Kiedy świat tkwił wpatrzony w brytyjskiego funta
Tomasz Wróblewski 09.10.2016

Hitem weekendu był spadający funt. Jedna z tych informacji, która nie wymaga już komentarza. Wiadomo – Brexit. Charakterystyczne też, że to, co umknęło mainstreamowi, to wystąpienie premier Theresy May. Dzień wcześniej pani premier stanęła przed członkami swojej partii i w świetle kamer, tym swoim szorstkim tonem, wygłosiła jedno z najbardziej emocjonalnych przemówień XXI Europy. Coś, co do historii przejdzie jako koniec epoki globalizacji.  „To musiało nastąpić” – oświadczyła. May ogłosiła powrót państwa.

Nawet jeżeli inni mówili to przed nią – Orban, Kaczyński, a w kwestiach gospodarczych Morawiecki, to wystąpienie May, premiera  kraju, który nie raz w historii wyznaczał trendy polityczne w  świecie, zostawi swoje piętno. May mówiła o odrzuceniu „matryc” lewicowo libertyńskiego konsensusu gdzie relatywizm obyczajowy przekładał się na relatywizm narodowy i gospodarczy. „Jeżeli uważacie się za obywateli świata – mówiła – to znaczy, że nie jesteście obywatelami żadnego państwa. Nie rozumiecie nawet co obywatelstwo znaczy.” May zarzuciła lewicowym publicystom – „brzydzicie się patriotyzmem”.  Stajecie w obronie imigrantów łamiących prawa i „lekceważących nasze granice”. May powtórzyła coś, co wcześniej funkcjonowało tylko jako plotka medialna, a co w głowie nie mieści się lewicowemu establishmentowi – firmy i banki będą zobowiązane podawać ilu obcokrajowców zatrudniają ilu wśród ich klientów jest osób, które przebywają w Wielkiej Brytanii nielegalnie.

W kwestiach gospodarczych wypowiadała słowa, które równie dobrze mógł powiedzieć Mateusz Morawiecki o firmach, które nie płacą należnych podatków, oszukują swoich pracowników. O „strategicznych gałęziach przemysłu”, które zostaną wzmocnione specjalną polityka podatkową, wsparciem infrastrukturalnym, pieniędzmi na badania i szkolenia.

Na naszych oczach rodzi się nowa Europa. Ten moment, jak mówi May, musiał nadejść. Nie dlatego, że taka nastała moda, albo wykrzyczeli to populiści, jak nam wmawiają niektórzy publicyści. Nie dlatego, że straciliśmy wiarę w mechanizmy rynkowe, czy odrzuciliśmy sprawiedliwość społeczną. Nie. Tamte modele stały się karykaturą swoich własnych ideologii. Otwarte granice dla rynków kapitałowych usankcjonowały nierówną konkurencję globalnych korporacji w starciu z małymi i średnimi przedsiębiorstwami. Naiwna tolerancja lewicowych lekkoduchów skończyła się niekontrolowaną inwazją i szturmem na kraje ościenne Unii. Państwo socjalne ostatecznie pozbawiło nas  motywacji do pracy a nasz kontynent tego, co przez stulecia stanowiło o potędze Europy – innowacyjności i konkurencyjności.

To nie jest pierwszy raz kiedy elity polityczne nie nadążają za przemianami. Kiedy rządzą społeczeństwami, które istnieją tylko w ich wyobraźni. Zwykle kończyło się to fatalnie. Choćby 100 lat temu u progu wybuchu I Wojny Światowej. Tym raz może uda się inaczej.