Je banana pani, czyli co ma wisieć
Dariusz Matuszak 05.05.2019

O żałosnych formach protestów opozycji, przylegających do niej artystów i tym podobnych pisałem niedawno, więc nie chce mi się gadać o zbiorowych seansach jedzenia bananów. Zwłaszcza, że rzecz dotyczy poważniejszej sprawy, niż stadne mało wyrafinowane występy. Dotyczy bowiem poważnego pytania: Co ma wisieć w Muzeum Narodowym?

 

Ostatnio powieszono w niej zdjęcia pani jedzącej właśnie banany. Kto chciał to mógł również sobie obejrzeć film jak pani ów owoc konsumuje uśmiechając się jak idiotka, oblizując, a potem wypluwając na siebie resztki przeżutego, zmieszanego ze śliną jedzenia. Ulewa się z niej zupełnie jakby miała 2 miesiące, chorobę Parkinsona, albo OES, czyli Oral Expulsion Syndrome, czy co tam jeszcze jej się przytrafiło.

Najpierw dyrektor Muzeum Narodowego nakazał owe zdjęcia zdjąć, bo podobnie jak mnie kojarzyły mu się z seksem (mnie to się wszystko z seksem kojarzy). Niewykluczone też, że nieoględnie powiedziano mu, że ma panią zdjąć, albo sam zdjęty zostanie.

Potem jednak, po wielkiej aferze jaka wybuchła, doszedł do wniosku, że zostanie zaszczuty, uległ presji i panią co je banana znów powiesił. Dyrektor Miziołek słusznie domniemywa, że kiedyś zostanie zdymisjonowany, wróci do swego środowiska, a to podda go ostracyzmowi jako cenzora i sługusa PiS-owskiego reżimu. Teraz jeszcze muszą się z nim trochę liczyć, bo to od niego zależy kogo powiesi i kto zarobi. Albo też ci, którzy mówili mu by zdjął, teraz powiedzieli, żeby znów zawiesił, bo ledwo się zawiesili nauczyciele, więc kolejna awantura temu PiS-u jest niesprzyjająca.

W przypadku owej najsłynniejszej w Polsce ekspozycji za sztukę zasługującą na wnętrza Muzeum Narodowego uznano nie tyle fotografie i film, ale sam akt konsumpcji owego banana. Otóż Szanowni Państwo, to żadna sztuka coś zjeść, a potem się jedzeniem opluć. Ta cała ekspozycja to paździerz, nagrobek z lastryko, wycinany z gąbki kwiatek, to tandeta napompowana pretensjonalnością, czyli jeszcze gorzej, bo zwykła szarlataneria. Nie chcę się znęcać nad dziełem pani Natalii LL, bo nie o nią tu chodzi, ale o nadzwyczajny status jaki mają sztuki plastyczne, wizualne czy jak one się tam nazywają, i o to, że za nasze pieniądze są prezentowane.

Państwo mamy państwowe, a więc takie, które pod swymi skrzydłami, czy też raczej w szponach trzyma każdą dziedzinę życia. To akurat szczęście nadzwyczajne dla owych plastyków, twórców sztuki domniemanej, bo mogą liczyć na państwowego Mecenasa, którego boskim ucieleśnieniem są minister kultury i półbogowie, czyli dyrektorzy placówek, kuratorzy wystaw i tym podobni. I oto mamy świątynię sztuki zwaną Muzeum Narodowym, w której 80% zgromadzonych dzieł trzyma w piwnicy, a znajduje miejsce dla domniemanej sztuki pani Natalii LL.

Otóż niestety bynajmniej, ale Muzeum z przymiotnikiem Narodowe (tę nazwę to pewnie niedługo zlikwidują, bo będzie niezgodna z normami i wartościami unijnymi. Bo niby jakie narodowe, a może nacjonalistyczne, hę) to nie miejsce dla tandety tego typu.

Ja rozumiem, że nie rozumiem na czym polega sztuka współczesna (rozumiem doskonale – to w większości zwykła szarlataneria. Tu cesarz na golasa pomyka, a nie dostojnie piękne szaty nosi. I jeszcze widać, że żylaki, przepuklinę i grzybicę paznokci ma), ale w owym Muzeum przez chwilę jeszcze zwanym Narodowym, to może jakiś kanon sztuki powinniśmy oglądać. Coś co pozwala obejrzeć się za siebie, coś co w jakiś sposób przez nas wszystkich jest akceptowalne, dające poczucie tożsamości, wspólnoty. Coś z czym pogodzą się i przed czym zatrzymają się dzieciaki i emeryci, pani która przyjechała z wycieczką Klubu Inteligencji Katolickiej z Ostrowca Świętokrzyskiego, pan co się na randkę z wdową umówił, turysta z Japonii (w swoim Kraju Kwitnącej Wiśni to on nie takie sztuki widział jak opluwanie się pani) oraz pilnujący tego wszystkiego strażnicy.

Muzeum jest państwowe Narodowe, więc oczywiście to urzędnicy, dyrektorzy etc. powinni decydować co w nim wisi. No bo niby kto? Dla mnie to oczywiste. Wyborcy wybierają, a wybrani mianują tych, którzy realizują politykę kulturalną i sprawują mecenat. Wrzask, że cenzurują jest całkowicie obłudny. W filmie „Frida” jest taka scena kiedy młody Rockefeller mówi słynnemu malarzowi Diego Rivera, by usunął komunistyczne motywy, no chociaż portret Lenina, z fresku „Człowiek na Rozstajach”, który namalował na należącym do milionera budynku. Meksykański artysta odmówił na co Nelson Rockefeller kazał fresk usunąć. Płacę, wymagam i mogę sobie z dziełem zrobić co chcę – słusznie oświadczył.

Nie ma więc co wrzeszczeć i podpinać całej awantury pod cenzurę, bo dyrektor zrobił dokładnie to do czego jest powołany, czyli zdecydował co ma wisieć, a co nie. Cenzura nie ma tu nic do rzeczy. Oczywiście jego labilność i podatność na wpływy zasługuje na kpiny, ale to całkiem oddzielna sprawa. Ja mam do niego akurat podwójna pretensję. Po pierwsze, że pierwszy raz powiesił i po drugie, że drugi raz powiesił coś co nijak sztuką nie jest. I żadne krzyki i płacze mnie nie przekonają, że parafrazując Gertrudę Stein ta sztuka jest sztuką. Cokolwiek by sobie państwo postmodernistyczni, ponowocześni i jacy tam jeszcze krytycy nie wymyślali, to sztuka ma zachwycać i to jest jej pierwsze i podstawowe zadanie. Potem dopiero może sobie prowokować, pobudzać do refleksji i co tam jeszcze. Tak jak żołnierz ma zabijać i chronić przed zabiciem, a potem dopiero honorowo oddawać krew i paradować, aktorka grać, a potem ewentualnie jeść banany i się wypowiadać, żywność żywić a potem dopiero mężczyznę uwieść ułatwiać, tak sztuka ma urzekać. Od prowokowania to ja mam CBA i wyrostków na rogu, a od pobudzania do refleksji wypadki drogowe.

Najpierw musi być zachwyt a dalej może być cała reszta. Każdy zna to uczucie oniemienia jakie musi towarzyszyć dziełu sztuki. Z jakich tajemniczych powodów od dawna owemu kryterium zachwytu nie podlegają współczesne dzieła sztuki. Mało tego, nie można ich krytykować bez narażenia się na oskarżenie o ciemnotę, kołtuństwo, wstecznictwo, zaściankowość i ogólnie nieeuropejskość. Wolno wyśmiewać poezję, prozę, filmy, muzykę, a domniemanej sztuki wizualnej nie. To zastrzeżone jest dla jakiegoś elitarnego grona krytyków, którzy maluczkim wytłumaczą, że sztuki nie rozumieją. (Gdy mamy do czynienia z panią krytyk to ona na pewno ma okulary z grubą oprawką, karminowe usta i w cholerę wisiorów. Jeśli jest młoda to fioletowe włosy i nity wbite w ciało).

Ludność tymczasem ma w poważaniu opinie znawców, więc generalnie owe wykwity twórczości całkowicie lekceważy. Sprzątaczka z pewnej galerii w Turynie wywaliła dzieło na śmietnik i to była jego najtrafniejsza recenzja. W filmie Chmielewskiego „Nie lubię poniedziałku” pracownik Spółdzielni Kółek Rolniczych z Sulęcina akurat wpada w zachwyt po wejściu do galerii sztuki. Bo znajduje w niej treblinki do kombajnu wykorzystane w artystycznej instalacji, więc żniwa będą uratowane. I to nie jakieś tam treblinki półcalówki, tylko regularne. I to też jest trafna recenzja.

Nie chce mi się opisywać tych wszystkich aktów defekacji, oddawania moczu, smarowania się krwią menstruacyjną, tarzania w płynach, tych słoików z mętnymi cieczami, plam, linii i kół mających urzekać prostotą. Wszyscy wiedzą jak łatwo pomylić kaloryfer, albo krzesło z rozprutym siedzeniem z domniemanym dziełem sztuki. I niech sobie to wszystko gdzieś stoi, albo i wsi i kto tam chce niech się tarza i drze jak Yoko Ono, ale nie w Muzeum Narodowym, bo to miejsce dla narodu, a nie dla krytyków, artystycznych elit i postępowej części polskiej ludności.