Kogo wybieramy?
Jerzy Wysocki 24.04.2015

Kampania prezydencka jest jak piwo bezalkoholowe o czym już pisałem. Opinie kandydatów na temat wyboru helikoptera dla polskiej armii i sposobu reakcji na skandaliczne słowa szefa FBI przynajmniej mieściły się jakoś w zakresie konstytucyjnych prerogatyw głowy państwa, ale to wyjątek. Kandydaci, zwłaszcza ci skazani na spektakularną przegraną, mówią o wszystkim i wszystko obiecują wiedząc, że istotna część wyborców konstytucji nie zna, a ciemny lud to kupi (prawa autorskie: Jacek Kurski).

Konstytucję zna Leszek Miller, który w ostatnim wywiadzie postuluje odebrać prezydentowi kompetencje, by ten pełnili tylko funkcje reprezentacyjne. Wystawiając Magdalenę Ogórek udowodnił, że wyłącznie o efekty reprezentacyjne mu chodzi. A że nie jest o konkurs miss historyków kościoła, tylko o wybór głowy państwa, to już inna sprawa.

Tym niemniej temat powraca. Na kolejną kadencję wybierzemy prezydenta z jego obecnymi uprawnieniami. Jest czas, aby po latach zrewidować konstytucyjne zapisy. Pisane przez komisję Aleksandra Kwaśniewskiego, by ograniczyć uprawnienia prezydenta Wałęsy. Fakt, że ograniczył sam siebie, też inna sprawa.

Badania pokazują, że Polacy chcą wybierać prezydenta w wyborach powszechnych. I te właśnie wybory wykazują największą frekwencję. Pojawiający się postulat, by prezydenta wybierało zgromadzenie narodowe ma niewielkie szanse powodzenia. Myślał o tym Donald Tusk, rezygnując z kandydowania, niepotrzebnie deprecjonując najwyższy urząd, mówiąc o żyrandolu. Nikt nie odważy się odebrać wyborcom ich praw, nie mówiąc o większości konstytucyjnej do wprowadzenia projektu.

Czy oznacza to, że jedynym kierunkiem jest zwiększenie kompetencji prezydenta. Może. Na dłuższą metę pewne jest tylko, że jakieś rozstrzygnięcia powinny zapaść. Inaczej państwu zawsze będzie grozić rozmycie kompetencji i destrukcja.

Argumenty, trzeba wybrać prezydenta z opozycji, by zachować równowagę władz, jest taki sobie. W praktyce kohabitacja prowadzi do paraliżu władzy poprzez instytucje weta, o kłótniach na temat obecności na europejskich szczytach i użytkowaniu samolotu wspominam z politowaniem. Argument, że prezydent powinien wywodzić się z obozu władzy, by zachować spójność rządzenia jest OK, ale narażony na pytanie, to po co prezydent. A dziś, jak antycypować, co będzie po jesiennych wyborach do parlamentu i jaki będzie rząd?

Czym różni się model prezydencki w USA i model kanclerski w Niemczech. W praktyce niczym, o sile i sprawności państwa stanowi koncentracja władzy, brak kompetencyjnych sporów paraliżujących procesy decyzyjne.

Nowoczesne państwo powinno być jak sprawnie działająca korporacja. W jednej z największych polskich firm o wszystkim decyduje prezes zarządu, a innej równie potężnej – szef rady nadzorczej. Co to za różnica. Takie mają zapisy w statucie a więc w ich konstytucji. Ważne, że działa efektywnie.

Zachęcam do dyskusji, której nie podejmą kandydaci na prezydenta, bo zabieraliby głos we własnej sprawie. Przy okazji przypominam o likwidacji Senatu, tzw. izby refleksji. Miejsca dla Leszka Millera z refleksją o Magdalenie Ogórek.