje rozregulowany, a postrzeganie sprawiedliwości idzie w jego ślady, wypaczając się. Trzeba więc kary za zabicie zwierzęcia widzieć w kontekście kar za pozbawienie życia człowieka. Co tutaj mówi nam kodeks karny?

Za zabicie człowieka (art. 148.) kara może wynieść od 8 do 15 lat, 25 lat lub dożywocie (polski kodeks karny, mimo zapowiedzi zmian, nie przewiduje wciąż kar pozbawienia wolności pomiędzy 15 a 25 latami, dlatego kara 25 lat pozbawienia wolności jest karą odrębną). W przypadku zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem kara nie może być niższa niż 12 lat. Ale już w przypadku „silnego wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami” kara wynosi od roku do 10 lat. 

I tu powinna nam się po raz pierwszy zapalić lampka ostrzegawcza. Nie sposób negować, że są przypadki, w których „silne wzburzenie usprawiedliwione okolicznościami” może popchnąć do zabójstwa. Nie budzi mojego sprzeciwu nisko tutaj ustawiona granica, bo mówimy na przykład o sytuacjach, w których ktoś zabija dręczyciela, znęcającego się nad nim od lat (takie sytuacje zdarzają się w rodzinach). Jest tu już jednak wyraźny zgrzyt z karą za zabicie zwierzęcia. Za zabójstwo człowieka w stanie silnego wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami sprawca może otrzymać wyrok roku pozbawienia wolności, a za zabicie zwierzęcia – bez szczególnego okrucieństwa – aż trzy lata. Coś tu nie gra. 

Dalej mamy art.art. 149 i 150: matka, która zabija dziecko w okresie porodu pod wpływem jego przebiegu oraz osoba zabijająca człowieka na jego żądanie i pod wpływem współczucia podlegają karom od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. W nadzwyczajnych okolicznościach możliwe jest nawet odstąpienie od wymierzenia kary. Również od 3 miesięcy do 5 lat grozi komuś, kto namową doprowadzi człowieka do targnięcia się na własne życie oraz za nieumyślne spowodowanie śmierci. Nieumyślne spowodowanie śmierci może być również skutkiem karygodnego niedbalstwa. 

Art. 156. kodeksu karnego w paragrafie 3. mówi o spowodowaniu ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, którego następstwem jest śmierć. Kara wynosi od 5 lat pozbawienia wolności, 25 lat lub dożywocie. Art. 158. z kolei mówi o bójce lub pobiciu, a jego paragraf 3. – o skutku śmiertelnym. Kara wynosi wówczas – uwaga! – od roku do 10 lat. Tutaj już trudno przejść do porządku dziennego nad ewidentnym zachwianiem proporcji: za pobicie człowieka ze skutkiem śmiertelnym sprawca może pójść do więzienia na rok, za zabicie zwierzęcia – na trzy lata, a może nawet na pięć. Ba, ta ostatnia kara może być wymierzona jedynie za usiłowanie zabicia zwierzęcia, ponieważ – zgodnie z art. 14. par. 1. za usiłowanie wymierza się karę w identycznym wymiarze jak za dokonanie czynu. 

Tu uprzedzam zastrzeżenia prawników praktyków (sam, co nie jest żadną tajemnicą, prawnikiem nie jestem, a jedynie staram się materię prawa od czasu do czasu zgłębiać i zrozumieć), którzy argumentują, że na orzecznictwo mają wpływ przepisy z części ogólnej kodeksu karnego (np. kwestia zamiaru ewentualnego lub bezpośredniego itd.), natomiast kary w określonej wysokości – np. rok za pobicie ze skutkiem śmiertelnym – zdarzają się rzadko. To wszystko racja i gdybyśmy chcieli sprawdzić, jak w praktyce działają przepisy, musielibyśmy rzecz jasna dokonać drobiazgowej analizy orzecznictwa. Jednak granice kar wyznaczane przez kodeks, bez względu na zasady zawarte w jego części ogólnej, określają sposób myślenia o określonym rodzaju czynów i wskazują, jaki przyjęto paradygmat wewnętrznej logiki systemu. 

Przepisy karne powinny bardzo wyraźnie oddzielać wartość życia człowieka od wartości życia zwierzęcia. Mówiąc najprościej – kary za pozbawienie życia człowieka powinny zaczynać się tam, gdzie kończą się kary za zabicie zwierzęcia. Przynajmniej wówczas, gdy mamy do czynienia z pierwszym czynem tego rodzaju. Ponieważ ustawienie w pewnych okolicznościach najniższej granicy kar za pozbawienie życia człowieka na poziomie roku wydaje się w większości uzasadnione (choć można się zastanawiać, czy w przypadku pobicia ze skutkiem śmiertelnym nie jest to jednak granica zbyt niska), oznacza to konieczność odpowiedniego obniżenia kar za zabicie zwierzęcia – a przynajmniej zabicie bez kwalifikacji, czyli bez szczególnego okrucieństwa. 

Kara ma trzy funkcje: retrybutywną, prewencyjną (podwójną, a więc prewencja generalna i szczególna, dotycząca konkretnego sprawcy) oraz resocjalizacyjną. Z tych trzech aspektów w sprawie o wyrzucenie psa z balkonu spełniony wydaje się jedynie drugi, a i to prawdopodobnie tylko w zakresie szczególnym, a więc sprawca w czasie odbywania kary z pewnością nie popełni podobnego (ani żadnego innego) czynu zabronionego. 

Z konserwatywnego punktu widzenia na pierwszym miejscu w przypadku zbrodni oraz cięższych przestępstw powinna stać, często dzisiaj pomijana, retrybutywna rola kary. (Inaczej rzecz wygląda przy występkach czy wykroczeniach, gdzie ważniejszy wydaje się pragmatyzm albo po prostu naprawienie szkody). Do takich należy z pewnością zabicie człowieka. Ale zabicie zwierzęcia? W rozumieniu kodeksu karnego nie jest zbrodnią, ponieważ nie jest zagrożone karą minimum 3 lat pozbawienia wolności. 

Może być kwestią debaty, jakie miejsce w karach za zabicie czy dręczenie zwierząt powinna pełnić funkcja retrybutywna kary. Moim zdaniem nie może stać na pierwszym miejscu. Za najważniejszą – podobnie jak w przypadku innych występków w rozumieniu kodeksu karnego – uznawałbym funkcję resocjalizacyjną: skazany powinien zrozumieć, że w określony sposób zwierząt traktować nie wolno. Tak wracamy do konkretnego przypadku z Białegostoku. Wszyscy zachwyceni surowym wymiarem kary (tak widzę półtora roku pozbawienia wolności bez zawieszenia) lub uważający ją za zbyt łagodną nie kierują się przesłankami resocjalizacyjnymi, ale – co ciekawe – retrybutywnymi. Uznają, że sprawca ma dostać „za swoje”, bo uczynił coś w ich mniemaniu skrajnie przerażającego. Można oczywiście zapytać, jakie określenia rezerwują dla zbrodni naprawdę drastycznych, skoro ten występek opisują w kategoriach najwyższego potępienia – ale zostawmy to. Dość, że pragmatycznie rzecz biorąc, można się zastanawiać, czy sprawca, spędziwszy półtora roku w więzieniu na koszt podatnika, zapała miłością do zwierząt i nie zechce, dajmy na to, mścić się na nich za swoją „krzywdę”? Miałbym bardzo poważną obawę, że tak właśnie będzie. 

Na pytanie, jaka kara byłaby tu moim zdaniem odpowiednia, odpowiadałem wiele razy: ograniczenie wolności, nakaz prac społecznych przy zwierzętach (pod nadzorem oczywiście), a także nawiązka. Przy czym w tym ostatnim przypadku sąd powinien zbadać dokładnie sytuację oskarżonego, bo nie uważam za słuszne, żeby pośrednią odpowiedzialność za jego czyn ponosili na przykład jego bliscy. A tak byłoby, gdyby zasądzona wysoka nawiązka oznaczała finansową ruinę rodziny. Zapewne znów narażę się bambinistom, ale dla mnie sprawa jest jasna: życie psa nie jest warte zniszczenia bytu materialnego żadnej rodziny. 

Wszystko to przy założeniu, że mamy do czynienia ze sprawcą, który nie działa w warunkach recydywy, to bowiem może zmodyfikować podejście do karania. 

Trzeba się tu zmierzyć z jeszcze jednym wielokrotnie pojawiającym się oskarżeniem, wcale zresztą nieunikatowym dla tej akurat kategorii spraw, choć tu wybrzmiewającym bardzo głośno. Oburzeni krzyczą zatem, że „skoro ktoś wyrzuca psa z ósmego piętra, to za moment skrzywdzi człowieka”, więc trzeba go izolować, oraz że sprawca jest patologiczny, nienormalny i zdegenerowany. 

Przede wszystkim nikt kierujący się zdrowym rozsądkiem nie będzie na podstawie szczątkowych informacji stawiał radykalnych tez na temat sprawcy. Wiadomo o nim tyle, że nie był karany. Znane też są – bardzo wyrywkowo – jego wyjaśnienia. Nie wynika z tego w żaden sposób, abyśmy mieli do czynienia z kimś „nienormalnym” czy „skrajnie zdegenerowanym”. Być może z kimś, kto nie jest w stanie w pewnych okolicznościach opanować swoich emocji. Nawet tego jednak nie wiemy bez znajomości akt sprawy. Niestety, w dzisiejszych czasach bardzo łatwo stawia się radykalne tezy, gdy tylko pasują do naszych poglądów. 

Twierdzenie, że „coś takiego” może zrobić tylko ktoś „nienormalny” (nawiasem mówiąc, to wyłączałoby odpowiedzialność karną), wynika li tylko z apriorycznego skrajnie negatywnego nastawienia do osób w jakikolwiek sposób krzywdzących zwierzęta. Jak bowiem wskazuje doświadczenie życiowe oraz wokandy wydziałów karnych w sądach – do przekraczania norm, a nawet popełniania zbrodni zdolni bywają ludzie poza tym całkiem, wydawałoby się, ustatkowani i normalni. 

Spotkała mnie dobrych już kilka lat temu mało przyjemna przygoda. Na skrzyżowaniu pewien kierowca, jadący zresztą z żoną, uznał (niesłusznie), że zajechałem mu drogę. Jechał za mną dłuższy czas, na skrzyżowaniu chciał mnie wyciągnąć z auta, a gdy zatrzymałem się przed szlabanem, przed wjazdem na parking przed biurowcem, wybiegł ze swojego auta i prysnął mi gazem w twarz. Ustaliłem jego dane i skierowałem prywatny akt oskarżenia. Mężczyzna stanął przed sądem i został ukarany grzywną oraz nawiązką na moją rzecz – jego wina nie budziła u sędzi wątpliwości. 

Sprawca nie był żadną „patologią” czy degeneratem. Był trzydziestoparoletnim informatykiem, mającym rodzinę. Jakiś zbieg pechowych dla niego i dla mnie okoliczności sprawił, że puściły mu hamulce. Byłoby absurdem, gdybym miał zakładać, że skoro był zdolny do pryśnięcia gazem w twarz obcemu człowiekowi w sytuacji niestanowiącej dla niego żadnego zagrożenia, to za chwilę wbije komuś nóż pod żebro i dlatego należy go na długo odizolować. Gdyby tak miał działać wymiar sprawiedliwości, to musielibyśmy połowę polskiego budżetu przeznaczyć na budowę więzień, a sędziowie badający konkretne okoliczności sprawy właściwie przestaliby być potrzebni. Wystarczyłby jakiś automat wydający wyroki według algorytmu. 

Podobnie w sprawie z Białegostoku: jakkolwiek czyn sprawcy może w nas budzić głęboki sprzeciw i odrazę, nijak nie oznacza to, że mamy do czynienia z człowiekiem, który za moment wyrzuci przez okno własne dziecko – jak sugerowali niektórzy. 

Konkludując ten dwuczęściowy tekst – uczłowieczanie zwierząt oraz oczekiwanie, że dostaną one swoje „prawa”, opiera się przede wszystkim na czystej emocji, która nie jest w stanie objąć konsekwencji takiego postawienia sprawy. Przyznanie zwierzętom „praw” (co niestety pojawia się w języku również obecnie rządzących) oznacza rozmontowanie logiki systemu prawnego i etycznego, na której opiera się cywilizacja Zachodu. Lecz, powiedzmy sobie szczerze, ta logika jest rozmontowywana na wielu innych poziomach. Co nie oznacza, że mamy się na to godzić.