Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kradzież
Dariusz Matuszak 22.11.2019

Wszyscy o ZUS-ie i 30-krotności, to ja też. Nie miejmy złudzeń – sprawa prędzej, czy później powróci. Jak nie w takiej, to w siakiej formie, bo wciąż rozrastające się obejmujące swym władztwem kolejne aspekty ludzkiego życia państwo, mnożący się jak króliki urzędnicy, będą potrzebowali, by ktoś to wszystko i urzędolniczą klasę utrzymywał. Tym razem, ze względu na bunt Gowinowców, nie udało się przeprowadzić szaleńczej operacji, ale wieko od tej puszki Pandory, czy jak powiedziałby Petru – z Pandorą, zostało już uchylone i toksyczne wyziewy już snują się zatruwając umysły. PiS, przy cichym wsparciu innych ugrupowań, będzie teraz knuł jak zapewnić sobie większość nie narażając swego wizerunku bardzo zjednoczonej Zjednoczonej Prawicy i nie sięgać z „odrazą” po pomoc „czerwonej zarazy”, czyli nominalnej lewicy z Razem, SLD, czy czego tam jeszcze. Nie będzie chodziło o przekonanie argumentami, tylko o to czy ktoś od Gowina, PSL, czy KO przejdzie w trakcie kadencji do PiS zapewniając bezpieczną przewagę.

 

Kto chce dowodzić, że zwiększenie składki ZUS dla najlepiej zarabiających oznacza wypłatę dużych emerytur, na które państwa, czyli w teorii obywateli nie będzie stać i zadłużanie przyszłych pokoleń, temu od razu wyjaśniam, że to argument nieracjonalny, a wręcz absurdalny. Nie będzie żadnych większych emerytur. Ukradną te pieniądze tak, jak wielokrotnie już to robili. I ja to wiem, i pan to wie, społeczeństwo wie. Tak więc próba tłumaczenia zwolennikom zwiększenia składki: człowieku zastanów się, przecież, twoje dzieci będą obciążone wypłatą dużych emerytur jest bezsensowna, czcza, jałowa. On dobrze wie, że żadnych większych emerytur nie będzie, bo pieniądze mają być ukradzione. Taki jest plan. Zbiorą kochane pieniążki (o ile im się w ogóle uda), a potem ustanowią maksymalną emeryturę i tyle.

Jeśli będzie rządził PiS to opowie o zmianie warunków w otoczeniu, o dekoniunkturze w Unii (tę ma jak w banku, tutaj to nawet nie ma co prognoz robić), ukradnie i nazwie to solidaryzmem społecznym. Jak rządzić będzie lewica lewicowa, a nie jak PiS – lewica modląca się – to nazwie kradzież aktem sprawiedliwości społecznej. Trzeba przyznać, że są przynajmniej na tyle uczciwi, że do planów ograbienia obywateli przyznają się. KO jakby co, to wszystko zrzuci na PiS i powie, my sami byśmy nie ukradli, ale to wina Kaczyńskiego i Morawieckiego, że znieśli limity 30-krotności, więc my teraz nie mamy wyjścia tylko musimy obniżyć emerytury i ustalić ich maksymalną wysokość. PO z PSL mają wprawę, bo raz już akcję masowej kradzieży przeprowadzili. I to nie przy okazji zagarnięcia pieniędzy z OFE, ale przy podniesieniu wieku emerytalnego. Nikt nie zwrócił uwagi, że operacja ta oznaczała oprócz złamania umów z obywatelami, okradzenie ich z części składek. Chyba nikt nie przypuszcza, no może poza posłem Kierwińskim, bo on akurat może przypuszczać, czy też mniemać wszystko, że ktoś, kto poszedłby na emeryturę w 67 roku życia, zamiast w 65., to z tego powodu też dwa lata później by umarł i sobie te dwa lata dodatkowego płacenia odkuł. Upraszczając – w skrajnych przypadkach można by mówić o 14 latach – taka np. obywatelka Zofia płaciłaby 7 lat dłużej, ale za to emeryturę dostawałaby 7 lat krócej. I to się nawet nie nazywało reforma systemu, czy ZUS, ale tylko podniesienie wieku emerytalnego.

Odkąd Trybunał Konstytucyjny Rzeplińskiego usankcjonował tę kradzież oraz złamanie umów i zasad wywodzących się jeszcze z prawa rzymskiego, jest mi całkowicie obojętne czy obecny Rzepliński nazywa się Przyłębska i kto ową świętą konstytucję narusza, bo podobnie bez znaczenia jest dla mnie, czy miałby mnie ograbić Pruszków, czy Wołomin.

Tak czy owak nie bądźcie spokojni. Prawnicy już powinni wymyślać nowe formy zatrudniania, kombinować gdzie rejestrować jednoosobowe firmy – w Ołomuńcu, Luksemburgu, czy na Grenlandii, a departamenty HR jak tu zrobić, by wszystkim mającym być okradzeni zmniejszyć pensję bez obniżania zarobków. I tak sobie będzie kwitła ta twórczość w wiecznej ucieczce przed bezmyślnym i pazernym państwem. Już to widzę – będzie można sobie zamówić garnitur u krawca, kupić buty, a zakładowy HR i behapowiec zakwalifikują to jako ubiór roboczy, kupią nam bilety lotnicze, a my będziemy udawać, że to delegacja ze szkoleniem, a nie wakacje, każdy dostanie 5 służbowych komórek – a jakże – dla żony, dzieciaków i teściowej, kupią wszystkim w firmie po XIX-wiecznym brytyjskim znaczku o nominale 10 pensów z królową Wiktorią, albo wypłacą premię w złotych monetach 5-rublowych z carem Mikołajem II i będziemy wmawiać, że po obecnym kursie to ona warta jest 30 groszy. Już dziś należy rozpocząć przygotowania. Ja Ci to Szanowny Czytelniku uświadomię: kształt systemu ubezpieczeń społecznych w Polsce zależy od tego, czy PiS-owi, który ma rząd, setki instytucji publicznych i największych przedsiębiorstw, machinę propagandową TVP i wiele innych zabawek uda się przekupić/przekonać/pozyskać/upolować kilka osób. Teraz próbowano zrobić to na rympał i akurat nie udało się.

Większość komentujących uważa, że w całej tej akcji chodziło o szybkie załatanie dziury w budżecie. Ja zaś podejrzewam, że jednak motywacja była znacznie głębsza. Chodziło o ostateczną realizację PiS-owskiej wizji prawdziwego Polaka, zgodnej ze znaną przypowieścią o krowach i sąsiadach. O co się modli Niemiec, Holender etc., gdy sam ma jedną krowę, a sąsiad 10? O to, by samemu tyle mieć. O co się zgodnie z ową wizją modli Polak? O to by sąsiadowi 9 krów zdechło. Skoro Kaczyński nam, posłom PiS obniżył pensje, to my teraz wykończymy wszystkich tych, którzy mogliby mieć więcej niż my.

Oczywiście nakłamałem z owym uchyleniem wieka puszki Pandory. Ona już jest od dawna otwarta. Teraz chodzi tylko o wielkość pompki, która tłoczy trujące nas miazmaty. Otóż nasze kochane państwo wyznaczyło nam poziom sprawiedliwych/przyzwoitych  w sensie moralnym, a nie wysokości) zarobków. To kwota około 2 tysięcy euro miesięcznie na rękę. Taka powinna być miara naszych ambicji, bo od tej kwoty zaczyna się jakieś bogactwo mogące u innych wywołać poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, czy wyzysku. Ta wizja krezusa z 2 tysiącami euro wtłaczana jest nam od lat. To wróg tzw. zwykłego obywatela pracującego na kasie w Biedronce. Nasze bogactwo ma się kończyć tam, gdzie na Zachodzie nawet się nie zaczyna. Ową mityczną Europę mamy gonić za pomocą pensji minimalnej. Wedle władców Polski najlepiej, by była ona jak najbardziej zbliżona do średniej. Wtedy będzie sprawiedliwie. Każdy kto zarabia powyżej 2 tysięcy euro powinien być ukarany nie tylko wyższym podatkiem, ale też większą składką na emeryturę, której przecież i tak nie otrzyma. W państwie które jest od 20 lat solidarnie przez wszystkie formacje budowane nie chodzi o to, by ludzie zarabiali jak najwięcej, tylko o to, by jak najwięcej temu państwu oddawali. Jesteśmy tak struci lewicowymi oparami, iż uważamy, że to normalne, iż więcej niż połowę owoców naszej pracy oddajemy temu nienasyconemu tworowi, a on się nami zaopiekuje. Jurek Wysocki, blogowy sąsiad nazywa ten twór państwem nadopiekuńczym. Jurek ma rację, ale też tylko częściowo. Cóż to za opiekun, który zabiera nawet tym, którzy zarobią mniej niż potrzeba na zwykłe przeżycie. Mowa oczywiście o sumie wolnej od podatku. Jest coś nikczemnego, by pobierać go nawet od kwot, które nie pozwalają na biologiczne przetrwanie. To pokazuje, że trąbienie o owej opiekuńczości to zwykły mit, zwykła propagandowa sztuczka. Podobnie jak opowieść o obniżaniu podatków. W socjalnej licytacji jaka została rozpętana z przyczyn czysto wyborczych obywatele zaczynają już tracić rozeznanie. Nie da się odróżnić racjonalności od szaleństwa. Niegdyś uważano, że planety i Słońce krążą wokół Ziemi po kryształowych obręczach wygrywając przy tym dźwięki. Nie słyszymy ich, bo przy nich się rodzimy i stale nam towarzyszą, tak jak dziś socjalna, a właściwie socjalistyczna propaganda. Brakuje wzorców normalności i zdrowego rozsądku, dlatego lewicowa lewica może mówić nie tylko o maksymalnej emeryturze i nieograniczonej na nią składce, ale tez całkiem poważnie o ustanowieniu maksymalnej płacy. I właściwie nikogo to nie dziwi, po pogotowie nikt nie dzwoni. W Stanach Zjednoczonych ponad 50% studentów uważa, że socjalizm jest optymalnym ustrojem. Idziemy dokładnie śladem Zachodniej Europy i jej tak w niej reklamowanego welfare state nawet nie zadając sobie pytania, dlaczego to jedyny region świata, który się praktycznie nie rozwija i dlaczego już drugie pokolenie będzie żyło na niższej stopie niż rodzice. Weterani, którzy pamiętają wolność gospodarczą lat 90-ych albo teraz korzystają z owych szczególnych przywilejów jakie dają układy z państwem rozdającym koncesje i kontrakty, albo są już zmęczeni walką z system, albo też zgorzknieli, czy stali się cyniczni. Jak śpiewał Ciechowski „pożarła ich galopująca prostytucja”. Wystarczy spojrzeć na to co stało się z PO, która powstała na gruzach Unii Wolności jako partia wolności gospodarczej, przyjazna przedsiębiorczości i bogaceniu się. Jedynymi obrońcami tych wartości stają się charakteropaci z Konfederacji z ich anankastycznym zachowaniem. PO ściga się z PiS i lewicową lewicą Czarzasto-Zandbergową o to, kto bardziej obywateli złupi, by coś im później z łaski w postaci jakiegoś socjalu rozdać. To dlatego emerytowana nauczycielka funduje teraz np. podręczniki dzieciom milionerów. Być może rzucą jej trzynastą emeryturę, na którą pieniądze zostaną zabrane niepełnosprawnym. Tym zaś dołożą z jakiegoś tam funduszu od czegoś tam, na który znów wyłoży emerytowana nauczycielka. I tak to sobie krąży żywiąc przy okazji urzędników i oliwiąc biurokratyczną maszynerię z nadania władców Polski.

Właśnie minęło 30 lat odkąd porzuciliśmy ustrój socjalistyczny. Zatoczyliśmy koło i tak jak w latach 90-tych w spadku po reżimie odziedziczyliśmy tzw. „stare portfele” – emerytury, które nie pozwalały na przeżycie, tak dziś znów dorobiliśmy się nowych starych portfeli, bo nasze składki przepadły w ZUS-ie i każdy wie, że w nieodległej perspektywie żadnych pieniędzy, tak jak i wówczas, nie będzie. 30 lat to wystarczająco długo czasu, by można było wymyślić jakiś w miarę efektywny system. Gdyby niegdyś powstał, to dziś korzystaliby z niego pierwsi emeryci. Zamiast tego mamy nieustanne grzebanie w owej piramidzie finansowej i rozpaczliwe próby klajstrowania jakichś dziur – jak teraz przy okazji próby zniesienia limitu składek. W całej tej akcji najgorsze nie są nawet przepisy, które niemal z dnia na dzień można zmienić, ale to zatruwanie umysłów obywateli opowieściami o owych krezusach z 2 tysiącami euro, solidaryzmie pokoleniowym, sprawiedliwości społecznej. Detoksykacji nie da się ot tak przeprowadzić.

System podatków, danin i haraczy zależy w Polsce od rozkładu głosów wyborczych. Jeśli więc na partię ludu, jak postrzega sam siebie PiS, głosuje nieduża część klasy średniej, a sporo relatywnie ubogich wyborców, to należy wspierać stan, w którym klasa średnia jest niewielka, a wyborców ubogich stosunkowo dużo. Czyjś awans do klasy średniej może również oznaczać utratę głosów. Od tego mamy system podatkowy, by temu zapobiec. Najlepszym rozwiązaniem jest równanie w dół. Zostało przećwiczone w wielu krajach. Uzależniamy wyborców od państwowej łaski i w ten sposób wygrywamy. Trzeba tylko sprawić, by 500+, jakiś dodatek na podręczniki etc., stały się pokaźną częścią budżetu domowego i mamy wyborcę na krótkiej smyczy. Nie wolno dopuszczać do tego, by obywatele mieli więcej, niż owe 2 tysiące euro miesięcznie, bo wtedy nasza jałmużna 500+ przestaje mieć znaczenie. I wtedy szlak trafia nasz społeczny solidaryzm i społeczną sprawiedliwość.