Jeden problem – trzy wybory
Jerzy Marek Nowakowski 02.04.2019

Ostatni weekend marca był czasem wyborów. Oczywiście w Polsce najpilniej przyglądaliśmy się wyborom prezydenckim na Ukrainie. Bez niespodzianek. Będzie druga tura w której zderzą się „Sługa ludu” (to tytuł niesłychanie popularnego serialu w którym gra główną rolę) Wołodymyr Zełeński i urzędujący prezydent Petro Poroszenko. Na razie mamy tylko cząstkowe wyniki a komisja wyborcza na Ukrainie ma czas do 10 kwietnie by ogłosić wyniki oficjalne. Ale już z analizy tych wyników i ogłoszonych w niedzielny wieczór exit pools widać wyraźnie podziały na Ukrainie.

 

To paradoks, ale okupacja Krymu i dużej części Donbasu solidnie pomogła prezydentowi Poroszence. Gdyby głosowały najbardziej prorosyjskie okręgi – czyli te okupowane, to w drugiej turze obok aktora Zełeńskiego byłby faworyt Rosjan Jurij Bojko. Bo na wschodzie i południu Ukrainy Poroszenko przegrał z kretesem nie tylko na rzecz zwycięzcy I tury ale także na rzecz przyjmowanego kilka dni przed wyborami, z honorami w Moskwie Bojki.

Prawie 15 punktów procentowych przewagi Zełenskiego nad Poroszenką źle wróży obecnemu prezydentowi. Jego rywal może liczyć na wszystkie głosy prorosyjskie (czyli na starcie rywalizacji w II turze będzie miał ponad 42% głosów). A mówiąc już bardzo cynicznie, nic nie wskazuje na to, by Poroszenko mógł wygrać bez solidnego wsparcia ze strony administracji, czy wręcz „podkręcenia” wyników. Szczególnie, że na ekrany weszła właśnie trzecia seria „Sługi ludu”, w której bohater grany przez kandydata na prezydenta jednoczy Ukrainę i odzyskuje Krym.

W opinii większości ekspertów wygrana Poroszenki gwarantuje utrzymanie prozachodniego kursu politycznego Ukrainy. Zełenski zaś to wielka niewiadoma, ale jako, że polityk jest tym kim są jego wyborcy, to można sądzić, że prezydentura aktora będzie powrotem do „prorosyjskiej neutralności” czasów Janukowycza.

W cieniu Ukrainy odbyły się niezmiernie ważne wybory prezydenckie na Słowacji. Wygrała je działaczka społeczna, liberalna i obyczajowo i – na szczęście – gospodarczo Zuzanna Czaputowa. Uprawnienia prezydenckie na Słowacji są raczej symboliczne, ale być może ważniejsze jest nie to kto wygrał, ale kto przegrał. Jej rywalem był wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Marosz Szefczovicz. Cywilizowany dyplomata był jednak kandydatem populistycznego SMER – partii rządzącej Słowacją od lat i oskarżanej o korupcję i związki z mafią. Czaputowa to prawniczka, która zrobiła karierę na walce z firmą budującą nielegalne wysypisko śmierci w jej rodzinnym mieście Pezinok koło Bratysławy. Batalia poprowadziła ją przez wszystkie instancje lokalne aż do sądów unijnych, za co otrzymała Nagrodę Goldmanów, najważniejsze wyróżnienie dla obrońców środowiska na świecie.

Firma należała do Mariana Kocnera. Człowieka, którego “szemrane interesy” badał młody dziennikarz śledczy Jan Kuciak zamordowany w lutym ubiegłego roku. Zabójstwo dziennikarza wywołało na Słowacji wstrząs, który obalił rząd Roberta Fico i wyniósł do prezydentury Czaputową.

Mało kto już pamięta, że rządy SMERU to już druga fala (skądinąd umiarkowanego) populizmu. Pierwsza – rządy Vladimira Mecziara doprowadziła do tego, że Słowacja nie weszła do NATO razem z Polską, Czechami i Węgrami i musiała czekać na druga falę rozszerzenia. Zwycięstwo Czaputowej wskazuje na przesuwanie się sympatii politycznych na Słowacji i pozwala sądzić, że w najbliższych wyborach parlamentarnych do władzy mogą dojść nowe ruchy polityczne tworzone zarówno przez Czaputową jak odchodzącego prezydenta Anreja Kiskę.

Dążenie do zmiany, które wyniosło do władzy Trumpa w USA, jak Emanuela Macrona, jest widoczne zarówno w zachowaniu ukraińskich jak i słowackich wyborców. Mimo, że uprawnienia prezydentów Słowacji i Ukrainy są bardzo mocno ograniczone, to wybory mogą być czynnikiem mobilizacji zupełnie nowych sił politycznych. Co wcale nie musi oznaczać pozytywnych przemian. Elity polityczne tych krajów są na tyle nieliczne, że za nowymi szyldami partyjnymi kryją się zazwyczaj ci sami ludzie.

Najciekawsze jednak były wybory samorządowe w Turcji. Zmierzający do ustanowienia miękkiej dyktatury prezydent Erdogan i jego Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) teoretycznie wybory wygrali. Ale jest to zwycięstwo zdecydowanie mniej okazałe niż przed pięcioma laty. Co więcej, w największych miastach AKP  poniosła porażkę. Po 25 latach straciła władzę w Ankarze, podobnie na całym wybrzeżu śródziemnomorskim. W Istambule, osiemnastomilionowej metropolii, która niegdyś była trampoliną do władzy dla Recepa Tayyipa Erdogana (był burmistrzem Istambułu w latach 1994-1998) kandydaci partii rządzącej i opozycyjnej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP) idą łeb w łeb i obaj ogłaszają zwycięstwo. A generalnie można uznać, że Turcja jest podzielona pół na pół. Obwarzanek idący po wybrzeżu, przez Kurdystan, jest opozycyjny, a środek (czyli Anatolia) pozostaje proerdoganowski. I jest to konflikt dość zasadniczej natury. Pomimo stałego kultu Kemala Ataturka, Recep Tayyip Erdogan zmienia paradygmat polityki tureckiej z republikańskiej na neoosmańską. Brzmi to niezrozumiale? To bardziej opisowo: Turcja Kemalistowska to Turcja dążąca do modernizacji i stania się częścią Zachodu. Owszem także nacjonalistyczna, ale poszukująca modelu nowoczesnego nacjonalizmu. Turcja neoosmańska, to państwo ekspandujące na Bliski i Środkowy Wschód, budowane na podstawie religijnej umiarkowanego islamu, myślące o odbudowie historycznego Imperium.

Mieszkańcy większości dużych miast są raczej (tak 50% +) zwolennikami modernizacji i zachodniego stylu życia. Mieszkańcy anatolijskiego interioru są za islamem i tradycją. Podział to połowa głosów dla rządzącej AKP w miastach a blisko 60% na prowincji. Ale na prowincji ¼ głosów dostała tradycjonalistyczna Partia Ruchu Narodowego sojusznicza wobec Erdogana. Ale tendencja zmiany jest dość wyraźna.

Studiowanie map wyborczych jest nota bene zajęciem fascynującym. Patrząc na wybory Ukraińców dostrzeżemy wyraźny podział na Zachód, Centrum i Wschód, ale ze zdziwieniem dowiemy się, iż w zamkniętych okręgach wojskowych na froncie najwięcej głosów padło na prorosyjskiego (bądźmy szczerzy, po prostu rosyjskiego) Jurija Bojkę.

Kluczowe jest jednak coś co dostrzegamy także w polskiej polityce. Wyraźna polaryzacja. Wyborcy dzielą się mniej więcej po połowie na zwolenników modernizacji i tradycji w Turcji, Słowacji – ale też w większej części Europy i USA. Na Ukrainie połowa głosów padła na kandydatów prozachodnich a połowa na „neutralistów”. Co więcej, wydaje się, że są to podziały dość trwałe, niekiedy powiązane z miejscem zamieszkania , niekiedy ze statusem społecznym. Bez wyjścia z pułapki polaryzacji, która oczywiście wydaje się najwygodniejszym sposobem uprawiana konkurencji wyborczej, politycy mogą doprowadzić do rozpadu więzi społecznych w swoich państwach. Z tej pułapki usiłuje wyjść nowa prezydent Słowacji, ale dopiero wybory parlamentarne pokażą czy próba zakończy się sukcesem.

Bez wątpienia mamy w skali przekraczającej granice Europy do czynienia z nowym modelem podziałów politycznych. Miejsce podziału lewica – prawica zajmuje dużo głębszy podział na progresistów i tradycjonalistów opisany w „Drodze do niewolności” przez Timoty Snydera. Zdolność do znalezienia sensownej syntezy jest zadaniem dla polityków, bo eskalacja politycznej nieodpowiedzialności może skończyć się rozpadem postnowoczesnych społeczeństw i nowym średniowieczem.