Klimat to biznes
Mariusz Staniszewski 13.12.2019

Wbrew pozorom nie jest najważniejsze czy klimat się ociepla, czy ochładza. Istotne jest jak zmiany zaprząc do realizowania naszej polityki.

Najpierw brytyjski „The Times”, potem hiszpański „El Confidencial” opisały, jaki biznes i którzy miliarderzy stoją za Gretą Thunberg, nastolatką, która dla wielu staje się ikoną walki o ochronę klimatu. W zasadzie w ciemno można było powiedzieć, że popularność młodej aktywistki nie może być wynikiem jej słów czy przemyśleń, bo dziewczynka opowiada banały, które trudno brać na poważnie. Jej zmienne stany emocjonalne i groteskowy patos wywołują raczej ironiczny uśmiech niż skłaniają do głębokiej refleksji. Tygodnikowi „Time” nie przeszkodziło to jednak w przyznaniu jej tytułu człowieka roku.

Jednak w czasach gdy politykę prowadzi się za pomocą Twittera, memów i krótkich podcastów, nie tylko Greta Thunberg może odgrywać rolę, do której nie pasuje. I nawet jeśli popularny brytyjski felietonista Jeremy Clarkson we wszystkich kolejnych felietonach będzie pisał, że dziewczyna jest idiotką, nie zmieni tego, że biznes zainwestował właśnie w nią. Będzie ją promował i lansował, dopóki uzna, że jest to dla niego opłacalne. Bo przecież tu chodzi właśnie o pieniądze, nie o ekologię.

Biznes klimatyczny kwitnie od dobrych kilkudziesięciu lat i możemy podać wiele przykładów firm, które dzięki dziurze ozonowej, ograniczeniu emisji CO2 czy ochronie wód i gruntów przed groźnymi pierwiastkami nie tylko zarobiły setki milionów dolarów, ale jeszcze przy okazji wykończyły, a przynajmniej znacznie osłabiły konkurencję.

Wyśmiewanie klimatycznego uniesienia – nawet jeśli uznajemy je za przesadzone, nieracjonalne, a może i po prostu głupie – na dłuższą metę nie ma sensu. Przecież nie tylko Grata Thunberg głosi nadchodzący Armagedon. W tym samym chórze stoją dziesiątki aktorów, naukowych celebrytów czy wnuk brytyjskiej królowej książę Harry. Próbowanie powstrzymania dziś tej fali jest jak usiłowanie zawrócenia kijem Wisły.

Oczywiste jest, że Polska z dnia na dzień nie odejdzie od energetyki opartej na węglu. Właściwie to przez najbliższych kilkadziesiąt lat w ogóle nie jest w stanie zrezygnować z tego paliwa, bo ono gwarantuje nam bezpieczeństwo – to surowiec dostępny na naszym terytorium, więc żadne inne państwo nie może nam zablokować dostaw. Jednak oczywiste jest także, że wydobycie węgla w Polsce spada. Dziś pozyskujemy go mniej więcej tyle, co w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Jeśli jednocześnie ogromne ilości węgla importujemy z Rosji, to znaczy, że nadszedł czas na zmianę strategii.

Być może z pomocą przychodzi nam właśnie Greta Thunberg i jej sponsorzy, którzy dbają o to, by poziom klimatycznej histerii nie opadał. Dzięki niej łatwiej uzasadnić potrzebę zmian i wytłumaczyć zasadność poniesionych kosztów.  A przecież na dywersyfikacji źródeł energii możemy tylko zyskać. Tak jak korzyści przynosi nam rychłe uniezależnienie się dostaw od rosyjskiego gazu. Nie dość, że kupujemy go taniej, to w 2022 r., po całkowitej rezygnacji z dostaw Gazpromu przestaniemy dodatkowo finansować kremlowskie zbrojenia. Podobnie stanie się, jeśli ograniczymy import rosyjskiego węgla.

Inwestycja w nowe technologie, czy to budowa elektrowni atomowej, czy rozwój odnawialnych źródeł energii, czy wreszcie stworzenie sieci biogazowni, w dłuższej perspektywie będzie musiało dać pozytywny impuls naszej gospodarce. Nie tylko przestaniemy finansować budżet – także wojskowy – nieprzyjaznego nam mocarstwa, ale stworzymy nowe gałęzie przemysłu.

I nie jest ważne, czy stanie się to przy okazji infantylnej kampanii Grety Thunberg. Za parę lat nikt nie będzie o niej pamiętał, a przemysł zostanie na lata.