Irańskie „Fakty i Akty”
Jerzy Marek Nowakowski 07.08.2019

Jest kilka miejsc na świecie, które przyciągają szczególną uwagę mocarstw. Jednym z nich jest niewielka Cieśnina Ormuz łącząca Zatokę Perską z Zatoką Omańską. Szlak morski gwałtownie się tam zwęża. Przy dobrej pogodzie z Półwyspu Arabskiego widać wybrzeża Iranu. Cieśnina na niespełna 40 km szerokości i średnią głębokość ledwie 80 metrów. Potężne tankowce muszą się solidnie natrudzić manewrując na krętym i obciążonym ogromnym ruchem pasie wody.

 

Piszę o danych geograficznych, bo obecnie kawałek drogi wodnej jest jednym z najbardziej zapalnych punktów świata. Niedawno Iran zatrzymał tam, a właściwie aresztował, brytyjski tankowiec wraz z załogą. Potrzebował do tego kilku łódeczek i helikoptera. A do zamknięcia Cieśniny, którą przepływa sporo ponad 20% światowej ropy naftowej nie potrzeba nawet łódek. Wszystko jest w zasięgu rakiet i nadbrzeżnej artylerii. Zaś bez ryzyka większego błędu można powiedzieć, że pełnowymiarowa wojna w cieśninie doprowadzi do ogólnoświatowego kryzysu. Gwałtowny skok cen ropy podobnie jak 45 lat temu doprowadziłby do wyhamowania wzrostu w Europie, Chinach i Japonii czy Indiach. Nic dobrego nie spotkałoby też USA, bo chociaż nie są uzależnione od importu ropy, to są częścią globalnego systemu gospodarczego. Beneficjentami konfliktów w Zatoce byliby w pierwszym rzędzie Rosjanie i Wenezuela.

To wszystko wynika z banalnego spojrzenia na mapę i do roczników statystycznych. Co więcej, nie ma sposobu na to by starcie zbrojne USA z Iranem nie doprowadziło do kryzysu na skalę globalną. Każdy średnio inteligentny student ekonomii czy politologii to wie. Wiedzą o tym również analitycy pracujący dla rządów czy wielkich firm naftowych. I być może z ich przekonania, że politycy postępują w miarę racjonalnie, wynika dość spokojna reakcja na kolejne napięcia na linii Waszyngton – Teheran. Międzynarodowa Agencja Energii (IEA) wydała wprawdzie zalecenie, by zwiększyć zapasy ropy (do 90 dni), ale jednocześnie uspokaja, że zamknięcie Cieśniny jest mało prawdopodobne, bo zbyt wiele państw jest zainteresowanych spokojną żeglugą w tym regionie.

Rządy reagują zdecydowanie bardziej nerwowo. 1 sierpnia rząd Niemiec odmówił Amerykanom skierowania swoich okrętów i żołnierzy do patrolowania Cieśniny Ormuz. Berlin jasno stwierdził, że eskalacja napięcia nie służy interesom Europy ani świata zachodniego. Obserwatorzy podkreślają jeszcze jedno. Montując koalicję mającą utrzymać bezpieczeństwo żeglugi przez Ormuz strona amerykańska zwróciła się do grupy państw (Francja, Niemcy, Wielka Brytania) pomijając struktury NATO.

Podenerwowanie polityków wynika prawdopodobnie ze świadomości, iż spirala konfliktu może bardzo łatwo wymknąć się spod kontroli. Wzajemne oskarżenia, potężny lobbing Arabii Saudyjskiej i Izraela, wewnętrzne kłopoty, wynikające z zacieśniającej się amerykańskiej blokady w Iranie. Wszystko to może doprowadzić do wybuchu konfliktu. A jeżeli padną pierwsze strzały bardzo trudno będzie wrócić do stołu rokowań.

Wydaje się, że celem rządu Stanów Zjednoczonych jest nie tyle zapobieżenie wprowadzeniu irańskiego programu atomowego ile doprowadzenie do upadku rządów teokratycznych w Iranie. Ameryka nie zapomniała upokorzenia jakim była dla niej rewolucja Chomeiniego. Tyle, że obecne zaostrzenie retoryki i polityki wobec Teheranu wygląda na zabieg bardziej z dziedziny public relations niż realnej polityki. Co gorsza, obecny kryzys popycha Iran w stronę Rosji. Bo tylko Moskwa jest w stanie realnie wspierać Iran militarnie i ignorować amerykańskie sankcje. Obok zbliżenia rosyjsko-tureckiego jest to kolejny czynnik zmieniający geografię polityczną Środkowego Wschodu.

Stany Zjednoczone od kilku lat sygnalizują, że chciałyby się pozbyć odpowiedzialności za utrzymywanie pokoju i względnej stabilizacji w tym regionie. Unia Europejska, zapraszana do wzięcia odpowiedzialności za Bliski Wschód jeszcze w czasach prezydentury Obamy, nie kwapiła się do zaangażowania militarnego. Próżnię postanowili wypełnić Rosjanie angażując się oficjalnie w syryjską wojnę domową a nieoficjalnie także w konflikt w Libii. Swoje interesy zaczęły rozgrywać mocarstwa regionalne. Turcja i Iran coraz mocniej angażowały się we wspieranie poszczególnych grup na terenie Syrii, Libanu czy Jemenu. Doprowadziło to do pierwszych napięć turecko-amerykańskich oraz do prawie otwartej (toczonej w Jemenie i Katarze) wojny irańsko-saudyjskiej.

Efekt jest taki, że USA – pod naciskiem Izraela – musiały znowu zwiększyć swoje zaangażowanie w regionie. A żeby go uzasadnić, zaostrzyły spór z Iranem starając się doprowadzić do upadku reżimu ajatollahów. Saudyjczycy przegrywający konflikt w Jemenie (klasyczną proxy war) i Izraelczycy borykający się ze wzrostem wpływów szyickich w Libanie i na terenie Autonomii Palestyńskiej mają realny interes w powstrzymywaniu Teheranu. Czy jednak zaostrzenie relacji z Iranem leży w interesie Zachodu? Wydaje się to wątpliwe, przynajmniej na tym etapie rozwoju sytuacji, bo dodaje kolejny niezwykle mocny element do generalnej destabilizacji, z którą Europa sobie nie radzi. USA zresztą też, mając problemy natury strategicznej z Chinami. Amerykańskie elity polityczne i wojskowe dążyły do „skrócenia frontu” i skoncentrowania się na sporze z Chinami i Rosją. Tymczasem mnożące się problemy na Środkowym Wschodzie angażują energię, a co gorsza doprowadzają w istocie do wzmocnienia zarówno Rosji, jak Chin.

Z punktu widzenia przyszłości zachodniej wspólnoty obronnej kluczowe wydaje się powolne wychodzenie Turcji Erdogana z politycznej orbity Zachodu. Warto pamiętać, że zanim Ankara zdecydowała się na bardzo kontrowersyjny zakup systemów S-400, prowadziła bardzo zaawansowane rozmowy z Chinami w kwestii zakupu chińskich systemów przeciwrakietowych.

Podobnie Iran zabiega o zakup uzbrojenia w Chinach i Rosji (w tym o system S-400). I w odpowiedzi na sankcje przyspiesza proces wzbogacania uranu. A irańska bomba atomowa może okazać się jeszcze groźniejsza od północnokoreańskiej.

Wydaje się, że prezydent Trump eskaluje konflikt z Iranem przede wszystkim z powodów wyborczych. Bo ostatnie sankcje, które uderzyły w Iran mocniej niż kiedykolwiek, sprawiają, że społeczeństwo raczej się konsoliduje wokół władzy, która właśnie w okresie ocieplenia z Zachodem musiała zmagać się z narastającymi protestami. Jeżeli celem strategicznym Waszyngtonu jest obalenie rządów w Teheranie, to otoczenie prezydenta USA powinno pamiętać, że rewolucje wybuchają nie wtedy gdy jest źle, ale wtedy gdy sytuacja obywateli poprawia się. Tylko w ich mniemaniu następuje to zbyt wolno. I taki proces zachodził w Iranie w latach 2016-2017. Ostatnie działania są więc z punktu widzenia interesów USA kontraproduktywne.

Wiele wskazuje na to, że podobnie jak w wypadku Korei Północnej, konflikt z Iranem przejdzie w fazę pozornej poprawy. Pozornej, bo efektem wydarzeń zachodzących w ostatnich latach na Środkowym Wschodzie jest ogromne osłabienie solidarności Zachodu, wzmocnienie Rosji doproszonej – wyraźnie na kredyt – do koncertu mocarstw. I odbudowanie względnie obliczalnej polityki Zachodu wobec Armenii, Gruzji, Azji Środkowej, Iranu czy państw arabskich potrwa lata. To zaś i tak optymistyczny scenariusz. Wiele wskazuje, że zanim to nastąpi, sytuacja geopolityczna ulegnie całkowitej zmianie.