Jedź, płać i płacz
Łukasz Warzecha 17.02.2019

Od jakiegoś czasu niezmordowani antysamochodowi aktywiści – o ich działalności na wielu frontach pisałem na blogu WEI już wielokrotnie – kolportują nowy pomysł, na razie w formie ogólnej idei: niech kierowcy płacą za realne zużycie zasobów, do których mają dostęp. Taka teza znalazła się na przykład w wywiadzie, jaki „Gazeta Wyborcza” – niezmordowanie w szpicy lewackich pomysłów wszelkiej maści – przeprowadziła z Jakubem Majewskim z Fundacji ProKolej. Majewski powiedział:

 

Korzystanie z drogi powinno kosztować tyle, co jej odśnieżanie, patrole policji, sygnalizacja świetlna. […] opłaty, jakie płacą kierowcy, m.in. w cenie paliwa, niestety, nie pokrywają kosztów generowanych przez transport drogowy nawet w połowie. W wielu unijnych krajach to zauważono i wyraźnie się mówi, że infrastruktura powinna być płatna.

Gwoli uczciwości dodajmy, że Fundacja ProKolej została ustanowiona przez następujące podmioty: Przewozy Regionalne, DB Schenker Rail Polska, Freightliner PL, CTL Logistics oraz Arriva RP – czyli jest w gruncie rzeczy czymś na kształt przedsięwzięcia lobbingowego. Pan Majewski pracuje po prostu na rzecz fundatorów.

Wróćmy jednak do postulatu, aby kierowcy opłacali rzeczywisty koszt infrastruktury, z której korzystają. Niektórzy twierdzą, że to bardzo rynkowe rozwiązanie. Doprawdy? Przeanalizujmy tę propozycję.

Co do zasady, w każdym państwie istnieje pewien zakres usług, infrastruktury, procedur, urządzeń i udogodnień, opłacanych ze wspólnego portfela. Ich koszt bywa częściowo przerzucany na użytkowników w formie bezpośredniej – tak jest choćby z biletami transportu miejskiego, z częściowo refundowanymi lekami czy opłatami za autostradę na bramkach – ale czasem jest ponoszony tylko pośrednio, w postaci podatków pośrednich lub bezpośrednich. Niektóre z nich są powiązane z konkretną działalnością lub stanem posiadania – tak jest z podatkami w cenie paliwa czy podatkiem od nieruchomości.

Zakres tego, co opłacane jest ze wspólnego portfela, zależy od decyzji politycznej i czasami jest bardzo wąski (w państwach bardziej liberalnych), a czasami bardzo szeroki (w państwach socjalnych). Nie znam jednak kraju – być może taki gdzieś jest – w którym użytkownicy infrastruktury drogowej czy posiadacze samochodów ponosili całkowity koszt ich wykorzystywania, a więc nie tylko całkowity koszt użytkowania dróg ze wszystkimi przyległościami (utrzymanie nawierzchni, remonty, sygnalizacja świetlna, drenaż itd.), ale też np. koszty związane z emitowanymi zanieczyszczeniami.

Gdyby ktoś zechciał takie rozwiązanie wprowadzić, to trzeba by zarazem, aby było sprawiedliwie, zdjąć z posiadaczy samochodów wszystkie obciążenia, jakie ponoszą do wspólnej kasy. Jeśli każdy właściciel samochodu miałby opłacać całkowity koszt jego użytkowania, to powinny zniknąć wszystkie pośrednie podatki w cenie benzyny oraz ta część powszechnego opodatkowania, która przeznaczana jest na drogi czy wyrównanie skutków transportu indywidualnego. Chyba że ktoś byłby w stanie policzyć, ile każdy ma dopłacić do tego, co już płaci.

Tu dochodzimy do punktu drugiego: w praktyce wyliczenie rzeczywistych kosztów użytkowania samochodu przez każdego jego posiadacza nie jest możliwe, bo te koszty zależą ściśle od tego, jaki to jest samochód oraz jak, gdzie i przez jaki czas się go używa. Czyli każdy właściciel auta musiałby nie tylko składać jakieś absurdalnie szczegółowe sprawozdania, ale prawdopodobnie musiałby być stale podłączony do centralnego systemu, monitorującego w najdrobniejszych szczegółach jego aktywność. To, rzecz jasna, utopia. A jeśli tak, to nie mówimy już o ponoszeniu rzeczywistego kosztu korzystania z samochodu, najwyżej o jakichś uśrednionych kosztach, a nie o to przecież chodzi. Do tego dochodzi kwestia sprawiedliwego podziału tychże kosztów, bo przecież choćby z sygnalizacji świetlnej i części dróg korzystają również piesi. Dlaczego więc kierowcy mieliby ponosić całość kosztów?

Po trzecie – przerzucenie na posiadaczy samochodów całkowitych kosztów ich użytkowania (gdyby to było możliwe) oznaczałoby prawdopodobnie, że samochód stałby się dla większości dobrem absolutnie luksusowym. Ludzie, dotknięci dziś tzw. wykluczeniem transportowym i korzystający z aut naprawdę z musu, straciliby natychmiast tę możliwość. W miastach gigantycznie zostałaby obciążona komunikacja publiczna.

Tu pojawia się istotna kwestia, na którą wrogowie transportu indywidualnego nie zwracają uwagi: właściciele samochodów odciążają transport publiczny, który w większości polskich miast nie byłby w stanie przyjąć ich wszystkich plus obecnych pasażerów. To zresztą również wada pisowskich pomysłów zawartych w ustawie o elektromobilności i ustawie o partnerstwie publiczno-prywatnym: ani drastyczne podwyższenie limitu opłat parkingowych, ani umożliwienie miastom wprowadzania stref niskoemisyjnego transportu nie zostały poprzedzone jakąkolwiek analizą zdolności systemów transportu publicznego do przejęcia osób, które pozostawią samochody na parkingu.

Po czwarte – i to jest najważniejszy punkt – jeśli uznajemy, że kierowcy mieliby ponosić „rzeczywisty koszt użytkowania samochodu”, to zrywamy społeczną zgodę co do rozłożenia na wszystkich niektórych podstawowych kosztów, związanych z najważniejszymi funkcjami państwa. A w takim razie nie ma powodu, aby owego „całkowitego kosztu” nie zaczęli ponosić inni obywatele w innych kwestiach. Dlaczego na przykład nie wprowadzić pełnej odpłatności za lekarstwa i lekarza? Odpowie ktoś, że z samochodu można zrezygnować, a zdrowie siada w naturalny sposób z wiekiem. Niech będzie – w takim razie wprowadźmy odpłatność do chorób, zawinionych przez chorego złym sposobem odżywiania albo uprawianiem sportów ekstremalnych czy też związanych z określonym zawodem. Przecież nikt nikomu nie kazał pracować na przykład w górnictwie.

Ale to nie koniec: pasażerowie transportu miejskiego także powinni opłacać rzeczywisty koszt korzystania z niego, który – jak wiadomo – nie mieści się w obecnych cenach biletów. Korzystający z usług policji niech płacą całkowity koszt tej „usługi”, w tym – jeśli policja im pomoże w jakiejś sprawie – koszt związany z akcją. Skoro zdaniem Majewskiego za „usługi” policji drogowej mieliby płacić kierowcy, to dlaczego za jej pracę nie mieliby też płacić inni? I tak dalej, i tak dalej.

Łatwo przewidzieć, co odpowiedzą zwolennicy obłożenia kierowców dodatkowymi kosztami: że „samochód to luksus”, a transport publiczny czy zapewnienie bezpieczeństwa wewnętrznego przez państwo – nie. Tylko kto ma decydować, co jest luksusem, a co nie? Aktywiści miejscy? Jeśli zgodziliśmy się, że istnieje pewien zakres działań państwa, którego koszty są dzielone między podatników niezależnie od tego, czy z danej „usługi” korzystają czy nie, to dlaczego całkowicie arbitralnie ktoś miałby nam narzucać, że z tego obszaru należy wyjąć akurat jedną kwestię i całkowite koszty przerzucić na część obywateli?

Można powiedzieć, że to po prostu decyzja polityczna. Owszem – z tym że na razie radykalna lewica wyborów szczęśliwie nie wygrała (choć niektórym pomysłom PiS niewiele tu brakuje). Problem zaś polega na tym, że jej przedstawiciele prezentują ten i inne podobne pomysły nie jako kwestię czysto politycznego, ideologicznego wyboru, ale jako pomysły „eksperckie” i „oczywiste”. Nie dajmy się nabrać.