Jak “nie działa” 500+, czyli politycy liczą dzieci
Artur Kiełbasiński 26.02.2020

Przez media przetaczają się regularnie informacje o spadającej liczbie urodzeń w naszym kraju. Sama prawda, można by rzec. Liczby nie kłamią. W politycznych komentarzach natychmiast dokładane są złośliwe komentarze o jałowości programu 500+, który miał odwrócić negatywne tendencje demograficzne w naszym kraju i ich nie odwrócił. Faktycznie, nie odwrócił. A mimo to tak podawane oceny są co najmniej kontrowersyjne. Wystarczy dane przeanalizować głębiej.

 

To prawda, że efekt 500+ najlepiej widać w latach 2016-2017. W tym drugim roku udało się przebić granicę 400 tysięcy urodzeń – najwięcej od lat. Potem wzrostów nie było. W 2018 r. odnotowano 388 tysięcy urodzeń, w 2019 r. 375 tysięcy.

Spada? Spada. Skąd więc próba obrony 500+? “Kłopot” zaczyna się, gdy próbujemy wyjść poza proste porównanie danych w ujęciu rok do roku. Bo w tym przypadku sprawa może być analizowana w innym kontekście. W 2014 r. Główny Urząd Statystyczny opublikował prognozę demograficzną do 2050 roku. Było to nowe opracowanie, zmieniające prognozę z 2008 r., która okazała się zbyt optymistyczna i nie sprawdzała się już po 2 latach.

W prognozie z 2014 r. statystycy pokusili się o precyzyjne szacunki liczby urodzeń. W dodatku według 4 możliwych scenariuszy – średniego, niskiego, wysokiego, bardzo wysokiego. Brzmi to żartobliwie, ale dla każdego scenariusza przygotowano precyzyjną liczbę urodzeń.

Sprawdźmy jak w tej prognozie oszacowano urodzenia w roku 2019. Tak więc scenariusz “średni” dla tego roku zakładał dokładnie 342 651 urodzeń. “Wysoki” dorzucał ok. 13 tysięcy na plus, urodzonych dzieci miało być 357 401.

A teraz zestawmy to z realnymi danymi za 2019 r. – dzieci urodziło się 375 tys. Więcej niż w wariancie “średnim”, więcej niż w “wysokim”, mniej niż w “bardzo wysokim” (380,4).

Oczywiście rok 2017 był proporcjonalnie jeszcze lepszy. Przekroczenie 400 tys. urodzeń biło na głowę nawet wersję “bardzo wysoką” prognozy (378 tys.).

Widać zatem wyraźnie, że 500+ dało bardzo wysoki impuls jednorazowy, ale mimo oczywistych spadków po 2017 nadal liczba urodzin przekracza “średnią” prognozę.

Nie zamierzam przesądzać, na ile to wpływ programu 500+. Bo to nie jest program działający w próżni. Trzeba jasno powiedzieć, że już w późnym okresie rządów PO-PSL pojawiały się projekty ważne dla rodzin (m.in. uregulowano korzystnie kwestie urlopów po urodzeniu dziecka, w tym tacierzyńskich). Jak się wydaje suma tych działań z domknięciem w postaci 500+ przyniosła w miarę pozytywny efekt. Dlatego warto podkreślać, że wciąż jesteśmy ponad wersją “średnią” prognozy GUS z 2014 roku. Więc całość rozwiązań prorodzinnych jednak „działa”, choć zapewne oczekiwania są większe.

Problem w tej sytuacji pojawia się inny. Jakie inne działania mogą wspomóc polskie rodziny w decyzjach o posiadaniu dzieci. Pytanie ociera się o ideologię i twardą walkę niemal polityczną. Nie ulega jednak wątpliwości, że wiadomo kierunkowo gdzie szukać rozwiązań. Do rozwiązania jest kilka problemów ważnych dla młodych ludzi. To kwestia dostępności do mieszkań (zarówno własnych, jak też tych na wynajem), dostępności do usług opiekuńczych, organizacja pracy szkół, przedszkoli, żłobków. W Polsce widoczny jest jeszcze jeden problem. Według danych Eurostatu w Polsce zaledwie 6,2% pracujących zatrudnionych było na mniej niż cały etat. Taka sytuacja powoduje ogromne “przywiązanie” do miejsca pracy i niską elastyczność organizacji dnia dla potencjalnych rodziców. Dość wspomnieć, że średnia zatrudnienia na część etatu wynosi w UE ok. 18%. Czy uda się to zmienić, tak aby uelastycznić dzień potencjalnych rodziców? Trudno będzie to osiągnąć w krótkim czasie, jednak wraz z rosnącymi płacami praca na ułamek etatu może stawać się coraz atrakcyjniejsza. I to może być bardzo korzystne dla dzietności w polskich rodzinach.