Komu się należy łaska prezydenta
Łukasz Warzecha 07.06.2020

Prawo łaski jest jedną z wyjątkowych prerogatyw prezydenta. To oznacza, że głowa państwa ma pełną dowolność w jej stosowaniu i nie musi się z tego nikomu tłumaczyć. O większości ułaskawień nie wiemy, bo one nie dotyczą znanych osób. Takich jest ledwie garstka, ale i tak mało kto o tym wie i pamięta. Czy ktoś przypomina sobie na przykład, że Bronisław Komorowski ułaskawił Jerzego Jachowicza (w 2012 roku), a Andrzej Duda – Tomasza Wróblewskiego (w 2017 roku)? Co ważne – w obu przypadkach chodziło o skazanie z niesławnego artykułu 212 kodeksu karnego:

 

  • 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
  • 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
  • 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.
  • 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego.

Tomasz Wróblewski, podobnie jak teraz Jan Śpiewak, zalicza się do bardzo niewielkiej grupy osób, wobec których Andrzej Duda skorzystał z prawa łaski. To zaledwie niespełna 90 osób w ciągu już niemal zakończonej kadencji. Następny w zestawieniu – licząc od końca – był Lech Kaczyński, który podczas niedokończonej kadencji ułaskawił 201 osób. Bronisław Komorowski (jedna kadencja): 360 osób. Lech Wałęsa (jedna kadencja): 3454 osoby. I Aleksander Kwaśniewski (dwie kadencje): 4288, choć przy podzieleniu przez dwa wychodzi na jedną kadencję mniej niż w przypadku Wałęsy.

Z prawem łaski jest problem dlatego właśnie, że żaden przepis nie obliguje prezydenta ani do ogłaszania, kogo ułaskawia, ani do tłumaczenia, dlaczego to robi. A przecież – tak przynajmniej zawsze twierdzili urzędnicy Kancelarii Prezydenta, niezależnie od tego, kto był głową państwa w danym momencie – ułaskawienie zawsze odbywa się po dogłębnej analizie sprawy oraz zasięgnięciu opinii sądu. Żadne uzasadnienie nie jest jednak wymagane – a gdyby było, to może do niektórych ułaskawień by nie doszło, jak choćby do ułaskawienia Petera Vogla przez Aleksandra Kwaśniewskiego. W tej sprawie zresztą prokuratura sprawdzała okoliczności, w 2006 roku przesłuchując urzędników KPRP z czasów Kwaśniewskiego.

Brak wymogu przedstawiania uzasadnienia – które mogłoby być przecież uznaniowe i polegać na ogólnym stwierdzeniu sprzeczności danego wyroku z poczuciem sprawiedliwości – kłóci się z oczekiwaniem przejrzystości od władzy, zwłaszcza przy podejmowaniu czysto arbitralnych decyzji. Oczywiście można argumentować, że w wielu przypadkach ubiegający się o prezydencką łaskę nie chcą, aby ich dane i szczegóły spraw zostały ujawnione. To ważki argument, ale można też sobie zadać pytanie, czy jednak zgoda na jawność nie powinna być warunkiem ubiegania się skutecznego o prawo łaski. Ja stawiałbym w tym rachunku jawność i przejrzystość wyżej niż prywatność skazanych. Szczególnie, że prezydent powinien być przez wyborców oceniany również na podstawie polityki ułaskawień, jaką prowadzi. Dlatego być może należałoby ujawniać także wnioski odrzucone, żebyśmy mogli stworzyć sobie pełny obraz.

Przypadek Jana Śpiewaka jest w pewnym sensie szczególny, również dlatego, że jest bardzo medialny. Uprzedzam ewentualne komentarze: uważam Jana Śpiewaka za postać generalnie szkodliwą, a jego działalność związaną z pseudoreprywatyzacją w Warszawie za przereklamowaną – w tym sensie, że ze Śpiewakiem jest trochę jak z Wałęsą, który stwierdza: „Wzięłem i obaliłem komunizm”. Tak jednak jak Wałęsa solo komuny nie obalił, tak i Śpiewak solo nie pokazał, gdzie leżą nieprawidłowości, choć wiele osób może tak dzisiaj sądzić – Śpiewak jest wszak mistrzem autoreklamy.

W innych dziedzinach jego działalność jest zwyczajnie szkodliwa. Śpiewak propaguje rozmaite lewackie fobie miejskie, a już wyjątkowo groteskowo wygląda to, że jeszcze kilka lat temu brał udział w protestach przeciwko zmianom w sądownictwie. Punkt widzenia mu się radykalnie odmienił, gdy okazało się, że sąd wydał niekorzystny dla niego wyrok. Nazwać to koniunkturalizmem, to nic nie powiedzieć.

Śpiewak nie został skazany – jak można by wnioskować z jego opowieści – za bohaterską walkę z patologiami reprywatyzacji. Został skazany za to, że oskarżył publicznie prawniczkę o to, czego nie zrobiła i faktycznie można argumentować, że mogło to mieć wymierne konsekwencje dla jej reputacji. Nie wycofał się ze swoich twierdzeń, mimo że miał taką możliwość i mimo że przedstawiono mu jasne dowody na to, że się mylił. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji skończyło się aktem oskarżenia.

Śpiewaka skazano z art. 212 kodeksu karnego, którego jestem przeciwnikiem. I tu niestety jest również słaby punkt tej sytuacji. To bowiem PiS, będąc w opozycji, punktował PO za nieskasowanie art. 212, a Jarosław Kaczyński stwierdzał stuprocentowo słusznie, że ten przepis krępuje wolność słowa, oraz zapewniał, że PiS po objęciu władzy zajmie się jego zniesieniem. Gdy jednak PiS objął władzę, zapomniał o tej obietnicy, a w końcu sam Naczelnik wykorzystał rzeczony artykuł przeciwko „Gazecie Wyborczej”. Trudno to nazwać inaczej niż skrajną hipokryzją.

Skoro jednak Andrzej Duda jest prezydentem z obozu PiS, to co przeszkadzało mu w pierwszej kadencji złożyć prezydencki projekt nowelizacji kodeksu karnego, kasujący ten nieszczęsny przepis? Byłoby to znacznie logiczniejsze niż ułaskawianie kolejnych, ale jednak tylko wybranych osób, skazanych na mocy art. 212.

Ale są z tym ułaskawieniem jeszcze dwa inne problemy. Pierwszy to ten, że anuluje ono cały wyrok, a więc również jego część, dotyczącą nawiązki na rzecz pokrzywdzonej, zresztą raczej symbolicznej. W ten sposób ułaskawienie oznacza nie tylko zniesienie dla Śpiewaka uciążliwości związanych z wyrokiem karnym, ale również, że pokrzywdzona, której racje uznał sąd w dwóch instancjach, nie otrzyma zadośćuczynienia.

Drugi to ten, że motywacja prezydenta jest tutaj mocno wątpliwa. Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel wyjaśnił: „Pan prezydent uważa, że ktoś, kto ujmuje się za słabszymi, ktoś kto podnosi głos w obronie skrzywdzonych, nie powinien być karany przez polskie sądy”. Radosław Fogiel ma na swoim koncie wiele wypowiedzi, można by rzec, mało logicznych i nieprecyzyjnych, ale w końcu mówi w imieniu partii, a w tym wypadku również prezydenta. I jest to jednak zdanie dość porażające. Nie odwołuje się ono do okoliczności konkretnej sprawy – co byłoby zrozumiałe. Nie ma tam mowy o tym na przykład, że pan prezydent przyjrzał się argumentacji sądu i uznał, że jest ona wadliwa lub po prostu nie uwzględnia wszystkich okoliczności, albo też jest sprzeczna z naturalnym poczuciem sprawiedliwości. Nie. Pan Fogiel mówi natomiast mniej więcej tyle: jeśli ktoś „walczy w obronie skrzywdzonych” (czyli, innymi słowy, gra w naszej orkiestrze, bo to my robimy sobie polityczny piar na „obronie słabszych”), to ma nie być karany. Pan Fogiel dodał, że Jan Śpiewak nie jest „z naszej politycznej bajki”. Ależ jest – już jest. Jest już swój, bo jest idealnym i wykorzystywanym przecież od miesięcy rzekomym dowodem na tezy PiS o tym, że sędziowie to źli ludzie, którzy z powodu swoich koneksji i nienawiści wobec władzy oraz miłości do opozycji skazują sprawiedliwych Polaków na wysokie kary. Co jest oczywiście w tym wypadku wierutną bzdurą i wie to każdy, kto się ze sprawą bliżej zapoznał.

Przyznam, że słysząc słowa Radosława Fogla oniemiałem, bo brzmią one jak upoważnienie do rezygnacji z wszelkiej odpowiedzialności za słowa, o ile ktoś reprezentuje linię zgodną z linią władzy. Można sobie zadać pytanie, jak zachowałby się pan prezydent, gdyby także za słowa skazany został ktoś z przeciwnego obozu. I gdyby to były słowa skierowane pod adresem kogoś z obozu pana prezydenta. Jeśli wyjaśnienia pana Fogla mielibyśmy brać za wyznacznik tego zachowania, to można założyć, że wówczas łaska nie przysługuje. Bo przecież nie o okoliczności sprawy czy wątpliwe uzasadnienie wyroku chodzi, ale o to, czy ktoś jest bojownikiem w tej samej sprawie, w której walczy władza. Jeśli nie – to przykro nam, nie zadzwonimy z dobrą wiadomością.

Lecz cóż – Andrzej Duda miał oczywiście prawo taką decyzję podjąć. Wyborcy ocenią, czy im się to podoba czy nie. Co do Jana Śpiewaka – wątpię, żeby prezydent ułaskawił go ponownie, a znając skłonność ułaskawionego do rzucania podobnie bezzasadnych oskarżeń przy byle okazji (co i mnie swego czasu spotkało podczas jednego z programów telewizyjnych), zakładam, że raczej prędzej niż później znajdzie się ponownie przed sądem. I być może znów z artykułu 212, którego PiS przecież nie tknie.