Konfederacja nie zrobiła błędu
Łukasz Warzecha 02.07.2020

To będzie tekst o czystej polityce. Rzadko się tym zajmuję na blogu WEI, ale tym razem czuję się do tego o tyle uprawniony, że mowa o ugrupowaniu, które dzisiaj jako jedyne przynajmniej w części reprezentuje wyraźnie prorynkową i wolnościową linię – a takich wartości staram się zwłaszcza w tym miejscu strzec.

 

„Konfederacja zrobiła błąd” – powtarza wielu publicystów. Niektórzy moi znajomi, których poglądy bliskie są Konfederacji, także bardzo narzekali na decyzję Rady Liderów o niepopieraniu żadnego z kandydatów w drugiej turze. Wojciech Cejrowski również powiada, że trzeba było coś wytargować i drogo sprzedać swoje poparcie. Kompletnie się z tym nie zgadzam i uważam, że gdyby Konfederacja oficjalnie poparła jednego czy drugiego kandydata – mógłby to być początek jej końca. Pozostawienie głosu samym wyborcom Krzysztofa Bosaka jest najrozsądniejsze.

Po pierwsze – miejmy świadomość, że wyborcy nie są własnością kandydata czy jego partii. Z faktu, że kandydat czy partia poprze kogoś w drugiej turze nie wynika, że wszyscy posłusznie taką właśnie decyzję podejmą. Mało tego – dla części wyborców deklaracja poparcia kogoś innego przez ich kandydata może być rodzajem zdrady. Sądzę, że z tego typu problemem będzie się za moment mocował Szymon Hołownia, choć w jego przypadku nie będzie to problem poważny – jego inicjatywa była od początku rodzajem Platformy soft.

Lecz po drugie – to ostatnie zastrzeżenie ma o tyle większe znaczenie w przypadku elektoratu Konfederacji, że jest on wyjątkowo niejednorodny. Składa się co najmniej z trzech elementów: wolnościowców i konserwatywnych liberałów, antysystemowców oraz narodowców. Każda z tych grup inaczej ocenia pojedynek z drugiej tury (oczywiście operuję tu generalizacjami, ale inaczej nie da się tej sytuacji analizować).

Wolnościowcy – konserwatywni liberałowie traktują obu kandydatów jako równie złych. Przy czym większy odruch odrzucenia może u nich wywoływać urzędujący prezydent jako firmujący wszystkie socjalistyczne pomysły PiS. Ta grupa może myśleć taktycznie: wybór Trzaskowskiego spowoduje, że socjalistyczne wymysły będą blokowane przynajmniej przez trzy lata. Nie dlatego, że Trzaskowski jest klasycznym liberałem i co wieczór czyta Hayeka, ale dlatego, że będzie chciał działać przeciwko PiS. W dodatku przegrana pana prezydenta oznacza osłabienie PiS, w dużej mierze za sprawą wewnętrznych wojenek, a więc rosnące szanse Konfederacji na przejęcie jakiejś części jego wyborców i mniejsze prawdopodobieństwo, że partia Kaczyńskiego zacznie wyciągać posłów Konfederacji do siebie. Mało tego – żeby w sprawach dla PiS bardzo ważnych odrzucić weto prezydenta Trzaskowskiego, konieczne byłyby głosy Konfederacji, a to otwiera drogę do negocjacji w ważnych dla tego ugrupowania sprawach. (Oczywiście sama Konfederacja z 11 głosami nie wystarczy; do odrzucenia weta potrzeba 276 głosów. Dokładnie tyle dają połączone kluby PiS, Konfederacji i Koalicji Polskiej.)

Druga grupa, czyli narodowcy, będą zapewne bardziej skłonni głosować na Andrzeja Dudę. Dla nich kwestie światopoglądowe są ważniejsze niż gospodarcze, choć i tu mogą się pojawić zastrzeżenia, bo jest choćby sprawa ustawy 447 oraz poczucie, że PiS przez pięć lat nie zrobił w sferze wartości wiele poza gadaniem.

Trzecia grupa – antysystemowcy – może mieć chęć zostać w domu.

Te trzy grupy są oczywiście w jakimś stopniu wymieszane, tak jak wymieszane są w realnym życiu motywacje czy poglądy. Nic nie występuje w postaci czystej. Problem zaś, którego nie dostrzegają krytycy decyzji liderów Konfederacji, polega na tym, że każda decyzja o oficjalnym poparciu któregoś z kandydatów mocno rozczarowywałaby którąś z grup. W konsekwencji zaś mogłaby prowadzić do rozbicia samej formacji. To zaś największe niebezpieczeństwo dla Konfederacji, której zresztą rozpad wróżono już kilkakrotnie.

Trudno też uznać, żeby realistyczny był sam postulat dogadania się z którymś z kandydatów. W przypadku Rafała Trzaskowskiego byłoby to ewidentne darowanie Niderlandów, bo przecież jako prezydent może być pewien, że póki rządzi PiS, żadna jego inicjatywa ustawodawcza nie zostanie poparta. Trzaskowski mógłby najwyżej obiecać blokowanie socjalistycznych wymysłów PiS, ale dlaczego płacić kandydatowi za coś, co sam będzie i tak robił?

W przypadku Andrzeja Dudy jest podobnie. Sam prezydent może obiecywać wszystko, ale uchwalenie jego pomysłów zależy od partii i Jarosława Kaczyńskiego. Nie ma absolutnie żadnej gwarancji, że jakakolwiek obietnica zostałaby spełniona. Ba, są wielkie szanse, że spełniona by nie została. Wystarczy sobie przypomnieć, jak prezydent był traktowany choćby w przypadku dymisji Jacka Kurskiego. Ale też sam prezydent mógłby znaleźć łatwe usprawiedliwienie swojej wiarołomności, tłumacząc, że przecież chciał, projekt ustawy skierował, ale mu nie klepnęli. Cóż on, biedny żuczek, może? Nie sposób zaś zakładać, że prezydent dotrzymałby ewentualnej obietnicy wetowania nowych danin. Byłoby to głęboko sprzeczne z jego poglądami i bardzo szkodliwe dla jego macierzystej partii. Fakt, że jest to druga kadencja, niczego tu nie zmienia.

Prawdopodobieństwo, że tak właśnie rozwinęłaby się sytuacja, jest ogromne. A wtedy wielu wyborców Konfederacji uznałoby, że decyzję liderów partii można podsumować parafrazą znanego powiedzenia: i cnotę stracić, i rubelka nie zarobić. Notowania zaczęłyby spadać.

Konfederacja ma w najbliższym czasie jedną szansę na wywarcie realnego wpływu na rzeczywistość: jeśli jej głosy w Sejmie będą rządzącym potrzebne i trzeba je będzie czymś opłacić. Ale nie głosy jej poszczególnych posłów, politycznie korumpowanych, aby dołączyli do obozu władzy, ale głosy całej sejmowej reprezentacji partii. Zachowanie jedności jest warunkiem dalszej skuteczności.