Imigranci w Polsce – bardzo wielu pracuje, bardzo niewielu zostaje na stałe
Jakub Bińkowski 10.07.2019

Kwestia polityki migracyjnej budzi wyjątkowe kontrowersje, mimo że wszyscy zgodni są co do tego, iż w ciągu najbliższych lat w Polsce zabraknie milionów pracowników. Różna jest prognozowana skala problemu i perspektywa czasowa. Według PWC, do 2025 roku zabraknie nam 1,5 mln pracowników. Według Deloitte luka na rynku pracy może sięgnąć nieco ponad 10 mln pracowników w roku 2050.

 

Rzut oka na prognozy GUS: w tej chwili ludność w wieku produkcyjnym to nieco ponad 24 mln osób (dla uproszczenia przyjąłem te same „widełki” dla mężczyzn i kobiet) – w 2050 będzie ich trochę więcej niż 18 mln. Ubytek wynosi ok. 6 mln. Jeszcze dalej idące, w sensie perspektywy czasowej, są prognozy Eurostatu, według których do 2100 roku ludność Polski skurczy się do 27 milionów osób. Tym samym, udział Polski w potencjale ludnościowym Europy zostanie zredukowany z 7 proc. do 5,5 proc.

Żeby uświadomić sobie skalę problemu, trzeba zaznaczyć że już w tej chwili przedsiębiorcy jako jedną z głównych barier prowadzenia działalności wymieniają brak pracowników na rynku – w sytuacji, w której liczba nieobsadzonych miejsc pracy wynosi nieco ponad 142 tysiące.

Oczywiste staje się, że stawienie czoła temu wyzwaniu jest kluczowe z punktu widzenia nie tylko zabezpieczenia tempa rozwoju gospodarczego, lecz także utrzymania stanu posiadania, tj. statusu państwa średniego, ze stabilną gospodarką. Nie podlega również poważnej dyskusji, że nie uda się zapobiec realizacji tych katastroficznych prognoz, opierając propozycje rozwiązań wyłącznie na próbach aktywizacji zawodowej Polaków, czy też skłanianiu ich do wewnętrznych migracji ze wsi do miast. Nawet nowa polityka migracyjna, która długimi miesiącami powstawała w zaciszach gabinetów MSWiA, a następnie była poddawana tajemniczym „konsultacjom wewnętrznym”, i której kluczowe założenia można było poznać pod koniec czerwca z artykułów prasowych, zakłada istotną rolę migracji zarobkowej w rozwiązywaniu kryzysu podaży pracy, który czeka nas w najbliższym czasie.

Niestety, narzędzia których wprowadzenie ma przewidywać dokument, w tym w szczególności powołanie jakiegoś centralnego urzędu kontrolującego przepływy migrantów i rekrutującego ich, przy jednoczesnym ograniczeniu roli agencji pośrednictwa zatrudnienia, są zupełnie nietrafione. Jeśli państwo stwierdzi w listopadzie niedobór pracowników w branży gastronomicznej, to będzie znaczyło że on wystąpił, owszem, ale w połowie lipca – centralne agencje nie mają prawa nadążyć za dynamiką rynku. Wydaje się jednak, że problem jest głębszy, niż tylko źle zaprojektowane narzędzie – sposób myślenia o migracji, na różnych szczeblach, wynika z błędnych schematów myślowych, polegających na przekładaniu doświadczeń państw zachodnich na język potencjalnych ryzyk dla nas, bez uwzględniania zróżnicowanej specyfiki grup imigrantów w Polsce, oraz grup imigrantów na zachodzie Europy.

Uderzające jest porównanie statystyk dotyczących aktywności zawodowej imigrantów spoza UE w poszczególnych państwach członkowskich. Poziom zatrudnienia wśród imigrantów spoza UE wynosi w Polsce 76 proc. Średnia dla Unii Europejskiej to 59 proc., zaś w państwach tradycyjnie kojarzonych z kryzysem migracyjnym, czyli Niemczech i Francji, odpowiednio 57,5 proc. oraz 49,8 proc. Oznacza to, że w naszym kraju pracuje zarobkowo ¾ imigrantów, podczas gdy przeciętnie w UE niemal co drugi obywatel państwa trzeciego pozostaje bez pracy. Statystyka negatywnie weryfikuje więc jedną z głównych obaw wyrażanych przez przeciwników imigracji z Ukrainy i państw azjatyckich, tj. że sprowadzamy do siebie ludzi, którzy będą żyć ze świadczeń socjalnych. Imigranci w Polsce to ludzie pracujący na swoje utrzymanie i przyczyniający się do budowy wspólnego dobrobytu. Według szacunków NBP, z zarobionych w ciągu pierwszych trzech kwartałów 2017 roku niespełna 14 mld zł, Ukraińcy przekazali do ojczyzny nieco ponad 8,5 mld zł. Oznacza to, że prawie 6 mld zł zostało wydanych w Polsce, zasilając naszą gospodarkę. Ponad 460 tysięcy samych tylko obywateli Ukrainy, Białorusi i Indii płaci składki ZUS (czyli – z uwagi na repartycyjność systemu – finansuje bieżącą wypłatę świadczeń). Nie sposób nie wspomnieć też o branżach, które utrzymują się w zasadzie wyłącznie dzięki pracownikom z Ukrainy, takich jak choćby transport drogowy. Jednocześnie, mitem jest jakoby imigranci zaniżali wynagrodzenia na rynku – poza oczywistym faktem, że przeciętne wynagrodzenie rośnie niezależnie od wolumenu imigracji zarobkowej, z Barometru Imigracji Zarobkowej wynika, że obywatele Ukrainy pracujący w Polsce oczekują w istocie takich samych stawek, jak Polacy pracujący na analogicznych stanowiskach.

Okazuje się jednak niestety, że państwo albo nie jest zainteresowane tym, żeby ich zatrzymać w Polsce (w celu zapobieżenia katastrofie, o której była mowa w pierwszych akapitach), albo robi to dramatycznie nieskutecznie. Z danych Urzędu do spraw Cudzoziemców wynika, że zaledwie 12 proc. wniosków o zezwolenie na pobyt dotyczy pobytu stałego bądź uzyskania statusu rezydenta długoterminowego UE. Co piąty wniosek o zezwolenie na pobyt został w 2018 roku odrzucony (dwukrotny wzrost odsetka odmów w porównaniu do roku 2017). Według Eurostatu, niespełna 16 proc. imigrantów dysponujących prawem pobytu w Polsce posiada jeden z powyższych tytułów, uprawniających do długotrwałego pobytu w naszym kraju. Dla porównania – w Niemczech jest to 50 proc., ale na oficjalnie niechętnych wobec imigracji Węgrzech 47 proc., zaś na Słowacji prawie 30 proc.

W zabawnym świetle stawia to obawy o stan „tkanki narodowej”, wyrażane w związku z upowszechnieniem się widoku Hindusów rozwożących rowerami jedzenie do biur. Fakty są takie, że imigranci zarobkowi przyjeżdżają do Polski na pewien czas, w ściśle określonym celu, i nie wiążą z naszym państwem przyszłości. Z punktu widzenia przedstawionych na wstępie danych dot. prognozowanych zmian w liczbie ludności w wieku produkcyjnym, jest to z pewnością zła informacja.