K-19 pół roku później
Łukasz Warzecha 07.10.2020

Jesteśmy na K-19 – napisałem w marcu na blogu WEI, nawiązując do awarii sowieckiego nuklearnego okrętu podwodnego w roku 1961, gdy kapitan Alieksiej Wostrikow zmuszony był wybierać między śmiercią kilku ludzi ze swojej załogi i w zamian ocaleniem reszty a niemal pewną śmiercią wszystkich na pokładzie z powodu awarii systemu chłodzenia reaktora. Ten tekst był odpowiedzią na pojawiające się od początku epidemii pokrzykiwania, że nieważna jest gospodarka i inne koszty, nieważne są wolności obywatelskie i praworządność, jeśli można ocalić „choć jedno życie”. „Z chęcią wrócę do tego tekstu za pół roku i wtedy zobaczymy, czy miałem rację” – napisałem na zakończenie. Minęło trochę ponad pół roku i z mało którego tekstu jestem tak dumny jak z tamtego. Miałem rację właściwie w każdym wątku. 

 

Miałem rację, pisząc – również w innych tekstach – że jeśli na początku zaaplikuje się państwu, gospodarce i obywatelom drastyczne i radykalne ograniczenia, nie da się tego zrobić drugi raz. Ba, nie będzie to możliwe wówczas, gdy być może będzie naprawdę potrzebne. Wyobraźmy sobie teraz, że zamiast całkowitego lockdownu w marcu i kwietniu mieliśmy jedynie lockdown punktowy, podobny do dzisiejszego: częściowe ograniczenia w działalności niektórych biznesów, być może dalej posunięte restrykcje lokalne. Wyobraźmy sobie, że zamiast rąbać siekierą, rząd i nieszczęsny minister Szumowski pracowaliby wcześniej skalpelem. Tak, gospodarka również by oberwała, ale oczywiście mniej. Ludzie nie byliby tak psychicznie wykończeni jak po ponad dwóch miesiącach terroryzowania ich przez nadgorliwą policję, wymuszającą siedzenie w domach. Dziś rządzący mieliby do dyspozycji znacznie większy asortyment środków, mieliby bez porównania większe pole manewru. Tak jak mają je dzisiaj Szwedzi, tylekroć przez naszych covidowych moralistów potępiani. 

Miałem również rację, pisząc, że koszty gospodarcze lockdownu będą druzgocące – i tak dokładnie jest. Jeśli komuś się zdaje, że pod tym względem wiemy już wszystko, a deficyt na bieżący rok w znowelizowanym budżecie to ostatni rozdział tej historii, to grubo się myli. To jest dopiero początek. Lada chwila poczujemy kolejne obciążenia. One zresztą już są szykowane: koniec z abolicją podatkową dla pracujących za granicą, pełne ozusowanie umów cywilnoprawnych (być może łącznie z umowami o dzieło, co jest już całkowitym absurdem z racji ich charakteru), kolejne opłaty i daniny, jak ta od deszczu. 

Miałe też rację, wskazując na całe mnóstwo dodatkowych kosztów, z których covidowi hunwejbini albo sobie nie zdawali sprawy, albo uparcie nie chcieli ich dostrzegać. Te koszty są rozliczne, w wielu sferach życia. Przede wszystkim zawaliła się ochrona zdrowia w każdej innej dziedzinie poza walką z epidemią. Mamy wyliczenia pokazujące krach systemu diagnostyki onkologicznej. Takie dane opublikował ostatnio portal politykazdrowotna.com, powołując się na informacje Fundacji Onkologia 2025. W kwietniu tego roku kart Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego wydano o 39 proc. mniej niż w kwietniu 2019 roku. A przecież rak się nagle nie zatrzymał. 

Nie mamy natomiast danych pokazujących skalę krachu w innych obszarach opieki zdrowotnej. Mamy tylko skrajnie alarmujące fragmentaryczne informacje. Ile osób nie otrzymało na czas konsultacji specjalistów? Ile osób nie mogło się dostać do lekarza rodzinnego na bezpośrednią konsultację i dlatego ich stan zdrowia się pogorszył? Ilu osobom odmówiono prawa do odwiedzania w szpitalu bliskich, leczących się nie na COVID, co pogorszyło znacząco ich stan psychiczny i tym samym przedłużyło leczenie? Ile osób zrezygnowało ze zgłoszenia się do lekarza z powodu koronawirusowej histerii? Ile osób straciło życie w nagłych wypadkach, bo sztywno trzymające się procedur szpitale odsyłały je do kolejnych placówek albo kazały czekać na wynik testu na COVID, gdy tymczasem stan chorego był coraz bardziej krytyczny?

Zawalają i zrywają się więzi społeczne. Postępuje atomizacja. Bliscy nie widzą się miesiącami. Współpracownicy widują się tylko na ekranach komputerów. 

Na nowo zaczyna się rozkręcać spirala paniki, podsycanej przez część mediów i niektórych medyków (ze szczególnym udziałem doktorów Simona i Grzesiowskiego w roli gwiazd prawie nierozłączających się z telewizjami), a owocującej niemalże agresją wobec wszystkich, którzy odmawiają podporządkowania się nawet najoczywiściej absurdalnym nakazom. Jednocześnie nadzwyczaj łatwo wrzuca się do jednego worka mitycznych koronawirusowych „płaskoziemców” (nawet jeśli są, to jest to margines) i wszystkich tych, którzy podnoszą uzasadnione wątpliwości, gdy idzie o naturę epidemii, a nawet jedynie o środki walki z nią. Ta agresja i podejrzliwość, podsycane bezrozumnym strachem przed chorobą, w przypadku której śmiertelność wynosi około 1 procenta (dla porównania – SARS miał CFR na poziomie 10-11 proc.), działają niszcząco na całą sferę publiczną, gdzie zamiast racjonalnej dyskusji mamy proste, a nawet prostackie operowanie emocjami publiki. 

Przede wszystkim miałem rację, zwracając uwagę na aspekt psychologii społecznej. Jeżeli nałoży się na ludzi drastyczne ograniczenia na dłuższy czas – jak to miało miejsce wiosną – po pierwsze, nie wytrzymają w nich zbyt długo, po drugie zaś – nie da się ich nałożyć podobnie we względnie krótkim czasie. Występujący dzisiaj na konferencji prasowej minister Adam Niedzielski oraz komendant główny policji inspektor generalny Jarosław Szymczyk sprawiali wrażenie, jakby nie istniało doświadczenie ostatniego pół roku. Zapowiadając restrykcyjne podchodzenie do ograniczeń, nakładanie mandatów za brak maseczki w samochodzie czy kierowanie spraw do Sanepidu, obaj panowie ignorowali opinie prawników, którzy jednoznacznie wskazywali przez wiele tygodni podczas lockdownu, że prawo jest nadużywane, a już szczególnie nadużywane są przeciwko obywatelom procedury administracyjne, w ramach których karze Sanepid. Sądy, po ponownym podjęciu pracy, zaczęły masowo uchylać mandaty, których obywatele nie przyjęli, oraz kary od Sanepidu (to sądy administracyjne), często w absurdalnej wysokości. 

Szymczyk i Niedzielski zachowują się tak, jakby nic takiego się nie działo. Tymczasem pozostaje w mocy zasadnicza wątpliwość, dotycząca wszelkich nakazów i zakazów typu „zakrywanie ust i nosa” (nie mówiąc już o takim nakazie poza przestrzeniami zamkniętymi, w których wydaje się sensowny): art. 46b punkt 4. Ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi z 2008 r. nadal mówi, że ograniczenia mogą dotyczyć osób chorych i podejrzanych o zachorowanie – nie zaś każdego. Oznacza to, że ustanowienie na podstawie tejże ustawy – nie zaś odrębną ustawą – obowiązku zakrywania ust i nosa przez każdego jest najzwyczajniej pozbawione podstawy prawnej. I znów będziemy mieć tę samą historię co wcześniej: masowo nakładane mandaty i kary przez Sanepid, a potem masowe ich uchylanie przez sądy. Wszystko to kosztem czasu i pieniędzy obywateli. 

Ponownie pojawiają się całkiem poważnie ogłaszane nakazy o charakterze kabaretowym. Na razie zamknięcia lasów nie ma, ale jest zapowiedź egzekwowania nakazu zakrywania ust i nosa w pojeździe, w którym jadą dwie lub więcej osób, określonego w par. 24 rozporządzenia Rady Ministrów z 7 sierpnia. Przy czym w tym samym paragrafie w punkcie 3. czytamy, że obowiązek ten nie dotyczy osób zamieszkujących bądź gospodarujących wspólnie. Zagadką pozostaje, jak nasza dzielna milicja będzie weryfikować kwestię wspólnego zamieszkiwania bądź gospodarowania (nie jest to bynajmniej kategoria tożsama z meldunkiem). Gdyby zaś uznać, że nakaz wynikający z tego rozporządzenia ma być realizowany, oznaczałoby to, że muszę zakryć nos i usta, wioząc swoim autem kolegę, z którym chwilę później zasiadam w studiu lub w redakcji biurko w biurko. Albo wioząc swoją mamę, z którą nie mieszkam i nie gospodaruję wspólnie, ale do której przyjechałem w odwiedziny i w związku z tym mieszkam u niej przez kilka dni. 

Dobrze, że nie padła zapowiedź egzekwowania od dawna martwego, a wciąż obowiązującego (rozporządzenie Rady Ministrów z 7 sierpnia, par. 23, pkt 1.) nakazu zachowania półtorametrowej odległości, ale podejrzewam, że nasza dzielna epidemiczna milicja nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Wszak budżet się sam nie zrobi. 

Szczególną zagadką pozostaje telefoniczny tryb kierowania obywateli na kwarantannę. Skierowanie na kwarantannę jest decyzją administracyjną. Kodeks postępowania administracyjnego w art. 39. wyraźnie określa sposób doręczenia decyzji administracyjnej: „Organ administracji publicznej doręcza pisma za pokwitowaniem przez operatora pocztowego w rozumieniu ustawy z dnia 23 listopada 2012 r. – Prawo pocztowe (Dz. U. z 2018 r. poz. 2188 oraz z 2019 r. poz. 1051, 1495 i 2005), przez swoich pracowników lub przez inne upoważnione osoby lub organy”. Możliwe jest też doręczenie za pomocą środków komunikacji elektronicznej (art. 39.1), ale tylko pod warunkiem, że odbiorca posiada/wskaże organowi adres do korespondencji. Możliwe jest także zawiadomienie w formie publicznego obwieszczenia (art. 49. par. 1 k.p.a.), ale to nie ten przypadek. Wynika z tego jasno, że cały proces kierowania na kwarantannę przez telefon jest jedną wielką kpiną z prawa, podobnie jak kontrola policji odbywająca się w sytuacji, gdy decyzja administracyjna faktycznie obywatela nie obowiązuje, bo nie została mu prawidłowo doręczona. Nie wykluczam, że w którejś z genialnych ustaw covidowych władza zawarła jakąś furtkę w tej sprawie, ale nawet jeśli tak uczyniła, konstytucyjność takiego rozwiązania jest co najmniej dyskusyjna. K.p.a. nie został przecież znowelizowany ani uchylony. 

W ten sposób wracamy do dyskusji z marca i kwietnia, w której ścierali się zwolennicy państwa zamordystycznego, gotowi podporządkowywać się oczywistemu bezprawiu, i przeciwnicy traktowania obywateli jak bydła, tudzież państwowej bylejakości. Ci pierwsi uznawali domaganie się, by państwo działało zgodnie z ustanowionymi przez siebie samo procedurami za dzielenie włosa na czworo, działanie aspołeczne, nawet wywrotowe. Zmieniło się to o tyle, że zwolennicy łamania prawa weszli na wyższy poziom wzmożenia, tak jak nawołujący do „swoistej infamii” wobec nienoszących maseczek rzecznik MZ czy wpadający w histerię na antenie doktor Grzesiowski (nie wiem, czy ten ostatni powinien w ogóle zajmować się pacjentami wobec domniemanych problemów z utrzymaniem emocji na wodzy). 

Jak się okazuje, trzeba ponownie pisać, że żadna sytuacja, a już na pewno nie obecna, nie upoważnia władzy do lekceważenia procedur i prawa. Oraz że jeśli zgodzimy się na to pod pretekstem walki z epidemią, to nigdy już nie będziemy mogli być ich pewni, bo zawsze znajdzie się uzasadnienie, aby je złamać w imię jakiejś wyimaginowanej wyższej racji. 

Jesteśmy zatem znów lub może raczej nadal na K-19, tyle że teraz można odnieść wrażenie, że kapitana Wostrikowa zastąpił spanikowany mat, który nie ma żadnego planu, a jako środek zapobiegający napromieniowaniu kazał w szalonym widzie założyć wszystkim na głowy czapeczki z folii aluminiowej.