Komisja reprywatyzacyjna, czyli co nam oferuje państwo każdego dnia
Artur Kiełbasiński 19.10.2016

Nie włączę się do chóry krytyków warszawskiej Komisji Weryfikacyjnej. Ale sama konieczność jej powoływania źle świadczy o naszym wymiarze sprawiedliwości.
Skala nadużyć i patologii w warszawskich reprywatyzacjach pokazuje, że być może potrzebne są środki nadzwyczajne. Oczywiście niepokój zawsze będą budziły szczegóły, zwłaszcza te proceduralne. Kto będzie przesłuchiwany, jak podejmowane będą decyzje, w jakim trybie będzie organizowana praca Komisji. To niezwykle ważne szczegóły.

Ale w całej tej historii najważniejsze wydaje się coś innego. Pomysł na powołanie takiej komisji pokazuje, że państwo nie jest przygotowane na zajmowanie się naprawdę poważnymi, wieloaspektowymi aferami i problemami.

W kraju, w którym mamy rozbudowany system prokuratorski, sądowniczy, gdzie mamy niezależne sadownictwo administracyjne, a w końcu Sąd Najwyższy i Naczelny Sąd Administracyjny, do wyjaśniania prawnych zawiłości trzeba powoływać spec-komisję.

I nawet jeśli wyjaśni ona, co się działo w warszawskim magistracie i sądach, to nie rozwiąże kłopotu. Bo w dziesiątkach innych, czasem równie ważnych problemów, spec-komisja nie powstanie. Przedsiębiorcy nadal będą czekać na wyroki latami, nadal będą kłopoty z interpretacjami podatkowymi, nadal będą wyłudzenia VAT, a na „linii strzału” znajdą się często uczciwi przedsiębiorcy.

Spec-komisja jest więc w gruncie rzecz miarą bezwładu wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Wolałbym, aby sprawę reprywatyzacji wyjaśniały sądy i prokuratura. Problem w tym, że wtedy trwałoby to latami. I nie wiadomo czy skończyło by się jakąkolwiek konkluzją, o decyzji nie wspominając.