Kłopoty z Iranem
Jerzy Marek Nowakowski 23.01.2019

Organizacja konferencji w kwestii przyszłości Bliskiego Wschodu wywołała w mediach i Internecie prawdziwą burzę. Rzeczywiście forma poinformowania opinii publicznej o konferencji budzić może spore wątpliwości. Fakt, że newsa o wydarzeniu odbywającym się w Polsce wypuszcza amerykański sekretarz stanu w wywiadzie dla telewizji FOX, podczas podróży po Bliskim Wschodzie zakrawa – delikatnie mówiąc – na niezręczność. Szczególnie, że cała propaganda antypolska sponsorowana przez Moskwę obraca się wokół kreowania obrazu niesuwerennego „kundelka USA”. Dbałość o zachowanie form w relacjach amerykańsko – polskich powinna być więc szczególna. A już w odniesieniu do regionu Bliskiego i Środkowego Wschodu powinniśmy być nadzwyczajnie uważni. Po pierwsze dlatego, ze polityka godnościowa jest tam w cenie. A po drugie – i najważniejsze – dlatego, że od wielu już lat trwonimy nasze aktywa, zbudowane na dobrym stereotypie Polski jako państwa i narodu przyjaznego.

 

Niemniej stało się. Nasza dyplomacja nie zadbała o to, by pomysł konferencji wygrać i teraz jak zwykle zajmuje się minimalizowaniem strat. Zwłaszcza wobec Iranu. Teheran ogłosił już mało dyplomatyczne komentarze dotyczące samej konferencji podkreślając, że „mały kraj” pod naciskiem USA organizuje „rozpaczliwy antyirański cyrk”. Irańczycy wprowadzili również symboliczne, ale nieprzyjemne sankcje wobec Polski. Odwołali festiwal filmu polskiego w Teheranie oraz zawiesili wydawanie wiz w ambasadzie Republiki Islamskiej w Warszawie.

Minister Czaputowicz próbuje teraz zbierać rozlane mleko organizując konsultacje z Teheranem i podkreślając, że Polska jest solidarna z Unią Europejską w kwestii polityki wobec Iranu. Bo to, że konferencja, szczególnie zaanonsowana w ten sposób, psuje nam kontakty z Iranem to rzecz jasna – i do niej wypadnie jeszcze wrócić. Gorzej, że została ona odebrana co najmniej chłodno w Brukseli. Szefowa unijnej dyplomacji natychmiast poinformowała, że do Warszawy się nie wybiera. Podobne sygnały płyną z większości europejskich stolic. Na razie wiadomo, że do Polski wybierze się sekretarz Pompeo, oraz ministrowie z Litwy i Węgier i pewnie wysoki (może nawet sam premier) przedstawiciel Izraela. Trochę mało. Co więcej mimo deklaracji, że konferencję przygotowujemy od pół roku, ostatnie działania wskazują na rozpaczliwe ratowanie twarzy. Nagle zorganizowane konsultacje polsko-irańskie, zapewnienia o agendzie dużo szerszej niż tylko sprawa Iranu, i tak dalej. Do tego mało skoordynowane wypowiedzi publiczne. I z sukcesu, jaki zapewne zamyślaliśmy ogłosić, wskazując, że Polska nie jest izolowana a wręcz przeciwnie, rozgrywa jeden z kluczowych problemów polityki światowej, wyszło wrażenie chaosu i nieprzygotowania.

Nie mam zamiaru skakać na pochyłe drzewo naszej dyplomacji. Problemem całej elity politycznej Polski jest niedostrzeganie sporej części świata. Środkowy Wschód ze stumilionowymi Iranem i Turcją służy jako tło do opowieści o naszej przyszłej ekspansji gospodarczej. I tyle. Powoli tracimy specjalistów znających się na tym regionie a w dyskursie publicznym jawi się obraz „dzikich” krajów pełnych nieszczęśliwych kobiet okutanych w burki. Nasza znajomość regionu ogranicza się do obrazu plaż Antalyi – także coraz rzadziej odwiedzanych z powodu opowieści o rzekomo grasujących tam terrorystach.

Mieszkając kilka lat w Armenii uświadomiłem sobie jak mało wiemy o historii całego Środkowego i Bliskiego Wschodu. A przecież podróżując po Turcji czy Iranie co krok będziemy spotykali nieprawdopodobne zabytki, miejsca wielkich bitew i ślady metropolii z czasów, gdy Europejczycy siedzieli w lesie i produkowali, w najlepszym razie, smołę. Całą Turcję i większą część Iranu możemy objechać samochodem korzystając ze znakomitych (i zazwyczaj bezpłatnych) autostrad. A rozmowy z tamtejszymi intelektualistami są czystą przyjemnością. Perspektywa Iranu przypomina trochę chińską. Persowie patrzą na ludzi Zachodu z łagodną wyższością dziedziców cywilizacji starszej i bogatszej od naszej.

Prowadząc jakąkolwiek politykę wobec tego regionu warto o tym wszystkim pamiętać. Również o tym, że Polacy od Gruzji i Armenii aż po arabski Bliski Wschód byli lubiani. Po trosze dlatego, że nigdy nie byliśmy państwem kolonialnym. Po trosze dlatego, że w Turcji jesteśmy pamiętani jako potężny, ale i honorowy przeciwnik w czasach Imperium Osmańskiego. A po trosze dlatego, że aż do wojny w Iraku nigdy nie byliśmy najeźdźcami traktującymi z góry narody Środkowego i Bliskiego Wschodu. Co więcej w czasach komunistycznych Sowieci narzucili PRL-owi „specjalizację” arabską, dzięki czemu mieliśmy sporo arabistów, sporo studentów i z tego regionu.

To oczywiście nie miejsce na politologiczne analizy. Ważne, że wciąż jeszcze Polska budzi pozytywne skojarzenia. Bazując na tym powinniśmy podejmować próby aktywniejszej polityki. Gospodarczo dawało to szansę na wejście z naszymi towarami na wygłodniałe rynki (zwłaszcza Iranu) i pozyskanie surowców energetycznych za rozsądne pieniądze i ze źródeł nie powodujących politycznego uzależnienia. Byłoby to również opłacalne dla naszych sojuszników. Wielokrotnie w przeszłości z naszych tak zwanych aktywów w regionie korzystali.

Konferencja – jak chcą nasi politycy – bliskowschodnia, a jak mówią Amerykanie antyirańska w takiej formie jak został zaprezentowana przyniesie wyłącznie szkody. Po co rozmawiać o Środkowym Wschodzie w trójkącie USA – Izrael – Polska. A dokładniej, oczywiście warto, ale za zamkniętymi drzwiami. Ciekawe co byśmy mówili, gdyby w Erywaniu urządzono konferencję poświęconą Polsce, o której by poinformował w wywiadzie dla RT minister Ławrow a głównymi gośćmi byliby ministrowie z Białorusi i Wenezueli.

Niestety wygląda na to, że dla efektu medialnego – proszę bardzo jak przyjaźnimy się z Ameryką i jakie ważne sprawy załatwiamy – poświęcono długofalowe interesy Polski. Co więcej zrobiliśmy, jak często ostatnimi czasy bywa, przysługę Władimirowi Putinowi. Iran (a także Turcja) wcale nie mają ochoty na „pogłębianie” przyjaźni z Moskwą. Skoro jednak Zachód ma dla nich tylko sankcje i pogardliwe rozmowy o ich przyszłości bez udziału samych zainteresowanych to nie mają innego wyjścia jak szukać oparcia w Pekinie i Moskwie.

Sztuka dyplomacji polega na umiejętnym wykorzystywaniu własnych zasobów w celu wzmacniania pozycji państwa. Dla Waszyngtonu Polska mająca dobre relacje z Iranem, mogąca w razie kryzysu odegrać rolę mediatora czy pośrednika jest cenniejsza od sojusznika, na którego można powołać się w porannym tweecie, ale nie mającego w istocie niczego do zaoferowania. Podobnie jak Polska licząca się w Unii Europejskiej jest ważniejszym sojusznikiem od Polski, która się publicznie od wspólnej polityki europejskiej dystansuje. Sojusznik słaby i osamotniony nieuchronnie stacza się do roli satelity. A takiego partnera nie tylko się nie szanuje (nawet gdy się go lubi), to pół biedy. Gorzej gdy uznając, że nie ma on pola manewru, zaczyna się go traktować przedmiotowo.