Kamala Harris – wiceprezydenta politpoprawności
Dariusz Matuszak 16.08.2020

Myślał, myślał i wymyślił. Po miesiącach wyczekiwania, zwodzenia, wahania się Joe Biden wreszcie wskazał kto będzie u niego wiceprezydentem, a właściwie wiceprezydent, bo to, że będzie to kobieta i to na dodatek „kolorowa” obiecał postępowej Ameryce już dawno temu. Tak więc, jeśli Biden wygra, to Kamala Harris będzie zapasową prezydent. Tak właśnie należy postrzegać rolę wiceprezydenta. Ze względu na bardzo małe prerogatywy nie pełni roli współprowadzącego, tylko ewentualnego zmiennika na wypadek, gdyby lokator Białego Domu nie był w stanie sprawować swego urzędu.

 

Biden długo dumał i według mnie już to zaszkodzi Harris. Rywalki, które przegrały teraz jej nienawidzą i jest to zrozumiałe. Na liście potencjalnych kandydatek było kilka pań. Od miesięcy wdzięczyły się w na ekranach telewizorów, uśmiechały, kokietowały. Każda z nich deklarowała natychmiastową gotowość służenia Ameryce pod Bidenem. Rywalizowały ze sobą przyjaźnie, ale za kulisami lała się krew. Biden swym niezgulstwem tylko jatkę podsycał. Miesiącami zwodził konkurentki Harris, łudził je fałszywą nadzieją, pielęgnował ich zawiść. Nie robił tego celowo, tylko naprawdę nie mógł się zdecydować, bo nie wiedział, która z pań mu się bardziej „opłaca”, albo która frakcja w Partii Demokratycznej weźmie górę. Pozostawił więc za sobą kilka rozgoryczonych kandydatek, które zwyczajnie wyszły na głupkinie, czy jakoś tak. Nie chodzi o to, że to akurat Demokraci. W każdej robocie, drużynie sportowej, etc. ze względu na szacunek dla ludzi i pragmatykę rządzenia, sprawy personalne, awansu załatwia się szybko i stanowczo, a nie międli miesiącami pozwalając by narastały niezdrowa rywalizacja, niechęć i zawiść. Na zewnątrz konkurentki będą prezentowały entuzjastyczne wsparcie, ale za plecami będzie się działo. Za każdą z tych pań stoją jakieś struktury i tabuny ludzi, którzy już widzieli się w siódmym niebie Waszyngtonu. Wygrana Bidena oznacza, że Harris będzie starowała za 4 lata, więc rywalki znów na długi czas pożegnają się z marzeniami o wielkiej karierze.

Biden przez jakiś czas zwodził, że owszem na pewno wskaże panią, ale być może niekoniecznie zaraz musi być kolorowa, więc na liście pojawiła się też senator Elizabeth Warren. Kilka dni temu jednak 100 murzyńskich intelektualistów, celebrytów, ludzi mediów, etc. wybiło mu to z głowy. W otwartym, skierowany do niego liście zagrozili, że jak teraz zaraz nie wskaże jakiejś murzynki, to cała czarnoskóra społeczność Ameryki odwróci się od niego. Już oni o to zadbają. To pokazuje jak wszyscy mieli dość tego Bidenowego wybierania, które ciągnęło się jak guma na talii Ryszarda Kalisza.

Kamala Harris jest najlepszym przykładem na to jak głupia, szkodliwa, pełna hipokryzji i groteskowa jest polityczna poprawność i owa kultura „cancel”, które toczą Amerykę. Media i postępowy świat, które tak bardzo lubią dzielić ludzi i przypisywać do określonej grupy, nie wiedzą nawet teraz jak Harris określać. Pisano o historycznej chwili, iż jest pierwszą Afroamerykanką, która może zasiąść na tak eksponowanym stanowisku, a w przyszłości zostać prezydent, bo sam Biden zadeklarował, że na ewentualną drugą kadencję, to się nie wybiera. A jaka tam z tej Harris Afoamerykanka. A może Azjatoamerykanka, skoro mama jest Hinduską. Albo Amerykoamerykanka, skoro tata z Jamajki. Te absurdalne pułapki zastawia poprawność polityczna, która także językowi nakazuje szeregowanie ludzi, kwalifikowanie ich według kryteriów płciowych, rasowych, etnicznych, pochodzenia etc.

Już samo deklarowanie, że przy wyborze wiceprezydenta rolę odgrywają kryteria rasowe, jest rasizmem w czystej postaci. To tak durne, jak owa pozytywna dyskryminacja wymyślona na potrzeby feminizmu i nakazująca faworyzowanie jednej płci kosztem drugiej. Piszą więc, że Harris jest czarnoskóra, kolorowa, a właściwie to niebiała, sami nie wiedząc jak z tego wybrnąć. Tak, jak by nie mogła być zwyczajnie senator z Kalifornii Kamalą Harris, byłą prokurator generalną tego stanu.

„Afroamerykanin” miał zastąpić inne, źle kojarzące się określenia murzynów, aż w końcu został przyjęty jako określenie czarnego koloru skóry, ale w swej groteskowej absurdalności brakuje teraz określeń na choćby imigrantów Aborygenów, Bengalów, czy Tamilów, którzy są tak czarni jak sam zakazany i ocenzurowany murzynek Bambo. Skoro Afroamerykanin nie do końca jest opisem koloru skóry, to w takim razie pewnie nawiązuje do pochodzenia – z Afryki. Ciekawe do ilu pokoleń wstecz. Białej jak śniegi Kilimandżaro, urodzonej w Południowej Afryce aktorki Charlize Theron nikt Afroamerykanką nie nazwie. Ani imigrantki z Tunezji. Jeśli uznać to pokrętne myślenie piewców rasowej politpoprawności, to być może tylko Obama jest jednym z nielicznych prawdziwych Afroamerykanów, bo jak twierdzi jego brat, urodził się w Kenii. Ale te teorie to już na zupełnie inna bajkę.

Jakby tam w końcu nie określali Kamali Harris, to jest jakąś tam przedstawicielką kolorowej, a więc z założenia dyskryminowanej mniejszości etnicznej. Ale i tu pojawia się problem. Harris pochodzi z bardzo zamożnej rodziny. Jej mama Hinduska była świetnym fizykiem prowadzącym badania nad leczeniem nowotworów, a tata, który przybył z Jamajki, wykładowcą uniwersyteckim, profesorem ekonomii. A na dodatek uwaga, uwaga potomkiem bardzo bogatych plantatorów na Jamajce, którzy mieli nawet swoje własne miasto i jak wskazuje wiele źródeł, także niewolników. Ciężko sprzedawać historie o biednej niebiałej Harris, która mimo dyskryminacji, systemowego rasizmu i takich tam podobnych, a dzięki swej pracowitości, ambicji, uporowi zrobiła wielką karierę. Według logiki postępowców, to ona tak naprawdę korzystała z „przywilejów białych” (white privilige). Urodziła się i wzrastała w zamożnej rodzinie ze świata akademickiego i już to stawia ją w nadzwyczajnej, korzystnej pozycji. A do tego dochodzi jeszcze cała historia z plantacjami. I tu dotykamy kolejnego obłędu – tzw. cancel culture, która toczy Amerykę i jest częścią czegoś szerokiego – co można określić jako wymierzanie „sprawiedliwości” za błędy, czy niegodziwości dawno minione.

W całej kulturze unieważniania, czy wymazywanie nie chodzi tylko o to, że ktoś coś przed laty „nieprawidłowego” zrobił, napisał, więc teraz zniszczymy mu karierę, odbierzemy nagrody etc. To sięga daleko głębiej – do zamierzchłej przeszłości, do tego co robili przodkowie, a teraz my jesteśmy tego spadkobiercami i albo mamy przywileje białych, albo jesteśmy ofiarami systemowego rasizmu. Owo wymazywanie dotyczy całej kultury – „złych” filmów i dzieł literackich sprzed 2 tysięcy lat, podręczników historii, architektury, pomników jak choćby królowej Wiktorii, która panowała nad kolonialnym imperium. Dotyczy też ludzi i tego jak mają być oceniani i co im w życiu wolno, a co nie. Jeśli twoi przodkowie, tak jak aktora Bena Afflecka byli właścicielami plantacji i niewolników, to teraz musisz publicznie się kajać, przepraszać, ustąpić miejsca, a może nawet zniknąć, bo na dawnych krzywdach wyrósł twój sukces. Nigdy ci nie zostanie wybaczone. To dotyczy pojedynczych osób, ale też całych grup społecznych. Kiedy Michelle Obama mówiła, że zamieszkała w Białym Domu zbudowanym przez czarnych niewolników (co jest nieprawdą) to chodziło także o to by poczucie winy towarzyszyło wszystkim białym Amerykanom. Gdy bandy plądrują sklepy w Chicago, Lori Lightfoot burmistrz miasta powstrzymuje interwencje policji, bo to nie napad i rabunek, tylko czarnoskórzy odbierają rekompensatę za lata niewolnictwa i dyskryminacji.

Wyobraźmy sobie życie w Polsce urządzonej według tego lewicowego obłędu. Każdej sprawie dotyczącej sztuki, szkoły, architektury, kulinariów, fryzur – wszystkiego, towarzyszy nieustanna dyskusja na temat tego, kto jest potomkiem chłopów pańszczyźnianych, a kto dziedziców. Każdy wybór jakiego dokonujemy ma uwzględniać kryterium pochodzenia. W filmie, programie telewizji, sztuce na deskach teatru, orkiestrze musi być tylu a tylu potomków chłopstwa. Jak dajemy nagrodę za książkę, to lustrujemy pokolenia wstecz i sprawdzamy czy się aby należy, bo może przodek był dziedzicem. Albo czy ktoś może dostać awans na kierownika w spółce „Zieleń Miejska”, czy w spółdzielni mieszkaniowej w Radomiu. Na naszych oczach już powstaje kategoria „słusznych napadów”, wywołanych słusznym gniewem, i które powinny pozostać bezkarne.

Tak jest teraz rzeczywistość Ameryki i Kamala Harris nie pasując do niej, bardzo do niej pasuje. Jest jedną z najgłośniejszych wyznawczyń tej obłędnej ideologii nieustannego dzielenia ludzi ze względu na kolor skóry, płeć, pochodzenie, stan portfela, przeszłość przodków etc. Powinna więc teraz przepraszać, wycofać się i stać z tyłu, a może oddać część swego majątku jako dziedziczka fortuny plantatorów z Jamajki. Oczywiście ona tego nie zrobi, bo zakłamana jest do szpiku kości, a to wszystko jest tylko gra o władzę i jeśli ta kultura wymazywania i politpoprawność dobrze się sprzedają, to trzeba tylko zwiększać ich produkcję.

Harris zaznaje własnego lekarstwa. Lustrowana jest jej przeszłość potomkini właścicieli plantacji i niewolników. Jej zwolennicy również teraz grzebią w archiwach i starają się historie podważać. Nie będę sprawdzał jak to się stało, że czarnoskórzy plantatorzy Harrisowie być może mieli niewolników, w tym także irlandzkich skazańców. Akurat na Karaibach nie było w tym nic niezwykłego. Nawet w USA byli czarni panowie i ich czarni niewolnicy. Nie o to chodzi, kto akurat ma rację w tej sprawie. Ona w ogóle nie powinna być brana pod uwagę przy ocenianiu tego, czy Harris może zostać wiceprezydent, czy nie. Ale wedle tamtejszej lewicowej logiki to, z jakiej rodziny Harris pochodzi, jakich miała przodków stanowi okoliczność niemal dyskwalifikującą. Harris jest dziedzicznie obciążona. Wyobraźmy sobie kampanię przed wyborami 2010 wymierzoną w Bronisława Komorowskiego, który pochodzi z hrabiowskiej rodziny, więc wypomina mu się protoplastę, który poddanych batożył i dziewki po folwarku ganiał. To wszystko jest tylko jednak cyrkiem, farsą, która lewica uprawia, by dzielić ludzi i rządzić. Do postępowej lewicy jej własne kryteria zupełnie się nie stosują, więc Harris absolutnie będzie dąć w trąbę, z całą bezczelnością zawodowej karierowiczki.

O ile w normalnym świecie zamierzchła przeszłość przodków Harris w ogóle nie powinna być brana pod uwagę, o tyle ta współczesna i to jej własna jak najbardziej. Kandydatka zapowiada wielkie reformy prawa tak, by ostatecznie skończyć z systemowym rasizmem panującym jakoby w Ameryce, i z którym jak twierdzi całe swe życie walczy. Na czym ów systemowy rasizm polega? Pominę tu brednie Sierakowskiego, który twierdzi, że policja amerykańska przyuczana jest, by bić murzynów. Chodzi m.in. o prawo w poszczególnych stanach, które ma sprawiać, że to właśnie czarnoskórzy zapełniają amerykańskie więzienia. Jeden drobny występek – np. palenie trawki ukarane, potem kolejne, następuje eskalacja kar i młody człowiek w wieku 23 lat staje się wielokrotnym recydywistą z marnymi szansami na normalne życie. To oczywiście dotyczy wszystkich, także białych, ale dzieciaki z gett szczególnie łatwo wpadają w te pułapkę. Bieda, złe towarzystwo, złe wzorce – ojciec w więzieniu, rozbite rodziny – to otwarta prosta droga do wyroków. Mówi się o taśmociągu: szkoła – więzienie (pipeline school – prison). Demokraci zawsze mówią o opresyjnym systemie, ale oczywiście nigdy nic nie zrobili, by w najbogatszym państwie świata nie było całych dzielnic, czy wręcz miast takich gett, które są wylęgarnią przestępczości. I nigdy tego nie zrobią, bo tam hodowany jest uzależniony od nich elektorat, który dostaje tyle pomocy społecznej by przetrwać i głosować na kolejne zasiłki.

Harris jako prokurator okręgowa San Francisco, a potem generalna Kalifornii miała świetną okazję, by z owym opresyjnym prawem walczyć. Tymczasem okazała się absolutną czempionką w egzekwowaniu prawa, które słało do więzień czarnoskórych. Statystyki zwalczania przestępczości rosły jak pieczarki na końskich odchodach, a z nimi ambicje pani prokurator. Za kraty wsadziła ponad 1500 palaczy marihuany, w większości czarnoskóre dzieciaki. Brawo, brawo Kalifornia nie miała jeszcze prokuratora, który by tak stanowczo z przestępczością walczył. Więzienia puchły, a ona wspinała się po szczeblach, aż została senator, a potem nawet ubiegała się o nominację na kandydatkę Demokratów w wyborach prezydenckich.

Tak oto stanęła na scenie w czasie debaty prawyborczej oko w oko z Bidenem i jak żaden z rywali zaatakowała go zarzucając niemal rasizm i przestępstwa seksualne. Znana już była z oskarżania wówczas jeszcze kandydata do Sądu Najwyższego Bretta Kavanougha o jakieś gwałty i obrzydliwe ekscesy seksualne sprzed niemal 40 lat. I to się sprzedawało, Harris stawała się czempionką praw kobiet i ruchu MeToo, który pojawił się po tym jak wyszło na jaw, że wielki producent filmowy Weinstein przez dziesięciolecia molestował kobiety, zmuszał do wstrętnych praktyk w zamian za obietnice kariery. Harris więc popłynęła na kolejnej fali, ale teraz znów może dosięgnąć ja przeszłość. Oto na jaw wychodzi, że Departament Sprawiedliwości Kalifornii, w czasach kiedy nim kierowała, na masowa skalę zawierał ugody z kobietami, które były molestowane, atakowane seksualnie przez podległych Harris pracowników. Odszkodowania szły w miliony. Taka była cena zamiatania spraw pod dywan. Zapłacili kalifornijscy podatnicy. Teraz oczywiście Demokraci i usłużne im media będą to ukrywać, choć sprawy znane są od lat. Harris szybciutko zapomniała o oskarżeniach wobec Bidena, a ten szybciutko jej wybaczył, bo tak nakazuje mądrość etapu. Teraz walczymy o wyższe sprawy – obalenie pomarańczowego dyktatora, a nie o jakieś tam prawa kobiet, czy kolorowych mniejszości

Z punktu widzenia tej patologicznej już teraz politpoprawności i cancel culture Harris jest kandydatką idealną. Walczmy z dyskryminacją – ona na czele, domagamy się wyrównania krzywd – ona pierwsza na barykadach, walczymy o prawa kobiet – ona do boju je poprowadzi. To się naprawdę da ładnie propagandowo pokazać – jej groźne miny, zdecydowane wystąpienia, stanowczość i nieustępliwość w walce z przestępczością, czy rasizmem. Na plakatach, spotach reklamowych, w wywiadach to naprawdę będzie świetnie wyglądać. To się sprzedaje od lat, więc i teraz, jak mawiał klasyk „głupi lud wszystko kupi”.

Z drugiej zaś strony nikt też jak ona tak dobrze nie ucieleśnia obłudy jaka stoi za całą politpoprawnością i wszystkimi wielkimi hasłami rożnej sprawiedliwości – płciowej, rasowej, seksualnej, ekonomicznej, kulturowej etc., które Demokraci, tak jak lewica na całym świecie, na sztandarach niosą. Ameryka jest wielka, i wszystko w niej wielkie, więc i te sztandary wielkie są.