Kaukaski eksperyment
Jerzy Marek Nowakowski 01.06.2020

Miałem szczery zamiar nic nie pisać o wyborach i wirusach, bo wszyscy mają tych kwestii serdecznie dosyć. No ale jednak się nie da. Obserwuję mój ulubiony Kaukaz i zastanawiam się, czy przypadkiem nie mamy tam wdzięcznego obszaru wielkiego społecznego eksperymentu.

 

Premier Armenii, 1 czerwca, z okazji swoich 45 urodzin zrobił sobie prezent. Poinformował naród, ze jest chory na koronawirusa. Oraz, że choruje cała jego rodzina. Armenia jest w ogóle przykładem generalnej wtopy epidemicznej. Ilość dziennych zachorowań na światowego wirusa jest tam sporo większa niż w Polsce. Przy szesnastokrotnej różnicy w liczbie mieszkańców. Na dodatek lekarze alarmują, że nie ma miejsc w szpitalach i że muszą stosować coraz okrutniejszą selekcję chorych.

Władze do niedawna spokojne nagle wpadły w lekką panikę. W ostatni weekend wysłały kontrole sanitarne do firm. Z powodu nieprzestrzegania zasad dystansu społecznego zamknięto ponad 1000 instytucji w tym kilkadziesiąt restauracji w centrum Erywania. Jak się wydaje pomysł na dość luźny stosunek do epidemii w Armenii się nie sprawdził.

Jedną z największych zagadek całego koronawirusowego szaleństwa pozostaje wciąż pytanie o skuteczność niemającego precedensu w historii modelu lockdownu. Czy zamknięcie obywateli w domach daje realne skutki? Czy też jest po prostu objawem tchórzostwa polityków, którzy obawiają się, że wyjdzie na jaw kompletne nieprzygotowanie instytucji państwowych do radzenia sobie z epidemiami o wielkiej skali?

Dobrym obszarem do studiowania różnych sposobów walki z koronawirusem jest cały Kaukaz Południowy. Przeglądając dane statystyczne ze zdziwieniem widzimy ogromne różnice w rozprzestrzenianiu się epidemii. Na obszarze o dość podobnej mentalności obywateli i o podobnym poziomie rozwoju gospodarki.

Z jednej strony mamy Gruzję, gdzie zachorowało ledwie ok. 700 osób a dzienny przyrost chorych od pewnego czasu nie przekracza 10, a z drugiej Armenię gdzie liczba chorych zbliża się do 10 tysięcy. Z pozoru te dane wskazywać powinny na skuteczność modelu powszechnego zamknięcia. W Gruzji do początku maja obowiązywał bezwzględny zakaz poruszania się obywateli a największe miasta były strefami zamkniętymi. Dopiero 4 maja zniesiono najostrzejsze restrykcje. W tym zakaz poruszania się samochodów prywatnych, który zamknął Gruzinów w domach, no bo przemieszczanie się piechotą jest tam wręcz obraźliwe dla poważnego człowieka. Dopiero 9 maja otwarto stolicę Gruzji. Nadal obowiązuje tam godzina policyjna i liczne ograniczenia. Z kolei w Armenii, mimo krótkiego okresu zamknięcia gospodarki obywatele funkcjonują już w mniej więcej normalnym rytmie. Na ulicach nie uświadczy się osób w maseczkach, czy też utrzymujących zalecany dystans społeczny. A nawet w czasie trzech tygodni najostrzejszych restrykcji Ormianie nie zrezygnowali z biesiadowania w prywatnych domach i ogrodach. No i oczywiście powszechnej wymiany uścisków i pocałunków na powitanie. Jak mi opowiadają przyjaciele z Erywania, życie w pełni wróciło do przedepidemicznej normy a jedynym znakiem tego, że coś się dzieje są kelnerzy przecierający stoliki w restauracjach po poprzednich gościach.

Ponad dziesięciokrotna różnica w ilości chorych (w proporcji do liczny ludności) jest jednak dziwna. Armenia jest w końcu jednym z najbardziej zamkniętych krajów świata. Jedno przejście graniczne z Iranem, dwa z Gruzją i lotnisko w Erywaniu. Koniec. Możliwość kontrolowania przepływu osób i kontaktu z zagranicą jest właściwie pełna. Co więcej, niemal natychmiast po gwałtownym wzroście zachorowań w Iranie Armenia zamknęła przejście graniczne z Republiką Islamską.

Ormianie tłumaczą, że w ich kraju przeprowadza się bardzo dużo testów na obecność wirusa. Znacznie więcej niż w Gruzji i Azerbejdżanie. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę, że Gruzja utrzymuje dość intensywne kontakty z Turcją i Rosją czyli krajami, które już wyprzedziły Iran w ilości zachorowań to różnica pomiędzy tymi krajami pozostaje wciąż zagadką. Szczególnie, że mentalność obywateli mających dość luźny stosunek do zakazów i ograniczeń w oby państwach jest podobne.

Muzułmański Azerbejdżan plasuje się mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Gruzją a Armenią. Ilość zachorowań dość dynamicznie rośnie (około 200 przypadków dziennie w kraju wielkości Czech) a ograniczenia przemieszczania się dotyczą w zasadzie wyłącznie stolicy, reszta kraju funkcjonuje normalnie.

Kolejny paradoks regionu, to stosunkowo niewielka śmiertelność nieznacznie przekraczająca 1% odnotowanych przypadków zakażenia. W porównaniu z Państwami Bałtyckimi, które przeszły już najwyższą falę epidemii i odnotowały śmiertelność na poziomie ok. 3% wykrytych przypadków to bardzo niewiele.

A przecież poziom służby zdrowia, dostępność respiratorów itd. na Kaukazie Południowym są nieporównywalnie niższe niż w państwach Unii Europejskiej. Trudno też oskarżać tamtejsze władze o fałszowanie statystyk. W odróżnieniu od Dagestanu czy Czeczenii nie wprowadza się rozróżnienia pomiędzy wirusem a „ciężkim zapaleniem płuc”.

Wygląda na to, że Kaukaz Południowy może być wdzięcznym obiektem badań epidemiologów pozwalającym określić jak ograniczenia i czynniki klimatyczne wpływają na rozprzestrzenianie się choroby. W końcu o koronawirusie wciąż wiemy bardzo mało.

Jeśli idzie o restrykcje, to zdecydowanie najbardziej konsekwentne wprowadzili właśnie Gruzini. Azerbejdżan, pomimo tego, że system władzy jest tam najbardziej opresyjny, skupił się właściwie na ograniczeniu ruchu mieszkańców Baku. A w Armenii formalne ograniczenia zostały wprowadzone, ale nie były realnie egzekwowane.

Oczywiście dane o chorobach można utajnić, ale statystyk śmiertelności już nie bardzo. Mamy więc kolejny eksperyment społeczny, który może zapewnić materiał badawczy epidemiologom próbującym opisać wirusa, który sparaliżował świat.