Państwo i Prawo
Kluska o podatkach i socjalistycznym piekle
Łukasz Warzecha 24.02.2021

Zrobiłem wywiad z Romanem Kluską dla mojego rodzimego tygodnika „Do Rzeczy” – będą go państwo mogli znaleźć w jednym z nadchodzących numerów. Nie będę zdradzał szczegółów – zapewniam, że wywiad warto będzie przeczytać. Jedno stwierdzenie założyciela Optimusa wydaje mi się w nim szczególnie istotne – ale o tym dalej. 

 

O tym jednak dalej, bo najpierw chcę się podzielić odkryciem archiwalnym, które przy okazji uczyniłem. Okazało się mianowicie, że robiłem już wywiad z panem Kluską – 17 lat temu, a więc wkrótce po jego dramatycznych doświadczeniach z polskim państwem, które miały miejsce w latach 2002-2003. Przypominam: zatrzymanie pod dętymi zarzutami, aresztowanie, gigantyczna kaucja, zajęcie nieruchomości, próba zarekwirowania pojazdów przez miejscową WKU, wreszcie oczyszczenie z zarzutów i śmieszne odszkodowanie. Cała sprawa była skutkiem zmowy urzędników przeciwko przedsiębiorcy, który nie chciał wziąć udziału w ich szemranych interesach. 

Wywiad z 2004 r. dotyczył polskiego systemu podatkowego. Warto przypomnieć jego fragmenty. 

 

***

 

Jaka jest pana opinia o polskim systemie podatkowym?

 

Jak najgorsza. Jest korupcjogenny, niejasny, daje olbrzymie możliwości nadużyć i służy zwłaszcza dręczeniu podatników. Nie dba w ogóle o to, co powinno być jego głównym zadaniem: aby wymusić na uczestnikach rynku zachowanie zgodne z interesem kraju. Nadaje się do wymiany, i to jak najszybciej. […] niemal wszystko zależy od urzędnika, a to oznacza, że jest to mechanizm bardzo podatny na korupcję. Dlatego nie jest najważniejsze, czy podatek będzie wynosił 15 czy 18 procent, jeśli nie zmieni się system. […] Polsce potrzebny jest zupełnie nowy mechanizm. Obecny jest tak nieprecyzyjny i rozbudowany, że nikt już nad nim nie panuje. W ubiegłym roku wyprodukowano w parlamencie 16 tysięcy stron ustaw! Jak można kontrolować taką masę przepisów? To przecież fizycznie niemożliwe. Zatem nawet gdyby ktoś chciał zreformować system, nie byłby w stanie odpowiednio sprawnie poruszać się w tym gąszczu. Dlatego zwykła reforma nie jest możliwa. […] Gdy sprzedawałem akcje Optimusa za 64 miliony dolarów, prawnicy poinformowali mnie, że podatek nie występuje. Jak to? Zarabiam 64 miliony dolarów i nie płacę podatku? Napisałem do mojego urzędu skarbowego, podając wszystkie warunki transakcji i dostałem jednoznaczne potwierdzenie: podatek nie występuje. Czyli podatnik mający niemal groszowe dochody będzie nękany przez fiskusa, żeby zapłacił 10 złotych podatku, a ten, kto zarobił kilkadziesiąt milionów dolarów, nie musi płacić nic. Czy taki system można jeszcze próbować łatać? 

 

Co pan zrobił w sprawie umowy sprzedaży akcji?

 

Kazałem przerobić umowę tak, żeby nie było wątpliwości, że podatek występuje i zapłaciłem 28 milionów dolarów. Uznałem, że byłoby niegodziwe, pokazywać się ludziom na oczy w innej sytuacji. 

 

Ale zwykły PIT nie sprawia chyba takich problemów?

 

Tak pan myśli? Ulokowałem w zeszłym roku pieniądze w zagranicznym banku na parę miesięcy. Gdy przyszło do wypełnienia PIT-u, poprosiłem o to prawnika, z którym współpracuję od 12 lat. Po kilku dniach prawnik przyszedł i powiedział, że nie podejmuje się wypełnić mojego zeznania. Poprosiłem o to samo szefa najlepszej firmy doradztwa podatkowego w Nowym Sączu. Po kilku dniach dostałem tę samą odpowiedź. Zadzwoniłem więc do filii jednej z wielkich międzynarodowych kancelarii prawniczych w Warszawie. Dopiero oni, po długich męczarniach, wypełnili moje zeznanie, inkasując za to niewiele mniej, niż wyniósł sam podatek, który musiałem zapłacić. 

 

Skąd takie kłopoty?

 

Przepisy są tak niejednoznaczne i skomplikowane, że nikt nie był pewny, jak sobie poradzić z sytuacją, gdy podatnik lokuje legalnie pieniądze w zagranicznym banku. […] PIT to powszechne zeznanie podatkowe, które powinno być tak skonstruowane, aby równie dobrze mogli je wypełnić babcia emerytka, nauczyciel, prawnik, właściciel osiedlowego sklepiku i Roman Kluska. Tymczasem niemal żaden podatnik nie może być pewny, że wszystko zrobił, jak należy. Skoro tak, to musi się liczyć z karą, którą może na niego nałożyć urząd skarbowy. A kary są absurdalnie wysokie. Wyliczyłem, że w skrajnym przypadku za pomyłkę w rozliczeniu podatku o 760 złotych kara może wynieść 218 milionów złotych! 

 

Ale takiej grzywny chyba żaden urząd skarbowy nie nałoży?

 

A niech to nawet będzie 10 razy mniej. Co to zmienia? Istota rzeczy jest taka, że w tego typu systemie podatnik jest całkowicie zgnębiony przez urzędnika. […] W gruncie rzeczy fiskus mógłby dzisiaj ścigać wszystkich obywateli. Jeśli tego nie robi, to zapewne tylko dlatego, że ma za mało urzędników. Dlatego ci, którzy akurat ścigani nie są, myślą, że jeszcze wszystko jest w porządku. Ja też tak kiedyś myślałem. […]

 

Jak ludzie radzą sobie z taką presją – zwłaszcza ci, którzy prowadzą interesy?

 

Ci uczciwi wcale sobie nie radzą. Kiedy jeszcze toczyła się moja sprawa, zaproszono mnie do telewizji. Przed programem malowała mnie charakteryzatorka, starsza pani. Opowiedziała, że telewizja kazała jej założyć działalność gospodarczą, ale nikt w urzędach nie wiedział, jak zakwalifikować jej zawód. Wreszcie jakoś go zaporządkowano, ale od dwóch lat urząd skarbowy ciąga ją po sądach, twierdząc, że to zła kwalifikacja. „Proszę pana, jak ja pana rozumiem i współczuję” – usłyszałem od niej. Spotykam się z przedsiębiorcami, którzy zaczynają mówić, że za komuny czuli się pewniej i bezpieczniej. Dobrze w takich warunkach mają się tylko przestępcy. To ich naturalne środowisko – oni znakomicie sobie radzą w mętnym systemie. […]

 

Czym w takim razie powinniśmy zastąpić PIT?

 

PiS, który proponuje jego zniesienie, chce go zastąpić podatkiem od funduszu wynagrodzeń i ta propozycja zasługuje na bardzo poważne potraktowanie. Jest to bowiem sposób opodatkowania całkowicie bezbolesny dla obywatela. On dostanie takie same pieniądze, firma zapłaci cały podatek jednym przelewem, kontrola będzie znacznie łatwiejsza, a budżet nie ucierpi. Mało tego – może nawet zyskać, bo bardzo spadają wtedy gigantyczne koszty ściągania podatku PIT, które stanowią połowę kosztów zbierania wszystkich podatków w Polsce. A o ileż mniej jest nerwów i szargania ludzkiej godności! To także nie jest bez znaczenia z punktu widzenia gospodarki. W beznadziejnym systemie nie chce się prowadzić interesów, nie chce się zakładać firm, nie chce się starać. Niepewność jutra potrafi wykończyć psychicznie i pozbawić wszelkiej inicjatywy. […]

 

Czy jest coś, co daje panu nadzieję, że wyjdziemy na prostą?

 

Tak – nadzieja jest w was. Moja sprawa wyglądała na beznadziejną, ale została wygrana dzięki mediom. Dziennikarze pokazali Polakom to, czego oni nie chcą zaakceptować: niegodziwość, korupcję, krzywdę. Wierzę, że ludzie wymuszą na rządzących ustanowienie nowego systemu. Musicie im tylko pokazać, jak wielka niesprawiedliwość się dzieje. 

 

***

 

Gdzie jesteśmy 17 lat później? Owszem, w szczegółach trochę się zmieniło. PIT jest teraz – od raptem trzech lat – wypełniany automatycznie przez urzędy skarbowe i można to rozliczenie zatwierdzić przez internet. Stał się więc nieco mniej uciążliwy, ale nie jest przecież przez to sensowniejszy. PiS chciał go zlikwidować, ale to było 17 lat temu – mądrość etapu jest teraz całkowicie inna. Co do zasady zaś – niewiele się zmieniło. Najlepszą tego ilustracją są kontrole Służby Celno-Skarbowej u przedsiębiorców, którzy otwarli się mimo restrykcji – ich celem jest tylko i wyłącznie udręczenie ludzi, bo przecież nie odkrycie rzeczywistych nadużyć. Można powiedzieć, że środek ciężkości od czasów, gdy rozmawiałem z Romanem Kluską o podatkach, przesunął się nieco ze zwykłego podatnika, płacącego PIT, na przedsiębiorcę, ale wcale nie zmalał. Najnowszą odsłonę tej samej sztuki dostrzeżemy w sprawdzaniu, czy aby na pewno korzystający z tarcz nie naruszyli ich warunków i w poszukiwaniu jakiegokolwiek pretekstu, aby można od nich zażądać zwrotu państwowej pomocy, która i tak jest mizerna. 

Przede wszystkim jednak obecna władza namnożyła danin na potęgę i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa – a każda kolejna danina to dodatkowe skomplikowanie systemu. W tym sensie od 2004 roku nie zmieniło się nic – jest nawet gorzej. 

Wracam do współczesności i wywiadu, który ukaże się wkrótce w „Do Rzeczy”. Roman Kluska zwraca uwagę na jedną, umykającą dziś wielu osobom rzecz: że socjalizm to system piekielny. Idąc w stronę socjalizmu, kroczymy drogą do piekła. Nie wiem, czy mój rozmówca zna „Atlasa zbuntowanego” (o którym już niejeden raz tutaj wspominałem), ale w kilku miejscach powieść Ayn Rand idealnie ilustruje jego tezy. Słynny opis nowych porządków w fabryce Samochody Dwudziestego Wieku, które ostatecznie doprowadziły do tego, że zajęcie tam rzucił John Galt, najlepiej uzupełnia tezę mojego rozmówcy, wspominającego również własną pracę w wielkiej, państwowej, peerelowskiej firmie. Rand pokazała po mistrzowsku, w jaki sposób pozornie wspaniałe ideały, oparte na w istocie diabelskiej zasadzie „od każdego według możliwości, każdemu według potrzeb”, przeradzają się w system zaiste piekielny, który nie tylko premiuje leni, obiboków, bumelantów i oszustów, ale przede wszystkim odziera człowieka z jego godności – w tym człowieka pracy, któremu teoretycznie ma służyć. 

Najbardziej przerażające jest, że wydaje się, iż zbliżamy się ponownie do takich właśnie założeń, i to w zastraszającym tempie, bo taki jest program i sposób myślenia obecnej władzy, a epidemia dała jej znakomitą okazję, żeby ten marsz do przepaści przyspieszyć.