Jak policja została milicją
Łukasz Warzecha 08.04.2020

Czy to miłe uczucie, kiedy spełniają się moje własne złe przewidywania? Niby tak, bo zawsze można sobie pozwolić na lekką Schadenfreude, ale wolałbym jej nie odczuwać, a w zamian żyć w lepszej rzeczywistości. Niestety, po raz kolejny okazuje się, że miałem rację.

 

Gdy w 2015 roku PiS przejmowało władzę, pisałem, że jedną z najpilniejszych potrzeb jest gruntowne zreformowanie policji. Gruntowne, czyli takie, które wywoła niejako samo z siebie zmianę mentalności, podejścia do obywateli, do charakteru służby. Miałem świeżo w pamięci sposób funkcjonowania policji za rządów PO, wielokrotnie poniżej wszelkich standardów. Brutalne i zarazem nieudolne działania tej służby choćby podczas pochodów 11 listopada tłumaczył zaś zawsze z zaangażowaniem mój ulubiony niedorzecznik Mariusz Sokołowski. Sokołowski zadzwonił kiedyś do mnie, po jednym z moich felietonów w „Fakcie”, gdzie tak właśnie go nazywałem – niedorzecznikiem – i przez 20 minut wykładał mi, jakie to niesprawiedliwe i paskudne, że nazywam tak człowieka, który tak się poświęca dla ojczyzny i policji. Zabawnie cienka skóra jak na rzecznika tego typu instytucji.

W 2015 roku w kilku tekstach wskazywałem, co moim zdaniem powinno się w policji wydarzyć. Proponowałem jak najszybsze pozbycie się policjantów, mających peerelowski rodowód, ze stanowisk kierowniczych w KGP, bardzo poważne ograniczenie kompetencji i liczebności samej KGP, postawienie na lokalność, wydłużenie procesu szkolenia oraz wzbogacenie go o intensywne zajęcia wpajające etykę służby, zaostrzenie kryteriów doboru funkcjonariuszy, polityka „zero tolerancji” wobec każdego policjanta łamiącego zasady czy wreszcie – sprawa właściwie pierwszorzędna – natychmiastowe odejście od fetysza statystyki i zastąpienie jej rozliczaniem z efektów. Do tego priorytet badań wiktymizacyjnych jako kryterium oceny pracy policji – bo tylko one pokazują faktyczną i miarodajną ocenę. Sondaże zaufania, którymi tak się chwalił niedorzecznik Sokołowski, nie mają niemal żadnego znaczenia, bo nie opierają się na opiniach osób, które miały faktycznie z policją do czynienia. To były niektóre z moich propozycji. W wywiadzie, który zrobiłem z nim niemal natychmiast po jego nominacji na komendanta głównego, inspektor generalny (wówczas jeszcze nadinspektor) Jarosław Szymczyk obiecywał wdrożenie przynajmniej kilku takich zmian. Miało być zerwanie ze statystykami i wydłużenie szkolenia podstawowego policjantów.

Moja teza była taka, że jedynie głębokie zmiany instytucjonalne, uderzające w sam system działania policji jako organizmu, mogą wymusić z czasem zmianę postawy tak trwałą, że formacji nie da się już użyć w taki sposób, w jaki robiła to PO dla wypełniania własnych politycznych potrzeb. W praktyce powinno to oznaczać na przykład postawienie przede wszystkim na pomoc, pouczenia, jak najniższe kary – i niewrażliwość na płynące z góry naciski, żeby zwiększyć represyjność choćby dlatego, że budżet jest w potrzebie. Zmiany powierzchowne – wskazywałem – niczego tak naprawdę nie zmienią, bo wystarczy zmiana na szczycie KGP lub inne wytyczne z MSWiA, a wszystko wróci w stare koleiny.

Żadna z zapowiedzi inspektora Szymczyka nie została zrealizowana. Na czele MSWiA staną Mariusz Błaszczak, wierny i pozbawiony własnych pomysłów czy koncepcji współpracownik Jarosława Kaczyńskiego. Gdyby chcieć namalować alegorię braku własnych pomysłów, inwencji i przekonań, mogłaby mieć twarz Mariusza Błaszczaka. Dodajmy do tego nieszczęsnego Jarosława Zielińskiego jako wiceministra odpowiadającego za policję – i mamy pełen obraz. PiS szybko uznał, że policja jest mu potrzebna jako narzędzie sprawowania władzy i o żadnych reformach nie ma mowy.

W ciągu paru lat z powodu swojego strzeleckiego hobby obserwowałem uważnie, co ta służba robi w kwestii dostępu do broni. Tam może najwyraźniej widać było brak zmian. Nawet jeśli milicyjne lobby przestało już istnieć z powodu odejścia na emeryturę, to pozostali – w tym cywilni pracownicy KGP, odpowiadający za przedstawianie propozycji prawnych w kwestiach dostępu do broni – zachowywali się identycznie. Od milicji przejęli „etos” i się go trzymali. Nikt tego nie kwestionował, nikt ich nie ruszał.

Jednocześnie policja wydawała się w niektórych kwestiach faktycznie zmieniać sposób działania. Interweniując w sytuacjach mocno napiętych, jak w czasie protestów przed Sejmem na przełomie 2016 i 2017 roku, zachowywała się profesjonalnie i wstrzemięźliwie. Scen takich jak 11 listopada za czasów PO nie było. Wyraźnie wzmocniono pracę nad wizerunkiem. Każda komenda wojewódzka prowadziła profil na Twitterze, na swoich stronach policja chwaliła się ponadstandardowymi wyczynami funkcjonariuszy. Policjanci zaczęli się kojarzyć w takim samym stopniu z wystawianiem mandatów, co z przeprowadzaniem staruszek przez jezdnię czy eskortowaniem rodzących matek do szpitala. Ogłoszono nawet konkurs na hasło dla policji, ale ostatecznie nic chyba z tego nie wyszło, bo żadne motto na polskich radiowozach się nie pojawiło – nic w rodzaju amerykańskiego Protect & Serve czy czeskiego Pomáhat a chránit.

Ostatecznie muszę się jednak przyznać do błędu czy może naiwności: nawet widząc, że policja co do swojej istoty właściwie się nie zmieniła, nie spodziewałem się, że w ciągu dwóch tygodni można ją tak łatwo całkowicie przestawić ze służby, która ma przynajmniej wizerunkowe ambicje, aby pokazywać się jako przyjazna obywatelom, na służbę czysto represyjną, budzącą coraz powszechniejszą niechęć, przed którą się na ulicy ucieka. A tak się właśnie stało: policję błyskawicznie zmieniono w milicję w wersji 2.0.

Tak, wiem, że to przede wszystkim nie wina samych funkcjonariuszy, ale rządzących. To oni nie spróbowali policji zmienić – bo im to do niczego nie było potrzebne. Policja miała być tak samo posłuszna i dyspozycyjna jak za Platformy, tylko może ładniej się prezentująca. Teraz zaś to oni wymyślili idiotyczne zakazy, karać mandatami nakazali na dętych podstawach prawnych, do tego dorzucili ostatecznie horrendalne, skandaliczne i również wątpliwe prawnie kary administracyjne i wysłali z tym milicjantów na ulice. Co do tego, że milicjanci dostali odgórne, wewnętrzne polecenie, aby przestać się cackać i dowalać maksymalne stawki oraz składać wnioski o ukaranie do Sanepidu – nie mam wątpliwości. To standardowa metoda działania milicji – jej skasowanie było jednym z warunków wewnętrznej przemiany tej służby w prawdziwą policję. Zachowanie funkcjonariuszy nie powinno bowiem być w żadnym stopniu podyktowane wytycznymi z KGP, ale lokalnym stanem rzeczy i potrzebami miejsca, gdzie służą. Takie wytyczne z KGP przebywają drogę poprzez komendy wojewódzkie, miejskie i powiatowe aż do poszczególnych wydziałów, a tam dowódca drze się na funkcjonariuszy, że bez określonej liczby mandatów mają nie wracać. Tak było zawsze i PiS niczego tu nie zmieniło.

Żal mi tych policjantów, którzy nie akceptują takich metod, są zmuszani do takiego działania, a mimo to starają się zachowywać rozsądnie, widząc bezsens wprowadzonych rozwiązań. Nie mam żadnej metody, żeby stwierdzić, czy jest ich wielu czy niewielu. Pojawiające się coraz bardziej masowo informacje pokazują jednak, że bardzo wielu jest policjantów, którzy odkryli w sobie milicyjne powołanie i dostawszy więcej władzy niż zwykle postanowili wykonywać swoje obowiązki nie tyle z tępą sumiennością, co z tępą zawziętością.

Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek w KGP, inspektora generalnego Szymczyka wliczając, zdaje sobie sprawę, że policja roztrwania właśnie w ekspresowym tempie – na polecenie polityków – cały wątły kapitał wizerunkowy, który sobie w ciągu ostatnich lat mozolnie wypracowała. Ludzie, którzy chcą teraz skorzystać z pozostawionych im jeszcze praw – takich jak prawo do spacerów – na widok radiowozu zmieniają trasę, zawracają, chowają się do sklepu czy bramy. Policyjne obławy na rowerzystów, rolkarzy czy amatorów spacerów po lesie są już standardowo nazywane w sieci łapankami.

Jeśli jeszcze niedawno przeciętny Polak do policjanta nie bał się podejść, to teraz – o ile jest wśród tych, którzy chcieliby korzystać choć z części swoich praw – na widok milicyjnego munduru musi czuć niechęć i obawę. Ci, którzy pamiętają komunę, mają jednoznaczne skojarzenia. Wtedy trzyosobowe często patrole milicji budziły powszechną niechęć, a ludzie schodzili im z drogi. To samo dzieje się dziś. Odbudowanie wśród części Polaków zaufania do policji, która błyskawicznie stała się na powrót milicją, zajmie lata, jeśli w ogóle się uda.

Część obywateli natomiast jest tą polityką represji zachwycona, ale to nic nowego. Identycznie było w Peerelu – i wtedy była część Polaków, którzy na widok ZOMO polewającego demonstrantów z armatek, czuła mściwą satysfakcję, bo „mącicieli trzeba tępić”. Rzecz jasna nie porównuję czasów tamtych i obecnych – dziś rządzą politycy wybrani w demokratycznych wyborach. Ale część wyborców obecnej władzy, w tym urodzonych już w latach 90. lub później, wydaje się mocno tęsknić za czasami, gdy premier Cyrankiewicz groził odrąbaniem ręki podniesionej na władzę.

Wniosek z tych niewesołych rozważań jest taki, że jeśli jakiejś instytucji nie przestawi się trwale, za sprawą głębokich zmian w sercu jej mechanizmów, na inne tory działania, ona sama nie tylko nigdy się nie zmieni, ale też banalnie łatwo będzie ją wykorzystać do realizacji złych, represyjnych celów.