Kiedy strajk jest jak terroryzm
Łukasz Warzecha 16.04.2019

Mają zapewne rację ci, którzy twierdzą, że gdyby nauczyciele rozpoczęli radykalny protest za rządów PO, znaczna część z tych, którzy ich dzisiaj potępiają, chwaliłaby ich determinację – i odwrotnie: znaczna część z tych, którzy ich dziś wspierają, wieszałaby na nich psy. Tak to już jest, że od dawna poglądy na wszelkie niemal wydarzenia (także takie jak pożar katedry Notre Dame) są sprzedawane w pakietach.

 

Ja pakietów nie kupuję. Od początku byłem przeciwny formie protestu, jaką przyjęli nauczyciele, nie dlatego jednak, że ich strajk jest wymierzony w rząd, którego działania – jak doskonale wiedzą uważni czytelnicy między innymi tego bloga – częściej zdarza mi się krytykować niż wspierać, ale dlatego, że z zasady, konsekwentnie i od lat jestem wrogiem protestów, w których zakładnikami stają się postronne osoby. Obojętnie, w jaką władzę są wymierzone.

Strajk czy masowy protest pracowników to zjawisko ery przemysłowej, bo dopiero w epoce masowej produkcji fabrycznej robotnicy mieli możliwość i cel w organizowaniu się i wywieraniu presji na pracodawców. Wcześniej, przy produkcji rzemieślniczej, indywidualnej, przerwanie pracy miałoby negatywne skutki wyłącznie dla danego rzemieślnika, byłoby to więc bez sensu. Jednak nawet gdy strajki stały się zjawiskiem częstym, wciąż ich oddziaływanie ograniczało się do firmy, której dotyczyły. W wyniku przestojów w pracy pieniądze tracił jej właściciel. Jeżeli poszkodowane bywały postronne osoby, to najwyżej pośrednicy, którzy być może za zamówiony towar już zapłacili albo klienci, którzy na niego czekali. Jeśli jednak nie regulowali należności z góry, sięgali po prostu po innego dostawcę lub usługodawcę i tyle. Strajki pracowników administracji w ogóle nie były znane.

Taka forma protestu jest w dużej mierze etycznie neutralna: kwestia wynagrodzeń to sprawa między pracownikiem a pracodawcą (pomijam tu kwestię państwowych regulacji, dotyczących stawek minimalnych, nie ma to nic do rzeczy), więc jeśli nie daje się dogadać, pracownik protestując może uderzyć w pracodawcę. Jest to wprawdzie rodzaj szantażu, ale jego skutki ograniczają się do układu pracodawca-pracobiorca. Co więcej, również ci drudzy muszą się liczyć z negatywnymi skutkami własnych działań, bo jeśli prywatna firma zbyt długo będzie ogarnięta strajkiem, może się już nie podnieść.

Jednak czymś całkiem innym są protesty, wykraczające poza ten układ. Ich forma może być różna: to może być powstrzymanie się od wykonywania powierzonych zadań przez pracowników administracji, na przykład urzędników, pracowników budżetówki – na przykład nauczycieli, pracowników prywatnych firm – na przykład pracowników obsługi lotniska czy nawet blokada drogi, w wyniku której przypadkowe osoby nie są w stanie dotrzeć na czas do celu podróży. We wszystkich tych przypadkach mamy do czynienia z mechanizmem wzięcia zakładników. We wszystkich tych przypadkach protestujący mówią swojemu pracodawcy – obojętnie, czy jest nim państwo czy prywatny właściciel – to samo: ustąp, bo w przeciwny wypadku zrobimy krzywdę przypadkowym osobom.

Co do zasady, taka forma protestu nie różni się niczym od działania terrorysty, który przystawia przypadkowemu zakładnikowi pistolet do głowy i grozi mu śmiercią, jeżeli jego żądania nie zostaną spełnione. Tu oczywiście nie mówimy o groźbie śmierci, lecz modus operandi jest ten sam: decydenta szantażuje się losem osoby postronnej, która ze sporem nie ma nic wspólnego. To jest etycznie nie do obrony.

Oczywiście różne są poziomy takiego szantażu. Czym innym będzie kilkugodzinna blokada drogi, jakkolwiek utrudniłaby życie setkom albo tysiącom ludzi. Czym innym – pośrednie formy protestu, a jeszcze czym innym – strajk, polegający na całkowitym zaprzestaniu wykonywania obowiązków. Można sobie na przykład wyobrazić, że urzędnicy przestają przyjmować od obywateli wnioski i podania. Ludziom mijają terminy, zawalają się projekty, przepadają pieniądze. Tu bez najmniejszej wątpliwości można mówić o strajkowym terroryzmie. W hierarchii strajkowych szantaży nauczyciele sięgnęli po broń niemal już ostateczną – a zarazem etycznie najbardziej naganną: próba storpedowania egzaminów własnych uczniów to zagranie moralnie obrzydliwe. Próba niedopuszczenia uczniów do matur byłaby kompletnym przekroczeniem granicy.

Nie przyjmuję argumentu, że nauczyciele (urzędnicy, rolnicy itd.) nie mają innych sposobów, żeby wymóc spełnienie swoich żądań. Jeżeli uznajemy, że fundamentem życia społecznego, w tym biznesu (kłania się Mirosław Dzielski) są zasady etyczne, to uznajemy też, że cel nie uświęca środków. Kradzież nie staje się mniej naganna etycznie tylko dlatego, że komuś brakowało pieniędzy na bułkę. Wzięcie zakładnika nie jest usprawiedliwione, bo ktoś nie miał innego pomysłu, jak zmusić kogoś innego do spełnienia swoich postulatów. Owszem, etyka wyróżnia sytuacje graniczne, gdy klasyczne reguły etyczne mogą ulegać pewnej relatywizacji, ale na pewno nie należą do nich warunki panujące w normalnym demokratycznym państwie.

Nie widzę też żadnego powodu, żeby odpowiadać na pytanie, co nauczyciele mieli w takim razie zrobić (przyjmując, że mieli w ogóle powód do protestu, ale roboczo zaakceptujmy takie założenie, bo nie jest ono przedmiotem tych rozważań). To ich problem. Ogólnie można powiedzieć, że mieli się zachować etycznie, czyli prowadzić protest w taki sposób, żeby był uciążliwy dla rządu (pracodawcy), ale nie dla uczniów (przypadkowych osób).

Gdy tłumaczyłem w paru miejscach swój sposób myślenia, z oburzeniem zarzucano mi, że jestem przeciwnikiem strajków w ogóle. Otóż, jak już pisałem – niekoniecznie, o ile uderzają w pracodawcę, a nie w kogoś innego. W bardzo wielu przypadkach zorganizowanie strajku w taki sposób jest możliwe. W przypadku niektórych profesji – nie jest. Trudno, to nie powód, żeby akceptować nieetyczne postępowanie. Zakładam, że człowiek, podejmując świadomą decyzję o wyborze drogi zawodowej, powinien i to brać pod uwagę.

W przypadku strajku nauczycieli mamy paradoks: nauczyciele próbują od początku prezentować swój protest jako powodowany czymś więcej niż tylko potrzebą finansową. Nic dziwnego – strajk wyłącznie o kasę wygląda znacznie gorzej niż strajk „o godność”. Problem w tym, że przyjęli metodę, która już na początku odebrała im jakąkolwiek legitymację moralną.