Komorowski z braku programu stworzył program
Tomasz Wróblewski 11.05.2015

Kandydaci rzadko obiecują wyborcom, że po wygranych wyborach niczego w kraju nie zmienią. I pod tym względem Bronisław Komorowski pozostaje unikalnym kandydatem Z braku programu stworzył program. On sam może to oczywiście tłumaczyć radykalizmem i brakiem doświadczenia oponentów. Obrona twierdzy mogłaby tu być wartością samą w sobie. Ale nie tym razem. Przekroczyliśmy magiczny punkt zmęczenia dotychczasowym modelem uprawiania polityki w Polsce. Zmęczenie nie tylko Bronisławem Komorowskim, ale całą jego formacją. To nie lapsusy, wizerunkowe porażki, szoguny i dostawiane taborety pokiereszowały go w tej kampanii. Prezydent wbrew temu, co głosi o zgodzie, jak zresztą cała jego partia, skoncentrowany był na rozgrywaniu opozycji, a nie rozumieniu przekazu. Czytał nuty, zamiast wsłuchiwać się w muzykę przybierającej fali antysystemowego ruchu. Lekceważył to, czego wytrawny polityk nigdy nie powinien lekceważyć – autentyczne roszczenia zmian i awersję do pustej narracji, niespełnionych obietnic i politycznych erzacy.

Rzecz pewnie byłaby prostsza, gdybyśmy po drugiej stronie mieli przeciwników doskonale czytających w nastrojach społecznych. Wychodzących naprzeciw z przejrzystą alternatywną ofertą. Niestety. Wielkim nieobecnym tych wyborów okazał się zdrowy rozsądek. Oferta, której nikt nie sformułował. Kandydat, którego nie doczekał się przedsiębiorca umęczony wyczekiwaniem w urzędach i sądach, ale daleki od radykalnych pomysłów opozycji na nowe progi podatkowe. Rodzic, który wydał w tym roku na korepetycje więcej niż kiedykolwiek w historii, co nie znaczy, że uśmiecha mu się kolejna rewolucja dla rewolucji i nowy podział na licea i szkoły podstawowe. Właściciel domu, który w stosunku do swoich zarobków płaci jedne z najwyższych rachunków za prąd w Europie. Ale przecież nie wierzy, że rozwiązaniem byłoby więcej dotacji dla górników, co sugeruje opozycja. To pacjent z numerkiem na zabieg dopiero w kolejnej kadencji prezydenckiej, chory, dla którego brakuje leków w aptece, student, który wprost po studiach musi szukać pracy za granicą. Narzekają na fiskalizm, pułapki kredytowe, bombę demograficzną, bezhołowie biurokracji, ale czy gotowi są zaryzykować rewolucję?

Polacy doceniają to, że ich dochód na głowę to już 70 proc. średniej strefy euro, ale trudno im zrozumieć, dlaczego Litwini, Czesi, Estończycy osiągają już próg 80 proc. średniej europejskiej. Jeżeli coś stoi nam na drodze, to nie „klasa frustratów”, jak ich nazywa prezydent Komorowski, ale klasa polityczna, która blokuje konieczne zmiany systemowe. To właśnie establishment jest źródłem większości frustracji, a nie „frustraci” są źródłem problemów polityków. Doświadczenie polityczne, na które prezydent tak chętnie powołuje się w kampanii, dla większości wyborców najwyraźniej jest obciążeniem, a nie atutem. Prezydent, jak sam podkreśla, „robił” kiedyś rewolucję, ale jak to z ojcami rewolucji bywa, ostatni zauważają, że stali się hamulcowymi.

Niezależnie od tego, czy opozycja prezentuje się mądrze, merytorycznie i kulturalnie, to jednak reprezentuje powszechną niechęć do współczesnej klasy politycznej. Zjawisko, które wyjdzie daleko poza wybory prezydenckie i bieżącą politykę. Tym bardziej rozczarowuje niedojrzałość prezydenckiego sztabu wyborczego. Zamiast podejmować dialog, odruchowo ustawia się na kontrze do każdej nowej inicjatywy społecznej. Tradycyjny syndrom wciągniętej drabiny. Polityka ochrony stanu posiadania establishmentu.

Nie ma oczywiście na świecie jednego modelu przemian politycznych. Ale czasem warto się rozejrzeć i dostrzec kierunek zachodzących wokół zmian. Ostry zwrot na prawo w Wielkiej Brytanii w uznaniu dla znaczących reform gospodarczych. Procesy pochłaniające dziś Amerykę po latach rządów radykalnej lewicy upatrującej rozwiązań w multiplikowaniu regulacji, kontroli i interwencjonizmie państwa. Irlandia, Finlandia, gdzie przywódcy wygrywają dzięki odważnym reformom, będącym często nie w smak urzędnikom i tradycyjnym partiom. Prezydent Komorowski płaci wysoką cenę za brak wyobraźni, niefrasobliwość i brak słuchu politycznego. Ale czy my wszyscy czujemy się bezpieczniej, mając za alternatywę polityków bardziej wrażliwych na społeczne niezadowolenie, ale równie głuchych na ich rzeczywiste przyczyny?

Tekst ukazał sie we WPROST.