Jakiej kontrrewolucji potrzebujemy
Tomasz Wróblewski 08.09.2016

Bardziej niż uszczęśliwiająca ludzi na siłę lewica, niepokoi mnie uszczęśliwiająca prawica. Nie żeby robiło mi różnicę kto zakazuje pracy w niedzielę, obdarowuje lekami, czy podnosi płace minimalną, zamiast pochylić się nad kwotą wolną od podatków. Rzecz w tym, że  niespodziewanymi adwokatami anty-wolnościowych pomysłów stają się ludzie na co dzień broniący wolności gospodarczych. Nie wiem do czego sprowadzi się kulturowa kontrrewolucja Kaczyńskiego i Orbana, ale wiem, że bardzo przydałaby nam się kontrrewolucja rynkowa. Porzucenie modelu francuskiego rynku pracy, niemieckich regulacji płac, genderowych kwot i szwedzkich przywilejów dla kobiet a nade wszystko szczodrych programów wpierania niepracujących, które ten rząd zdaje się kopiować na wzór Zachodniej rewolucji socjalistycznej. 

Jeszcze 20 lat temu wszyscy zgadzaliśmy się co do zasady, że kto nie pracuje ten nie je.  Konserwatyści, libertyni, socjaliści, ba nawet postkomuniści – wszyscy. Mogliśmy się różnić co do tego jak pomagać najbiedniejszym, ale tu też była zgoda, że jakoś trzeba. Jednak koncept płacenia ludziom, którzy po prostu nie chcą pracować jest czymś zupełnie nowym. I tu prawica zdaje się na łeb bić wcześniejsze postulaty lewicy. Nic dziwnego, że biedaczyska nie mogą się przebić do parlamentu. Elektorat porwała im prawica.  

70 tysięcy osób opuściło już rynek pracy korzystając z luki w zapisach 500 plus. Pieniądze nie są doliczane do podstawy dochodu kwalifikującego rodziców do pomocy społecznej co razem z bezrobociem daje im dochód wyższy od wielu etatowych pensji. Na skutki gwałtownej podwyżki płacy minimalnej przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale pięknie to też nie będzie wyglądało.

Długo by mówić jak to się stało, że znaleźliśmy się tu gdzie się znaleźliśmy. Czy pierwsze były emerytury dla górników, KRUS dla rolników, a może zwolnienia sędziów z ZUS, bo większość tych przywilejów płynnie przeszła tu z PRLu. Dość powiedzieć, że z systemem politycznym jest jak z kopernikowską teorią gdzie gorsza moneta wypiera lepszą. Raz usankcjonowana niesprawiedliwość społeczna – arbitralnie przyznany przywilej, nigdy nie znika. Przeciwnie, staje się standardem, do którego będą dążyć kolejni. Jeżeli ktoś sądzi, że zakaz pracy w niedziele ograniczy się do pracowników  supermarketów, to jest w dużym błędzie. To dopiero początek. Zresztą niczego tu nowego nie piszę. To są teorie przetestowane przez lata socjalistycznych eksperymentów. Dobrze znane konserwatywnym ekonomistom w rządzie, którzy teraz zapewniają nas, że tym razem o będzie inaczej. Nie będzie, o czym politycy doskonale wiedzą.

System nadopiekuńczy, z zasady tworzony jest dla wygody tych, którzy deklarują pomoc a nie tych, którzy ją otrzymują. Z każdej złotówki odebranej osobom pracującym na wsparcie osób niepracujących, 45 groszy zostaje w kasie państwa.  W miarę jak rozbudowywane są programy pomocy, rząd musi ściągać większe podatki od pracujących. A to w postaci podwyższonego VATu , wyższych obciążeń spółek skarbu państwa, a to wyższego ZUS czy planowanego jednolitego podatku. Z każdą złotówką odebraną pracującym państwo opiekuńcze  rośnie w siłę, a opodatkowani słabną. Czasem dlatego, że nie są w stanie podołać obciążeniom, czasem dlatego, że rozrastająca się biurokracja świdruje przepisy, wymyśla kolejne formularze i  pieczątki, które przedsiębiorca musi kolekcjonować jak sprawności.  Koniec końców coraz więcej prywatnych firm wystawiane jest na sprzedaż, a kupującym jest… Oczywiście państwo.  Jedni nazywają to  budowaniem narodowego kapitału, inni repolonizacją. Jeżeli wyciśniemy jednak z tej cytryny wszystkie podniosłe przymiotniki, to rzecz sprowadza się do absurdu. Państwo, w trosce o dobrobyt swoich obywateli przejmuje im narzędzia bogacenia się. Oczywiście rzecz przerysowałem, bo Państwo nie jest jedynym konsolidującym czy monopolizującym rynek. Ręka w rękę idzie z nim kilka światowych korporacji, które jak nikt potrafią dogadywać się z omnipotentnymi politykami. Znacznie to prostsze niż przebijać się na rozproszonym rynku. Tu można się dogadać, ograniczyć rynek do kilkunastu konkurentów, państwowych i globalnych. Dwóch, góra trzech dyskontów, zakładów energetycznych czy  firm telekomunikacyjnych otaczających opieką całą resztę maluczkich na podwyższonej płacy minimalnej czy pomocy społecznej. 

Fot. David Berkovitz/ na lic. Creative Commons/ flickr.com