Jak powinniśmy reagować na wydarzenia w Waszyngtonie
Tomasz Wróblewski 17.02.2017

Waszyngton stoi w ogniu co najmniej trzech skandali. Ze wszystkich wojen jakie toczą się dziś w Białym Domu, dla nas najważniejsza jest ta w sąsiednim budynku – Old Executive Building, skąd kierowana i gdzie wypracowywana jest amerykańska strategia wobec Rosji. W miarę jak opada kurz po odejściu szefa doradców Trumpa, widzimy, że chaos pozostanie stałym elementem gry politycznej w Ameryce.  Wyzwanie jakie staje dziś przed Polską można porównać tylko do zabiegów o przyjęcie nas do NATO, a kto wie, czy nie do wielkiej naszej porażki i próby wpływania na rząd Franklina D. Roosvelta przed spotkaniem w Jałcie.

Ze wszystkich teorii na temat przyczyn odejścia doradcy Trumpa do spraw Bezpieczeństwa Narodowego Michaela Flynna, najbardziej przekonująca mówi o konflikcie zwolenników nowego otwarcia na Rosję z tradycyjną anty-putinowską szkołą. Oskarżenia doradców Trumpa o prowadzenie zakulisowych rozmów z ambasadą Rosji w Waszyngtonie, są co najmniej dziwaczne. Ktoś taki jak Flynn, całe życie ocierający się o wywiad, w tym szefowanie wojskowej agencji wywiadowczej, nie popełnia tak dziecinnych błędów jak wydzwanianie  na prywatny numer ambasadora Rosji i to kilka razy dziennie. Flynn wiedział, że rozmowy były nagrywane. Co oznacza, że musiał to robić w porozumieniu z Trumpem. Jego  podróż do Moskwy, spotkania jego doradców z rosyjskimi dyplomatami-agentami, wszystko to składało się na dość spójną linie polityki zagranicznej, którą podzielał Trump. Najprawdopodobniej uznał racje doradców doświadczonych wojnami w Iraku i Afganistanie, że Ameryka nie pokona samodzielnie Islamu. Flynn, jak wielu doradców Trumpa wierzył, że Ukraina jest stosunkowo niską ceną za pomoc w ujarzmieniu Bliskiego Wschodu.

To, że Flynn nie znajdował zrozumienia u innych ważnych graczy w administracji jak Sekretarza Obrony Jimiego Mattisa czy Sekretarza Stanu Rex Tillersona, to wiemy już od początku przesłuchań senackich. Obaj twardo i zdecydowanie mówili o Rosji jako najpoważniejszym zagrożeniu dla bezpieczeństwa w Europie i dla interesów Stanów Zjednoczonych w świecie. Tego co nastąpiło później, możemy się tylko domyślać.  Twarda gra z użyciem służb, nagrań, mediów i plotek, która zmusiła Flynna do odejścia.

Skandal wciąż żyje swoim życiem. Demokraci czują krew i mają nadzieję na powtórkę z 1974 roku, kiedy w niesławie z Białego Domu wynosił się Richard Nixon. Dla nas ważniejsze jest jednak to co rozgrywało się w tym tygodniu. Nie wiemy czy to Trump dał gen. Mattisowi pozwolenie, żeby zaczął kontestować oficjalną linię prezydenta w sprawie Rosji, czy co bardziej prawdopodobne, Trump po prostu został postawiony przed faktem dokonanym. I, co często mu się zdarza, zmienił zdanie pod naporem argumentów i nagonki politycznej za współpracę jego doradców z Putinem. Żal z jakim wspominał Flynna każe nam sądzić, że doszło tam do poważniejszej konfrontacji stanowisk i wewnętrznych nacisków na Trumpa. Przez cały ten czas  Mattis, nie przegapił żadnej okazji żeby otwarcie, wbrew stanowisku prezydenta, mówić o rosyjskim zagrożeniu i niemożliwości znalezienia wspólnej płaszczyzny porozumienia. W tym tygodniu Sekretarz Stanu  Tillerson,  po spotkaniu z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych, bezceremonialnie wyszedł przed kamery, rozłożył wcześniej przygotowane oświadczenie i wyrecytował coś co równie dobrze mógł odczytać Obama. Powiedział, że punktem wyjścia do dalszych rozmów z Rosją pozostają  postanowienia z Mińska, że Krym dalej jest terytorium okupowanym  i konieczna jest deeskalacja działań w Doniecku.

Ostatnia konferencja prasowa Trumpa była już tylko odbiciem słów Tillersona i Mattisa. Choć prezydent wyraził przekonanie, że lepiej byłoby się dogadać z Rosją niż nie dogadać, to atmosfera wokół sprawy, raporty na temat działań Rosji i ostatnie kontakty z Moskwą, każą mu sceptycznie patrzeć na możliwość porozumienia. Kulminacją tej przedziwnej konferencji było potwierdzenie plotek kursujących od pewnego czasu na temat rosyjskiego niszczyciela u wybrzeży Stanów Zjednoczonych – „Najlepsze co mógłbym zrobić – powiedział Trump w kontekście poprawy swojego wizerunku – to ustrzelić ten statek pływający 30 mil od naszego wybrzeża”.

Dramatyczny zwrot jaki dokonał się w ostatnich dniach powinien być dla nas sygnałem do intensywnych i mądrych działań dyplomatycznych. Przesunięcie akcentów w amerykańskiej polityce zagranicznej i pozytywne wypowiedzi na temat NATO, równie dobrze mogą ulec zmianie. Nie wiemy dokładnie jakimi sznurkami w Waszyngtonie pociąga Putin. Nie wiemy jakich wolt może jeszcze dokonać Trump. Wiemy natomiast, że do dziś prezydent Duda nie spotkał się z prezydentem Trumpem, ba nie doszło do poważniejszej wymiany zdań nawet przez telefon. Ogromne wysiłki i próby nawiązania relacji naszych dyplomatów z administracją w Waszyngtonie były mocno ograniczone. Czas pomyśleć o nowej strategii. Budowaniu potężnego nacisku na administrację ze wsparciem Polonii. Najróżniejszej Polonii. Nie tylko tej na co dzień zaangażowanej i zainteresowanej tym co się dzieje w Polsce, ale również tej od lat tam osiadłej, żyjącej swoim amerykańskim życiem i zajmującej często wpływowe stanowiska. Zarówno Polonii ideowo bliskiej obecnemu rządowi jak i tej bliskiej formacji Donalda Tuska i szeroko pojętej opozycji. Czas stworzyć szereg ośrodków nacisku politycznego na Kongres i waszyngtońskich polityków. Wzorem mogą tu być doświadczenia z okresu batalii o NATO. Wciąż są ludzie, którzy prowadzili tą największą w naszej historii akcję lobbingową, wciąż są kontrakty i środowiska. Czas wypracować mądrą, ponad partyjną strategię zanim dojdzie do kolejnego przesunięcia w amerykańskiej polityce zagranicznej. We wrześniu prezydent Trump zdecyduje czy przedłużyć misję amerykańskich wojsk w Polsce, czy nie, czy zwiększyć nakłady finansowe, czy obciąć je do minimum. Czas start.