Karpizm polityczny
Jerzy Marek Nowakowski 27.06.2020

O idiotyzmie instytucji ciszy wyborczej pisał na stronach WEI kilka dni temu Łukasz Warzecha. No ale stultus lex sed lex (głupie prawo to też prawo) więc o naszych wyborach pisać nie będę. Ale uświadomiłem sobie, że w XXI wieku prezydentura czy też każdy inny wysoki urząd polityczny jest – delikatnie mówiąc – mało atrakcyjny. Najkrótsza droga prowadzi bowiem z wnętrz pałacowych do celi więziennej. No dobrze, raczej symbolicznie, ale jednak. Sam się zdziwiłem jak wielu przywódców politycznych świata demokratycznego lądowało w trakcie, albo po zakończeniu urzędu na ławie oskarżonych.

 

Na dwa dni przed nowym rokiem 2000 symbolicznie (bo nie kalendarzowo – wiem) rozpoczynającym XXI wiek do sądu został skierowany akt oskarżenia wobec Helmuta Kohla. Kanclerza Zjednoczenia i jednego z najwybitniejszych polityków II połowy XX wieku oskarżono o łapówkarstwo i malwersacje finansowe. Oskarżenia głównie dotyczyły lewej kasy CDU, ale były na tyle poważne, że poproszono (dokładniej zrobiła to Angela Merkel) Kohla o rezygnację z honorowego przewodniczenia partii, a kolejne lata były kanclerz był ciągany po sądach. I tak miał więcej szczęścia od swojego francuskiego kolegi, bo zaprzyjaźniony z Kohlem prezydent Francji Jacques Chirac w 2011 roku – także po latach sądowych batalii dostał wyrok 2 lata więzienia. Ze względu na wiek „w zawiasach”. Następca Chiraca, Nicolas Sarkozy w 2018 r. został zatrzymany ze względu na oskarżenia o korupcję i przyjmowanie pieniędzy od dyktatora Libii Muammara Kaddafiego. Podobno na kampanię wyborczą. Ale jeszcze w czasach prezydentury ekscytowano się zdjęciami francuskiego prezydenta na luksusowym jachcie dyktatora.

W atmosferze skandalu odchodzili ze stanowisk dwaj kolejni prezydenci Niemiec. W 2010 Horst Kohler oskarżony o nadużycie władzy a dwa lata później jego następca Christian Wulff za przyjmowanie sutych prezentów od różnych biznesmenów. Po dwuletniej peregrynacji po sądach koniec końców został uniewinniony.

Skoro tak wygląda sukcesja władzy w krajach stanowiących kręgosłup Europy to co mówić o innych. We Włoszech dwaj najpotężniejsi politycy początków XXI wieku: Romano Prodi i Silvio Berlusconi także nie mogą opędzić się od prokuratorów. Jak obliczono, Berlusconi w 2011 roku miał jednocześnie prowadzonych przeciwko sobie ponad 20 postępowań prokuratorskich. A Prodiego prasa z lubością przezywała „Pan Mortadela” bo miał jako szef IRI – największego włoskiego holdingu państwowego sprzedać wielkie zakłady mięsne za łapówkę.

W Hiszpanii, poza rozliczeniami historycznymi z truchłem generała Franco, bliskie spotkania z prokuratorem odbywał premier Mariano Rajoy. Oskarżany o tolerowanie nielegalnych kont partyjnych w 2011, a później odwołany po skandalu korupcyjnym w Partii Ludowej w 2018 roku. No i oczywiście cała Hiszpania i pół Europy żyje skandalem korupcyjnym byłego króla Juana Carlosa, który musiał ustąpić, gdy afera z jego nielegalnymi pieniędzmi się dopiero rozkręcała, ale wygląda ona coraz gorzej.

Nie mówię nawet o Bałkanach, bo tam nieustannie krążą oskarżenia o korupcję czy związki z mafią, a co trzeci polityk jest dodatkowo oskarżany o ludobójstwo. Tutaj nikt nie czeka na ustąpienie z urzędu. Rumuńskiego premiera Pontę aresztowano w 2015 r. jako premiera. A dosłownie kilka tygodni temu boss bułgarskiej branży hazardowej Wasyl Bożkow pozwał mocnego człowieka bułgarskiej polityki, premiera Bojko Borysowa, za korupcję. „W zainteresowaniu” – jak to się ładnie mówi – prokuratury pozostaje obecny premier Czech, i najbogatszy obywatel kraju Andrej Babis. Niekwestionowany lider – do niedawna – Słowacji, Robert Fico, jest oskarżany o związki z mafią.

Listę można ciągnąc w nieskończoność. Do liderów, bo sięgnąłem tylko po nazwiska powszechnie rozpoznawalne, trzeba dopisać dziesiątki ministrów i partyjnych bossów. Właściwie wolna od tej choroby pozostaje Wielka Brytania, gdzie prasa poluje przede wszystkim na skandale w rodzinie królewskiej oraz Skandynawia i państwa Bałtyckie – z wyjątkiem Litwy, która przeżywała co najmniej dwie wielkie afery, w tym impeachment prezydenta Paksasa.

W państwach postsowieckich sprawy rozliczeń z „byłymi” załatwiano często za pomocą likwidacji fizycznej, jak w wypadku Zwiada Gamsachurdii w Gruzji czy liderów politycznych rozstrzelanych podczas ataku na parlament w Erywaniu. Ostatnie przykłady to aresztowanie byłego prezydenta Armenii Roberta Koczariana i córki zmarłego dyktatora Uzbekistanu Gulnary Karimowej.

No dobrze, ale dlaczego zaraza korupcji rozpleniła się w Europie dopiero w XXI wieku. Wcześniej bywały skandale, takie jak ze sławnymi diamentami Bokassy we Francji czy łapówkami od koncernu Flicka, które mieli podobno przyjmować niemieccy chadecy, ale sprawom – niczym historii o nieślubnym dziecku prezydenta Mitteranda – natychmiast ukręcano łeb.

Wydaje się, że metoda załatwiania sporów politycznych rękami prokuratorów ma dwojakie źródło. Pierwszym jest względne zbiednienie klasy politycznej. W porównaniu z wielkim biznesem a nawet czołówką kadry menadżerskiej, politycy – nawet ci z pierwszych stron światowych gazet – są biedakami. I w naturalny sposób pojawia się chęć dorównania ludziom, wśród których się obracają. Jak powiedział mi kiedyś (jeszcze przed epoką polowania z nagonką) pewien przemysłowiec z Zachodu, każdy minister bierze łapówki, ale raz w życiu milion dolarów, a nie od każdego po stówie w kopercie. (Ta ostatnia uwaga była komentarzem do zachowań niektórych naszych urzędników).

Drugim powodem jest gwałtowny wzrost kosztów uprawiania polityki. O kampaniach wyborczych i sukcesie polityka coraz częściej decydują pieniądze wydatkowane na kampanię wyborczą. Przy dość twardych ograniczeniach, jakie w cywilizowanych państwach są nałożone na finansowanie partii, istnieje nieprzezwyciężalna pokusa, by finansować wybory pod stołem, z lewej kasy pozyskiwanej od biznesu albo od różnych przyjaciół w rodzaju Kaddafiego. W końcu upadek Helmuta Kohla wiązał się nie z osobistą chciwością, tylko z tolerowaniem lewej kasy partyjnej.

Na to wszystko nałożyły się kolejne dwa zjawiska. Pierwsze, obserwowane także u nas, to dominacja tabloidów, a właściwie to już nie tabloidów, a tabloidowego myślenia we wszystkich mediach. Polityków nie pyta się o programy i pomysły, tylko ściga niczym zające za przejęzyczenia, niewłaściwy strój czy fotografię, nie z tą osobą co trzeba. Znalezienie dowodów na lewą kasę jest szczególnie cenione.

Ostatnia kwestia, będąca w istocie źródłem wszystkich pozostałych zjawisk, to upadek autorytetu elit. A dokładniej można powiedzieć, używając modnego dziś języka, ich „samozaoranie”. Można dyskutować, czy to dobrze czy źle, ale do końca ubiegłego wieku istniało coś takiego, jak niepisany immunitet politycznych przywódców. O ile nie dokonywali zamachu na demokrację (exemplum Nixon) to byli chronieni murem solidarnego milczenia kolegów, opozycji i dziennikarzy. Mieli być wzorcami i autorytetami. O ile ich przywództwo było akceptowane i legitymizowane należało przymykać oczy na grzechy. W końcu uderzenie w autorytet premiera czy prezydenta zawsze osłabia autorytet władzy jako takiej. Gdy w początku XX wieku jeden z francuskich prezydentów zmarł nagle podczas wizyty w przybytku pod czerwoną latarnią najostrzejszy opozycjonista w mediach pozwolił sobie na komentarz, że „Prezydent był do ostatniej chwili szczęśliwy”. I tyle.

Sprawowanie władzy nawet gdy nie było zajęciem przesadnie dochodowym dawało ogromny prestiż i kapitał na całe życie. Prócz tego najwyższe stanowiska były zarezerwowane dla osób, elegancko mówiąc, dojrzałych. Kiedy premierowi Blairowi urodziło się dziecko w roku 2000 podczas sprawowania urzędu to odnotowano, że jest to pierwszy taki przypadek od 150 lat. Obecnie najwyższe stanowiska obejmują ludzie, którzy muszą się dopiero w życiu „ustawić”. I taktują urzędy jako wygodną platformę startową na przyszłość a nie zamknięcie wieloletniej ścieżki kariery.

I wreszcie styl życia, i styl uprawiania polityki upodobnił się do modelu życia celebrytów. Fotki na Instagramie, polityka prowadzona via Twitter sprawiły, że przyjmowane przez cale stulecia przekonanie, iż niektórym „wolno więcej” całkowicie się zdewaluowało. Skoro modelkę rozlicza się z wypożyczonej sukienki, to tak samo traktujemy premiera czy prezydenta. W XXI wieku władza została odarta z nimbu tajemniczości i potęgi. Można dyskutować, czy to dobrze czy źle. Na pewno nie wpływa to pozytywnie na autorytet instytucji życia publicznego. W każdym razie obawiam się, iż politycy na całym świecie coraz częściej będą witani okrzykami: „będziesz siedział”. Co może z kolei skłaniać ich do kurczowego trzymania się władzy.

Generalnie, na Zachodzie nie mamy wcale do czynienia z jakimś gigantycznym poruszeniem ludowym. Podobnie jak przed wszystkimi wielkimi rewolucjami obserwujemy natomiast głęboki kryzys elit. I kiedy słyszę od Sao Paulo po Moskwę gromkie pokrzykiwania skierowane przeciwko elitom, to przypomina mi się Leszek Miller ze swoim powiedzonkiem, o „karpiach które tęsknią za Bożym Narodzeniem”.