Klęska nasza kochana
Jerzy Marek Nowakowski 19.08.2019

Zawsze mnie zastanawiała nasza miłość do klęsk połączona z narodowym lekceważeniem zwycięstw. Oto w sierpniu obchodziliśmy dwie bardzo ważne rocznice. 75 lat minęło od chwili wybuchu Powstania Warszawskiego. 1 sierpnia cała warszawa ale i cala Polska czciły tę rocznicę. 15 sierpnia minęło z kolei 99 lat od początku zwycięskiej bitwy warszawskiej 1920 r. Ponieważ równocześnie było to Święto Wojska Polskiego to w Katowicach odbyła się defilada. I tyle. Zero społecznych emocji.

 

A przecież zwycięstwo pod Warszawą było wydarzeniem, które (w odróżnieniu od Powstania) realnie wpłynęło na losy Europy i Świata. Było mitem założycielskim II Rzeczypospolitej. Ale nawet w czasach komuny nie było szczególnie mocno obecne w zbiorowej wyobraźni Polaków. Jeżeli już to jako „Cud nad Wisłą”, czyli coś co zostało osiągnięte dzięki interwencji siły wyższej a nie w wyniku zbiorowego wysiłku Polaków.

Kiedy przyglądamy się naszemu narodowemu imaginarium to w gruncie rzeczy jedynym zwycięstwem wbudowanym w wyobraźnię zbiorową jest bitwa pod Grunwaldem. Poza historykami mało kto pamięta o zwycięstwach pod Kircholmem i Kłuszynem, o serii zwycięstw podczas wojen w Inflantach, o Beresteczku czy Trzcianie.

Po wyliczeniu najsławniejszych zwycięstw uświadomiłem sobie, że łączy je jedna cecha. Nie zostały wykorzystane. Trzy lata po Kircholmie Szwedzi łatwo zajęli Rygę. Dwa lata po pogromie Kłuszyńskim Polacy zostali wygnani z Kremla, co Rosja do dziś traktuje jako narodowe święto. Trzy lata po Beresteczku Chmielnicki zawarł ugodę Perejsławską oddającą Ukrainę Rosji. Bitwa Warszawska i całkowicie zapomniana, a wojskowo ważniejsza, Bitwa nad Niemnem doprowadziły do pokoju w Rydze, który był klęską Piłsudskiego i otworzeniem bolszewikom bramy do Europy. Przy okazji zaś, czego szczególnie nie lubimy pamiętać, zdradą naszych ukraińskich sojuszników.

Może więc po prostu nie lubimy i nie potrafimy wygrywać. Timothy Garton Ash w niedawnym wykładzie w Warszawie dziwił się dlaczego narody Zachodu fetują zwycięstwa a Polacy klęski. Przypomniał, że największym zwycięstwem w całej polskiej historii była rewolucja „Solidarności”. W sposób pokojowy i – prawie bezkrwawy – Polacy obalili system komunistyczny zmieniając tym samym historię w skali globalnej. Tymczasem my podsumowujemy coraz częściej „okrągły stół”, ale i sierpień ’80 słowami prof. Zybertowicza, że „komuniści dogadali się ze swoimi agentami”.

Skądinąd dwa inne polskie zwycięstwa również opisywano jako zdradę. Mało kto pamięta kubły pomyj wylewane na Piłsudskiego w 1918 r. Ale też gigantyczne zwycięstwo jakim było odzyskanie niepodległości było okupione lawirowaniem, odwracaniem sojuszy, czyli mówiąc językiem moralnych purystów zdradami. Piłsudski kolejno zdradzał Austro-Węgry na rzecz Niemiec, Niemcy dla Aliantów. Bo liczyła się dla niego skuteczność w walce o niepodległość.

Inne wyparte zwycięstwo to bitwa pod Raszynem a właściwie to co nastąpiło po niej. Książę Józef Poniatowski, będący w naszym narodowym panteonie ze względu na tragiczną śmierć podczas bitwy pod Lipskiem, zachował się w 1809 roku jak rasowy polityk. Po nierozstrzygniętej bitwie pod Raszynem oddał Austriakom Warszawę. Stolica żegnała go powszechnym okrzykiem: „zdrajca”. Tymczasem Poniatowski z nienaruszoną armią zajął sporą część zaboru austriackiego, dwukrotnie powiększył swoje siły i po paru miesiącach triumfalnie wracał do stolicy dwukrotnie większego Księstwa Warszawskiego.

Z dawniejszej historii pamiętamy Grunwald, a nikt poza zawodowymi historykami nie pamięta wojny 13-letniej. Ta druga była mało efektowna, częściej w niej przegrywaliśmy niż wygrywaliśmy, a jeżeli już były to zwycięstwa, to nader często odniesione za pomocą worka z pieniędzmi wypłaconymi najemnikom walczącym po stronie krzyżackiej. Tyle, że po Grunwaldzie została nam piękna kolekcja zdobytych chorągwi a po kampanii Kazimierza Jagiellończyka Gdańsk i całe Pomorze.

Wielbimy nasze klęski, powstania od kościuszkowskiego po warszawskie. Konstanty Ordon, bohater „Reduty Ordona” został wyrzucony z Legionu Mickiewicza za to, że przeżył – zgodnie z wierszem powinien przecież bohatersko zginąć. Jego samobójcza śmierć we Florencji była też najprawdopodobniej wynikiem niezdolności ciągłego konfrontowania się z legendą.

Takie historie można opowiadać w nieskończoność. Pojęcie moralnego zwycięstwa zrodziło się w czasach zaborów. Ale nie ma żadnego powodu, by posługiwać się nim w wolnym, istotnym na mapie Europy państwie. Przyznam, że lekceważenie dla zwycięstw i celebracja klęsk jest dla mnie czymś irytującym. Za kilka dni znowu będziemy świętowali rocznicę wybuchu II wojny światowej, mimochodem wspominając o sierpniu 1980 r. Przy czym pierwsza z tych rocznic to początek gigantycznej narodowej tragedii a druga początek największego w dziejach narodowego zwycięstwa.

Może warto zastanowić się nad szkodami wyrządzanymi w społecznej psychologii przez kult klęski i „moralnego zwycięstwa”. Kiedy rozmawia się z Amerykanami, Francuzami czy Niemcami o sporcie to gdy ich zawodnik zajmuje w jakichś zawodach drugie miejsce mówią wprost, że przegrał. Wystarczy pobieżna lektura naszych mediów, by przeczytać, że drugie miejsce naszego sportowca to niewiarygodne zwycięstwo. Przy okazji zazwyczaj – niekoniecznie wprost – dowiadujemy się, iż przeciwnik miał dłuższe nogi, lepsze jedzenie albo cokolwiek innego. Nasz drugi to w istocie pierwszy. A ten co z nim wygrał powinien się wstydzić.

Zabawne jest, że piewcy moralnych zwycięstw zazwyczaj powołują się na Józefa Piłsudskiego. Polityka, który dbał przede wszystkim o skuteczność. I który napominał rodaków, iż „idą czasy w których wyścig krwi zastąpi wyścig pracy”. A spytany przez swoich sztabowców o plan wojny na wypadek jednoczesnego ataku Niemiec i Rosji odpowiedział, że plan jest taki, iż wówczas „generałowie będą się bronili szablami na Placu Saskim, bo krwi żołnierskiej szkoda”.

Piłsudski potrafił dokonać syntezy myśli romantycznej i pozytywistycznego etosu. Potrafił elementy doktryny socjalistycznej wmontować w państwowotwórczą narrację rodem ze szkoły krakowskiej. Kiedy mówił o Powstaniu Styczniowym, to opowiadał o autorytecie pieczęci Rządu Narodowego a nie o tym, jak to „poszli nasi w bój bez broni”. Świętował zwycięstwa (jak wielkie obchody rocznicy wiktorii wiedeńskiej) a nie klęski.

Może wreszcie czas by narodowe emocje ogniskować nie wokół „żołnierzy wyklętych” a polskich zwycięstw. Także, a może przede wszystkim, tych bezkrwawych.