Impicznęli go, czy nie impicznęli
Dariusz Matuszak 28.12.2019

Oczywiście Trumpa. Tego to nawet sami Amerykanie nie wiedzą. Właśnie się o to kłócą i coraz większe jest przekonanie, że póki co jednak nie.

 

Procedura impeachmentu nie ma swego odpowiednika w Polsce, więc nawet sam termin nie jest łatwy do przetłumaczenia. Oznacza on postawienie prezydenta w stan oskarżenia w związku z ciężkimi przestępstwami, występkami, albo też uznanie, że jest niegodny sprawowania swego urzędu. W tym drugim przypadku nie trzeba udowadniać przestępstwa, tylko wykazać, że się niegodnie zachowuje. Bo np. kompletnie pijany pojawił się na cmentarzu wojskowym Arlington i próbował wejść do swej limuzyny przez bagażnik.

Impeachment jest też częścią procesu usuwania prezydenta z urzędu. Sama procedura jest pełna paradoksów, bo jej twórcy naiwnie kiedyś zakładali, że członkowie Kongresu są ludźmi racjonalnymi i dobrej woli. Żeby prezydent został uznany za niegodnego sprawowania urzędu wystarczy samo przegłosowanie tego w niższej izbie – Reprezentantów, która działa w tym przypadku jak prokuratura i przygotowuje coś w rodzaju aktu oskarżenia, czy też infamii pozbawiającej zaufania publicznego. Tak się stało właśnie w przypadku Trumpa. Żeby go wyrzucić z Białego Domu potrzeba jednak przegłosowania tego jeszcze w Senacie, który w tym przypadku pełni rolę swoistego sądu. Ten jednak nie działa jak tradycyjnie rozumiana II instancja. Jeśli Senat go nie tylko nie wyrzuci, ale nawet oczyści z zarzutów i stwierdzi że nie popełnił ciężkiego przestępstwa i zachowuje się godnie, to i tak nie oczyści jego imienia. I tak już prezydent na wieki wieków będzie naznaczony.

Żeby jednak impeachment się dopełnił Izba Reprezentantów musi przesłać Senatowi akt oskarżenia, czy też „pozbawienia czci”. Tak przynajmniej twierdzi znaczna część amerykańskich konstytucjonalistów, nawet ci, którzy Trumpa nie znoszą i publicznie przeciwko niemu występują. To tak mniej więcej jak u nas. Prokuratura sporządziła akt oskarżenia, ale dopóki nie prześle go sądowi nie ma oskarżonego. Tymczasem izba niższa Kongresu coś sobie przegłosowała i nie nadaje sprawie dalszego biegu, dokumentów nie przesyła. Liderka Demokratów. Nancy Pelosi, póki co pojechała sobie na długie wakacje, więc nie ma komu nawet papierów podstemplować. Zaczyna to więc przypominać tak bliski nam świat polskiego wymiaru sprawiedliwości. Można sobie komuś postawić zarzuty, oskarżyć, a nawet na pół roku aresztować, a potem zupełnie nic z tym latami nie zrobić. I sobie tak delikwent jest – ani winny, ani niewinny, obryzgany, nieoczyszczony, ani skazany. Ani wolny, ani wsadzony.

Coraz więcej wskazuje na to, że w całej tej zabawie nie chodzi o to, by złapać króliczka, ale cały czas gonić i by Trump sobie taki był „impicznięty” i nie miał żadnej możliwości zostać oczyszczonym. Pretekstem do wszczęcia całej procedury była lipcowa rozmowa telefoniczna z prezydentem Ukrainy Zełenskim. Podczas niej Trump miał jakoby szantażować Zełenskiego i próbować zmusić, by ten wszczął śledztwo przeciwko synowi byłego wiceprezydenta Joe Bidena. Biden senior ubiega się o nominację Demokratów w wyborach prezydenckich. Trump miał więc szukać za granicą kwitów na juniora, by osłabić domniemanego/ewentualnego konkurenta. By groźba wobec Zełnskiego była skuteczna, Trump miał wstrzymać pomoc wojskową dla Ukrainy. No i teraz Ameryka kłoci się, czy groził, czy nie groził. Ci co go nienawidzą twierdzą, że owszem, ci co kochają, że wręcz przeciwnie – nawet pocieszał. Oko nienawistne zupełnie inaczej czyta transkrypcję rozmowy, niż oko pełne miłości.

O co chodzi z tym Bidenem juniorem – Hunterem. Otóż to takie złote chłopię, teraz już podtatusiałe i to nawet wielokrotnie – gdy skandal ukraiński rozkwitał, to właśnie wtedy okazało się, że zrobił dziecko striptizerce z klubu go-go i nie chciał go uznać. Trump w swojej książce „Art of the deal” pisał o takich, iż należą do „klubu fartownych plemników”, czyli tych, którzy wszystko zawdzięczają rodzicom, a sami niczego w życiu nie osiągnęli. I tak Huntera wyrzucono z marynarki za narkotyki. Podobnie była żona, która opowiadała, że potrafił wciągnąć, przepić i przespać z prostytutkami nawet sto tysięcy dolarów miesięcznie. Ale od czego jest tatuś. Ten, gdy obalono Janukowycza i u władzy zainstalował się Poroszenko zabrał ze sobą synka na Ukrainę, a ów załapał się na członka Rady Dyrektorów tamtejszej największej spółki paliwowej Burisma. Akurat Prokurator Generalny Ukrainy prowadził przeciwko firmie śledztwo, więc Biden powiedział Poroszence, że ma zwolnić tego „sku..syna” (dosłownie), bo inaczej nie dostanie miliarda dolarów pożyczki (pochwalił się tym publicznie – kto chce, to sobie nagranie obejrzy). Prokurator wyleciał, Poroszenko dostał miliard, a młody Biden 50- 80 tysięcy miesięcznie za zasiadanie obok Kwaśniewskiego w radzie. Jak się później okazało, miliardy pomocy dla Ukrainy były rozkradane i Trumpa chciał, by Zełenski przyjrzał się tej sprawie, a także temu, czy administracja Poroszenki współpracując z Clinton i Obamą próbowała wpływać na wybory w USA. I takie jest tło owej słynnej rozmowy, która doprowadziła do domniemanego impeachmentu.

Wśród wielu zarzutów jakie stawiano Trumpowi były te, że naraził bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych, i że wykorzystał urząd dla własnej korzyści – pognębienia ewentualnego konkurenta. Demokrata Adam Schiff, który w Izbie Reprezentantów przewodził śledztwu w sprawie owej rozmowy, występując w Kongresie stwierdził, że Trump zachował się jak mafioso składając propozycję nie do odrzucenia i podał własną, całkowicie zmyśloną wersję przebiegu rozmowy. Trump opublikował jej transkrypt, ale to nie powstrzymało interpretatorów i każdy wyczytał co chciał.

Są jednak rzeczy bezsporne. Demokraci od dawna szukali każdego, byle jakiego pretekstu, by wszcząć procedurę impeachmentu. Już 17 minut !! po zaprzysiężeniu Trumpa jeden z organów prasowych Demokratów – „Washington Post” – opublikował artykuł, o tym, iż procedura impeachmentu właśnie się rozpoczęła. Przez 2 lata Demokraci liczyli, iż uda się wykazać, że Trump współpracował w kampanii wyborczej z Rosjanami i na tej podstawie odwołać go. Śledztwo prokuratora Muellera skończyło się niczym, więc szukano kolejnej sprawy, a tę podsunął anonimowy donosiciel, który miał być oburzony rozmową z Zełenskim. Kilkudziesięciu Demokratów składało wnioski o impeachment zanim nawet do tej rozmowy doszło. Za tzw. całokształt, ale dopiero jesienią Pelosi pozwoliła podwładnym rozpocząć procedurę.

Nie ma też wątpliwości, że impeachment dewastuje amerykańską politykę zagraniczną. Trump został zmuszony do ujawnienia treści swej rozmowy z przywódcą innego państwa. Okazuje się też, że byle urzędnik jakiegoś tam szczebla może opozycji donieść o jej treści. To w głowie będzie miał teraz każdy prezydent, premier, z którym Trump będzie rozmawiał, a także on sam. Coś, co do tej pory było rutyną z udziałem urzędników spraw zagranicznych, obronności, wywiadu etc. teraz stanie się konspiracją ograniczoną do najbliższego kręgu zaufanych. Zełenski wielokrotnie publicznie deklarował, że nie odczuwał w czasie rozmowy z Trumpem żadnych nacisków. Jak się okazało, nie wiedział nawet, że pomoc została na krótki czas wstrzymana. Demokraci zrobili więc z prezydenta Ukrainy tchórza i kłamcę. By szantaż mógł mieć miejsce ktoś musi być szantażowany. W tym przypadku Zełenski. Skoro Trump szantażował, a Zełenski mówi, że nie był poddany żadnym naciskom, to albo kłamie, albo nie ma odwagi tego przyznać.

W czasie samych przesłuchań i całej procedury Demokraci wielokrotnie zmieniali zarzuty. Najpierw Trump miał się domagać „czegoś za coś”. Karierę w mediach i wśród Demokratów zrobił powtarzany tysiące razy łaciński zwrot qui quo pro. Demokraci przeprowadzili jednak badania i okazało się, że Amerykanie nie bardzo wiedzą co to znaczy. Zaczęli więc lansować słowo łapówka. Miała nią być owa wojskowa pomoc w zamian za śledztwo przeciwko Bidenowi młodszemu. No ale jak mówić o łapówce, skoro ten, który ma być przekupiony nawet nie wie, że jest przekupywany. Co więcej Zełenski w sprawie śledztwa przeciwko Bidenowi nie zrobił nic, a kolejna transza pomocy i tak po jakimś czasie została uruchomiona.

Potem więc pojawiły się zarzuty dotyczące narażenia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Trump miał bowiem nie pomagać Ukrainie w wojnie z odwiecznym wrogiem Ameryki – Rosją. Okazało się jednak, że w czasie szczytowej fazy konfliktu o Donbas Obama wysyłał ukraińskiej armii koce i zestawy pierwszej pomocy, zaś Trump uruchomił dostawy broni przeciwpancernej. Kolejny mit o dobrym, dbającym Obamie i złym Trumpie prysł.

Wiadomo też, że impeachment nie zrobił na Amerykanach żadnego wrażenia. Przesłuchania w Izbie Reprezentantów potraktowali oni jako nic nie znaczące nudne teatrum. Odkąd proces się zaczął notowania Trumpa zaczęły rosnąc i po raz pierwszy zyskał on przewagę sondażową nad każdym z potencjalnych demokratycznych kontrkandydatów.

Nie ulega też wątpliwości, że Demokraci traktują impeachment jako jedyny sposób zapobieżenia reelekcji Trumpa. Bezwstydnie mówią o tym publicznie. Mają świadomość, że ich kandydaci są wyjątkowo słabi i póki co w starciu z Trumpem nie mają szans. Za obecnym prezydentem przemawia bowiem m.in. gospodarka. Aż 76 procent Amerykanów ocenia, iż ta jest w świetnym, bądź dobrym stanie. Podobny odsetek uważa, że taka też jest ich własna sytuacja ekonomiczna. Na rekordowym, najniższym w ostatnich dziesięcioleciach, albo w historii – jak w przypadku Latynosów, czarnoskórych, czy młodych jest bezrobocie. Rekordów bitych przez giełdę już nikt nie liczy. Ta zaś ma bezpośrednie przełożenie na poziom emerytur, gdyż na niej są ulokowane pieniądze z programów emerytalnych. Przeciętnych dochód amerykańskiej rodziny wzrósł w ciągu 3 lat aż o 10 tysięcy dolarów, podczas gdy podczas 8 lat rządów Obamy o 900. W ostatecznym rozrachunku liczy się to, co znajdzie się na stole, więc Trump pewnie zmierza po kolejne wyborcze zwycięstwo.

Spośród wielu zarzutów, które stawiano ostatecznie ostały się dwa – nadużycie władzy prezydenckiej i torpedowanie pracy Kongresu. Obydwa mgliste, niejasne, pod każdy z nich można podłożyć co się chce. Demokratom jednak wystarczyło, by uznać, że Trump utracił publiczne zaufanie i jest niegodny urzędu. Ojcowie Założyciele przewidywali, że proces impeachmentu powinien przebiegać ponad podziałami. Ma być bowiem swoistym katharsis Ameryki, przywracającym morale przynajmniej klasie politycznej. Tak miało być wcześniej w przypadku Billa Clintona, który okłamał Kongres, czy Nixona, który złożył rezygnację z urzędu tuż przed głosowaniem w Izbie Reprezentantów. W 1867 roku Izba Reprezentantów dokonała impeachmentu następcy Lincolna – Andrew Johnsona, ale Senat nie zgodził się na uznanie go w winnym i usunięcie z urzędu. Ostatecznie Johnson został zrehabilitowany w 1925 roku przez Sąd Najwyższy. W każdym z tych przypadków przełamywano polityczne bariery.

Inaczej jest w sprawie Trumpa. Nie tylko żaden z Republikanów nie opowiedział się za impeachmentem, ale nawet czterech Demokratów wyłamało się, a jeden wręcz zmienił partyjne barwy. W Senacie Demokraci nie maja najmniejszych szans. Musiałoby stać się coś niewyobrażalnego, by izba, w której większość mają Republikanie usunęła Trumpa i to na niecały rok przed wyborami. Na co więc liczą Demokraci. Na truciznę propagandy. Niezależnie od tego jak wyglądają kwestie formalne mogą głosić, iż Trump jest impeached – naznaczony/niegodny/oskarżony. Inna teoria głosi, że w całej tej zabawie chodzi o przykrycie śledztw dotyczących szpiegowania przez Demokratów i administrację Obamy kampanii prezydenckiej Trumpa w 2016 roku i spreparowania afery związanej z rzekomą współpracą ówczesnego kandydata z Rosjanami. Demokraci odwlekają proces w Senacie, bo to mogłoby w dużej mierze oczyścić Trumpa i ich samych skompromitować. Być może liczą też na wygraną w Senacie w 2020 roku. Wtedy przy nowym rozkładzie można snuć marzenia o usunięciu Trumpa. Na pokonanie go w wyborach bowiem już nie liczą.