Jesteśmy na K-19
Łukasz Warzecha 20.03.2020

W filmie „K-19” z 2002 roku z Harrisonem Fordem w roli kapitana Aleksieja Wostrikowa, pokazano prawdziwą historię z czasów zimnej wojny. W 1961 świeżo zbudowany sowiecki atomowy okręt podwodny wykonywał patrol na południe od Grenlandii, gdy awarii uległ obieg chłodzenia reaktora. Żeby zapobiec jego stopieniu, trzeba było stworzyć obieg prowizoryczny. By go jednak zamontować, konieczne było dokonywanie prac w normalnie niedostępnej i skrajnie niebezpiecznej przestrzeni reaktora jądrowego. Okręt, jak to w czasach sowieckich, nie był wyposażony w odpowiedni sprzęt ochronny, więc marynarze, którzy zgłosili się na ochotnika, wchodzili za ołowiane ściany na kilka minut w zwykłych kombinezonach przeciwchemicznych, które były jedynie placebo. Okręt i większość 139-osobowej załogi udało się uratować, ale w ciągu paru dni po awarii zmarło 8 marynarzy, a w kolejnych latach jeszcze kilkunastu.

 

Kapitan Wostrikow miał przed sobą dramatyczny wybór, przed którym niestety stają czasem dowódcy: czy poświęcić życie kilku ludzi mając dużą szansę na uratowanie reszty czy też stanąć na stanowisku bezkompromisowego humanitaryzmu i stwierdzić, że każde życie ludzkie musi być zachowane, a on nikogo na śmierć skazywać nie będzie. Ten drugi wariant prawdopodobnie oznaczałby ostatecznie koniec całej załogi.

Czy rodziny marynarzy, którzy poszli do reaktora, konstruować tymczasowy obieg chłodzenia, nie miały żalu do kapitana? Zapewne tak – to zrozumiałe. Rodziny reszty załogi były mu dozgonnie wdzięczne.

***

Ponad tydzień żyjemy w innej rzeczywistości. W sieci trwa konflikt pomiędzy frakcją zwolenników bezwzględnego siedzenia w domu, którzy każde wyściubienie przez kogokolwiek nosa na dwór uznają za zdradę narodu, a zwolennikami zdrowego rozsądku, którzy wskazują na rzecz oczywistą: że aby nie zwariować, utrzymać naturalną odporność i sprawność, wychodzić trzeba – na spacer, rower, rolki, pobiegać – byle nie stykać się z innymi ludźmi. Już tylko ta sytuacja pokazuje, że rację miałem, pisząc nie tak dawno, że ostry reżim jest nie do utrzymania w dłuższym okresie. Widać to nawet w krajach, w które epidemia uderzyła najmocniej i gdzie za wyjście z domu grożą solidne kary finansowe. Lecz nie chodzi tu jedynie o siedzenie w domu.

Rozumiem tych, którzy wypierają tę oczywistość i którzy z prawdziwą nienawiścią atakują zwolenników utrzymania możliwie normalnej aktywności. Te osoby sądzą prawdopodobnie, że przemęczenie się przez 20, może 30 dni pozwoli im ostatecznie wrócić do tego, co było wcześniej, a każdego, kto tę narrację podważa, postrzegają jako osobę oddalającą tę perspektywę. Ich agresja wynika zapewne z tego, że zarazem podskórnie czują, że to nieprawda. Że nie wystarczy miesiąc czy dwa. Że to nie jest jak przeziębienie, które trzeba wyleżeć, żeby wrócić do normalnego działania. Nawet premier, uprawiający w każdym swoim wystąpieniu dość bezwstydną propagandę sukcesu, przebąkuje już o dwóch, trzech miesiącach. To moim zdaniem wariant optymistyczny, jeśli realistyczne szacunki mówią, że szczepionkę na SARS-CoV-2 możemy mieć może za rok, może za półtora. A może w ogóle.

Bardzo popularne jest pompatyczne przeciwstawianie troski o ludzi trosce o pieniądze i gospodarkę. Wielu moich kolegów z uniesieniem pisze, że nie pora myśleć o kasie, gdy ludzie będą setkami umierać. Myślę, że czują się przez to moralnie lepsi. To podobny efekt jak w przypadku wspierających Owsiaka – lider WOŚP też pozwala niektórym poczuć moralną wyższość nad krytykami WOŚP i za to go kochają.

Ja jednak jestem realistą. Nie ma żadnego zero-jedynkowego wyboru: albo ludzie, albo gospodarka. Jak pokazała historia K-19 – czasem, patrząc z punktu widzenia dowódcy, trzeba kogoś poświęcić, żeby kogoś uratować. To dramatyczna, brutalna kalkulacja, ale życie bywa brutalne. Nie oczekuję, że dokonają jej na zimno przeciętni ludzie, ale przywódcy powinni to potrafić. W przypadku pandemii stajemy przed takim właśnie wyborem. Pandemii, która – przynajmniej na poziomie wykrytych zakażeń – dotknęła na razie między 3 a 4 tysięczne procenta ludzkiej populacji. Dysproporcja między tą statystyką a skutkami społecznymi i gospodarczymi jest porażająca.

Trzeba powiedzieć sobie wprost, a im szybciej, tym lepiej: świat, Europa, Polska nie mogą się zahibernować na rok czy nawet pół roku i poświęcić całkowicie walce z epidemią. To jest po prostu niemożliwe, i gospodarczo, i społecznie, niezależnie od tego, ile sentymentalnych postów na FB opublikują przeciwnicy „stawiania pieniędzy ponad ludźmi”. To niemożliwe i z punktu widzenia ludzkiej psychiki, i podtrzymania gospodarki przy życiu. Stan taki, jaki mamy dzisiaj w Polsce, jest w mojej ocenie nie do podtrzymania nawet do daty zaplanowanych wyborów.

To zaś oznacza, że w którymś momencie trzeba będzie zacząć się godzić z epidemicznymi kosztami przywrócenia choćby częściowo normalnego działania gospodarki, państwa, funkcjonowania ludzi. Jakkolwiek cynicznie to może brzmieć – trzeba będzie po prostu zgodzić się z tym, że jakaś część ludzi umrze. To jest prawda, którą dzisiaj mnóstwo arbitrów moralności wypiera.

Te straszne skutki można oczywiście minimalizować punktowymi działaniami. Trzeba będzie utrzymać wzmocnione zasady higieny, podtrzymać reguły unikania zbędnych kontaktów, może i dużych skupisk. Mogą nie wrócić przez długi czas imprezy masowe, na stałe w różnych miejscach mogą się pojawić dystrybutory płynów dezynfekujących. Do prawa na długo lub na stałe mogą zostać wpisane nowe regulacje dotyczące zgromadzeń. Niektóre branże mogą musieć się pogodzić z permanentnym spadkiem wpływów, jeśli na przykład kina będą musiały się pogodzić z tym, że wolno im zapełnić najwyżej jedną trzecią widowni. Możliwe, że wiele firm wprowadzi własne systemy kontroli temperatury pracowników, żeby w razie czego szybko odesłać ich na kwarantannę. Powinna zostać trwale zrewidowana antysamochodowa strategia wielu samorządów, bo transport indywidualny staje się zwyczajnie bezpieczniejszy. Gotówka może zupełnie wypaść z obiegu. Przede wszystkim zaś swoje kontakty z postronnymi osobami powinny ograniczyć grupy najbardziej narażone na infekcję, głównie ludzie starsi i przewlekle chorzy. To może być zresztą impuls rozwojowy dla gałęzi biznesu, obsługujących choćby zdalne zakupy spożywcze czy drogeryjne. Reszta po prostu będzie musiała wrócić do możliwie normalnego funkcjonowania. W ten sposób liczbę umierających na COVID-19 uda się może zredukować na tyle, że stanie się to przykrą, ale oswojoną statystyką, jak wypadki drogowe czy ofiary grypy sezonowej.

Nie mam wątpliwości – to jest opinia dzisiaj, w okresie irracjonalnego wzmożenia, pokrywającego hamowaną z trudem panikę, skrajnie niepopularna. Z chęcią wrócę do tego tekstu za pół roku i wtedy zobaczymy, czy miałem rację.