Kontrrewolucja czy rewolucja?
Jerzy Marek Nowakowski 24.06.2019

Rosyjscy turyści nie polecą do Gruzji. W wyniku fali antyrosyjskich demonstracji w Tbilisi Wladimir Putin polecił zawieszenie lotów Aerofłotu do Gruzji, zakazał sprzedaży wyjazdów do Gruzji przez biura turystyczne i zakaz lotów gruzińskich linii lotniczych do Rosji. To potężne uderzenie w gruzińską gospodarkę, bo Rosjanie stanowili największą grupę turystów odwiedzających Gruzję. To również pełne zastopowanie powolnego, ale jakoś postępującego, procesu łagodzenia wrogości pomiędzy tymi krajami.

 

Niespodziewany wybuch demonstracji w stolicy Gruzji wpisuje się w proces generalnej, chociaż jak się wydaje kontrolowanej, destabilizacji obszaru postsowieckiego. Znaczony ingerencją mocarstw proces formowania nowego rządu w Mołdawii, walka wyborcza i demonstracje w Kazachstanie, oskarżenie byłego prezydenta Ałmazbeka Atambajewa (i politycznego promotora obecnego szefa państwa Soronbaja Żeenbekowa) o korupcję, współpracę z mafią rosyjską i nielegalne przejęcie władzy w Kirgistanie, rosnące napięcie pomiędzy Armenią i Górskim Karabachem, generalne przetasowanie w ramach służb bezpieczeństwa w Azerbejdżanie itd.

Demonstracje przed gruzińskim Parlamentem zaczęły się po tym, jak 26 sesja Zgromadzenia Parlamentarnego Prawosławia, rozpoczęła się pod przewodnictwem rosyjskiego deputowanego Siergieja Gawriłowa. Fakt, że rosyjski deputowany zasiadł w fotelu przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego Gruzji miał wzburzyć obywateli Gruzji tak, że tysiącami (różne źródła podają różne liczby od 7 do 40 tysięcy osób) wyszli na ulice. Antyrosyjska demonstracja niczym podczas „rewolucji róż” wdarła się nawet na chwilę do gmachu parlamentu, doszło do starć z policją, rannych zostało co najmniej 60 osób. Sesję przerwano a rosyjska delegacja uciekła tylnym wyjściem na lotnisko i wyjechała do Moskwy.

Demonstracje trwały całą noc, policja opanowała sytuację dopiero nad ranem 21 czerwca. A zwolennicy opozycji natychmiast wezwali demonstrantów do powrotu przed Parlament następnego wieczora.

Paradoksalnie, nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego. Zgromadzenie Parlamentarne Prawosławia zbiera się już od wielu lat. (Skądinąd również Polska jest wśród jego członków). We władzach (kilka komisji) są przedstawiciele parlamentu Gruzji i od roku było wiadomo, że po Atenach następnym miejscem sesji będzie Tbilisi. Wiadomo było również, że Gawriłow, który jest przewodniczącym tego Zgromadzenia, zasiądzie w fotelu marszałka gruzińskiego Zgromadzenia Narodowego na czas sesji. Wreszcie, wszyscy wiedzieli kim jest Siergiej Gawriłow. Deputowany frakcji komunistów w rosyjskiej Dumie, aktywny uczestnik wojen w Naddniestrzu, Abchazji i Kosowie. Oskarżany o związki ze służbami specjalnymi i przeróżne malwersacje.

Wygląda więc na to, że ktoś świadomie przygotował prowokację wykorzystując fakt zebrania się Zgromadzenia Parlamentarnego w Tbilisi. Powstaje pytanie kto i w jakim celu? Bo podczas demonstracji natychmiast pojawiły się żądania polityczne: od maksymalnego – rozwiązania parlamentu – po personalne, usunięcia ze stanowiska marszałka Irakli Kobachidzego i dymisji rządu, a przynajmniej wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych. Kobachidze, który uczestniczył w posiedzeniu i dopiero po wystąpieniu Gawriłowa wyjechał z wizyta do Baku wrócił i złożył dymisję. Tymczasem Giorgi Gakharia minister spraw wewnętrznych do dymisji podawać się nie zamierza.

Co ważniejsze część przedstawicieli rządzącej partii Gruzińskie Marzenie kierowanej przez oligarchę Bidzinę Iwaniszwilego poparła żądanie nowych wyborów. Również pani prezydent Zurabaszwili wystąpiła z bardzo ostrym potępieniem samego pomysłu zaproszenia Rosjan.

Powstaje pytanie czy przypadkiem nie mamy do czynienia z kolejną sterowaną rewolucją, która ma doprowadzić do ograniczenia wpływów Iwaniszwilego albo zbudować chwiejną równowagę pomiędzy zwolennikami „Gruzińskiego Marzenia” i opozycji po części związanej z byłym charyzmatycznym liderem Michaelem Saakaszwilim. Najbliższe dni pewnie przyniosą przynajmniej wstępne odpowiedzi na to pytanie.

Wątpliwe, by demonstracje tej skali wybuchły całkowicie spontanicznie. Z drugiej strony formuła spotkania przedstawicieli prawosławia była znana i musiała być zaaprobowana na szczeblu politycznym w Gruzji. Pytanie natury politycznej brzmi, kto i dlaczego postanowił wykorzystać tę sytuację. Możliwości są trzy (i to wcale niewykluczające się wzajemnie). Bardzo możliwe, że jest to rozgrywka wewnątrz obozu władzy. Liczne dymisje w rządzie i spory wokół procesu reform, rosnąca popularność opozycji i autokratyczny styl rządzenia z tylnego siedzenia uprawiany przez Iwaniszwilego mogły zmobilizować jego krytyków. Mógł to być również projekt zwolenników Saakaszwilego. I wreszcie może to być część procesu porządkowania sytuacji politycznej na obszarze postsowieckim będąca częścią rozgrywki pomiędzy mocarstwami światowymi.

Demonstracje w Gruzji trwają. A warto pamiętać, że napięcia rosyjsko gruzińskie w ostatnich miesiącach mocno się wzmogły. Podczas wizyty premiera Bachtadze w Stanach Zjednoczonych (niespełna dwa tygodnie temu) Sekretarz Stanu Mike Pompeo oznajmił, że USA będą wspierały Gruzje na drodze do członkostwa w NATO. Wcześniej u wybrzeży Gruzji odbyły się duże ćwiczenia morskie NATO. A wystarczy spojrzeć na mapę by zauważyć, że z Poti czy Anaklii ledwie rzut kamieniem do kluczowego z rosyjskiego punktu widzenia przesmyku Kerczeńskiego i mostu łączącego Rosję z Krymem.

Od dobrych paru miesięcy nasila się również spór graniczny pomiędzy Gruzją a Azerbejdżanem o klasztor „Dawid Garedża”. A w samej Gruzji kościół prawosławny na spółkę ze środowiskami prorosyjskimi szykuje się do kampanii przeciwko organizowanemu właśnie „tygodniowi LGBT”. Wezwania do rozpędzenia demonstracji „dewiantów” płynnie łącząc z apelami przeciwko zbliżeniu z Zachodem. Nietrudno zauważyć, że w większość konfliktów są zaangażowane środowiska związane z Cerkwią prawosławną. Czyli tym środowiskiem, które w Gruzji jest najbardziej prorosyjskie.

Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że destabilizacja sytuacji politycznej w Gruzji była działaniem zaplanowanym. Pytanie brzmi czy podobnie jak w Mołdawii Iwaniszwilego odwiedzi jakiś ambasador sugerując mu objawienie tęsknoty za krewnymi za granicą, czy dojdzie do przedterminowych wyborów, czy może do chwilowej pacyfikacji nastrojów. Chwilowej, bo proces rozpadu rządzącej partii będzie trudno powstrzymać.

Na całym obszarze postsowieckim jako tako trzymają się tylko oczywiste satrapie: Turkmenistan, Tadżykistan i Uzbekistan. Białoruś wije się w zaciskającym się rosyjskim imadle a we wszystkich pozostałych krajach, od najbardziej prozachodnich czyli Ukrainy, Gruzji i Mołdawii poczynając, mamy mniej lub bardziej głębokie kryzysy polityczne. Dwa regionalne mocarstwa Iran i Turcja zajęte własnymi kłopotami nie bardzo mogą wpływać na sytuację w świecie postsowieckim. Przy stole pozostali dwaj główni gracze: Trump i Putin, którzy mają spotkać się za kilka dni w Osace na szczycie G20.

Najsmutniejsze jest to, że jeszcze klika lat temu w Warszawie urywałyby się telefony z pytaniem: co Polska o tym wszystkim myśli. Teraz dzwonków jakoś nie słychać.