Kiedy niemożliwe jest możliwe, wszystko jest możliwe
Tomasz Wróblewski 18.05.2015

Politycy nie są od rozwiązywania naszych problemów. Ktoś, kto tego nie rozumie, nie zrozumie cyrku politycznego ostatnich dni. Politycy mają tylko dwa problemy: pierwszy to zostać wybranym w najbliższych wyborach. Drugi: zostać wybranym w kolejnych wyborach. To, co umieszczą na trzecim i czwartym miejscu, zależy od rozwiązania pierwszego i drugiego problemu. Skoro te same się dotychczas rozwiązywały, to kolejnych numerów i całej długiej listy problemów podsuwanych przez wyborców nie było.

Przed tygodniem rzecz się skomplikowała i stąd ten cały cyrk z numerami trzy i cztery. To, co nie było problemem, stało się nagle problemem, a to oznacza, że to, co było niemożliwe przez pięć lat prezydentury i osiem lat rządów PO, stało się możliwe.

Referendum w kwestiach ideowo obrzydliwych dla rządzących może wydać się dziwne i ośmieszać prezydenta, ale to nie jest problem polityka. Podobnie zresztą jak żenująca wolta ministra Szczurka. Człowiek, który całym swoim autorytetem walczył o ustawowy zakaz korzystania z błędów i dziur w prawie, teraz stanął na czele ruchu in dubio pro tributario. Czyli czegoś, co z tych dziur czyni święte prawo każdego Polaka.

Gdyby przerwa między jedną a drugą turą potrwała jeszcze dwa tygodnie, wzrosłaby pewnie kwota wolna od podatku i VAT spadłby do 22 proc. Dwa tygodnie, nie więcej. Na tyle oceniam króliczą koncentrację polityków. Pamiętacie państwo helikoptery bojowe? Miesiąc temu prezydent ogłosił wyniki przetargu. Osobiście oznajmił 5 tys. pracowników w Mielcu i Świdniku, że ich miejsca pracy pojadą do Francji. Razem z kooperantami i rodzinami stracił jakieś 10 tys. głosów. Nie starczyło mu wyobraźni.

Nie wszyscy politycy mają tak słabą wyobraźnię, ale doświadczył tego Holland, lekceważąc obawy francuskiej prawicy i Marie Le Pen. Poprzedni rząd Grecji nie doceniał Syrizy. Trzeba wyjątkowych zdolności, żeby tak jak premier Cameron rozumieć mechanizmy historii i na czas uwzględnić roszczenia rozżalonych.

Przelewająca się przez Europę, a wcześniej Amerykę, fala oburzonych nie jest fenomenem w historii ludzkości. Od początku XIX w. zachodnia cywilizacja nieustannie balansuje na równoważni dwóch współrzędnych – dobro bytu i stabilności politycznej. Rozwój gospodarczy i dobrobyt oznaczają wzrost zaufania i lojalność dla układu rządzącego. Im większy kryzys, tym większa niestabilność.

Kapitalny rozwój Polski od 2004 r. – lepsze życie, lepsze mieszkania, dały klasie politycznej spory kredyt zaufania. Dziesięć lat trwałego układu PO–PiS. W Europie ta stabilizacja trwała praktycznie od traktatu paryskiego w 1951 r. do 1973 r. i od 1980 do 2008 r. Potem cztery lata zmagań z żywiołem wielkiego kryzysu i czas destabilizacji politycznej. To ta sama piosenka od stuleci.

Po wielkim kryzysie 1837-1845 mieliśmy rok 1848, Wiosnę Ludów i ruchy narodowowyzwoleńcze. Krach 1873-1896 dał nam zarazę anarcho-komunistyczną. Kryzys finansowy 1907-1910 płynnie doprowadził nas do przetasowań I wojny światowej. I wreszcie depresja lat 30. ze swoim koszmarnym finałem.

Kryzys nie zawsze kończy się wojną, ale zawsze destabilizacją polityczną. Nowe siły społeczne dochodzą do głosu. Wybitne jednostki obdarzone wyobraźnią potrafią skanalizować i przejąć często szalone roszczenia. Do nich z pewnością należał prezydent Franklin Delano Roosevelt. W 1932 r. komunistyczna partia Ameryki szła do wyborów z hasłem sowietyzacji Stanów Zjednoczonych. I pomyśleć, że Komorowski uważa Kukiza za nieobliczalnego w skutkach wywrotowca. Gdyby Roosevelt powtarzał w kółko, że Amerykanie muszą się nauczyć cieszyć z tego, co mają, a anarcho-komuniści są tylko ruchem jednego sezonu, to ładnie wyglądałaby dziś nasza cywilizacja.

Dobrobyt to ulotna wartość. Nie ma swojego punktu nasycenia. Nie da się go oszukać makroekonomicznymi wskaźnikami. Wmówić ludziom, że mają dość. Raz rozbudzone potrzeby muszą być nieustannie zaspakajane i rosnąć, rosnąć bez końca. Ta sama klasa społeczna, która legitymizowała rządy PO i tolerowała PiS, teraz jest wielkim gniewnym. Może i mają nowe domy, ale nie mogą otrząsnąć się z kredytów. Ich dzieci mają wykształcenie, ale pracy muszą szukać w Londynie. Jak dziesiątki postkryzysowych generacji przed nimi czują, że czas na stworzenie nowego, własnego porządku politycznego. Politycy – cały ten PO–PiS-owy układ – nie rozumieją fenomenu jednomandatowych okręgów. … że to głupie i niepotrzebne. Rooseveltów z nich już nie będzie. Ale chyba zrozumieli, że problem jeden i dwa sam się już nie rozwiąże

—-

Tekst ukazał się we WPROST