Koronasceptyczny euroentuzjazm
Jerzy Marek Nowakowski 27.04.2020

Jakiś miesiąc temu zacząłem pisać odcinek bloga rozpoczynający się od zdania „jestem koronasceptykiem”. I uległem wewnętrznej cenzurze, po paru rozmowach z wystraszonymi znajomymi i rodziną, którzy zarzucili mi lekceważenie niebezpieczeństwa. Teraz, czytając coraz liczniejsze teksty zawierające wątpliwości wobec powszechnej strategii zamykania wszystkiego, żałuję, że tamtego tekstu nie napisałem.

 

No bo coś w tym wszystkim jest nie tak. Obserwując światowe statystyki koronawirusowe otrzymujemy obraz co najmniej dziwny. Jeżeli wirus jest tak straszny, że wymaga zdemolowania całej globalnej gospodarki, to dlaczego nie mamy milionów zachorowań w Indiach czy Chinach? Dlaczego nie wymiera Afryka? Oczywiście statystyki mogą być fałszowane, albo po prostu nie istnieć. Ale jest jakiś dziwny dysonans w tym, że choruje Europa i Ameryka a cała reszta świata jakby nieco mniej. (Przykłady Japonii czy Tajwanu są tutaj szczególnie jaskrawe).

W pewnej chwili sądziłem nawet, że być może wirus jest jakoś genetycznie przystosowany do zarażania białych. Ale amerykańskie statystyki mówiące o nadreprezentacji Afroamerykanów wśród ofiar w USA zdają się temu przeczyć.

No dobrze, nie jestem specjalistą więc nie będę się mądrzył. Niemniej wygląda na to, że w krajach tropikalnych i subtropikalnych wirus jest jakoś mniej agresywny. Co może oznaczać opadnięcie fali epidemicznej w lecie. Stworzy to szansę na wycofanie się z idiotycznych zakazów, które zablokowały całą światową gospodarkę. Tyle, że sens ma wyłącznie skoordynowane działanie. Ostatnie prognozy centralnego banku Szwecji mówią o dwucyfrowym spadku PKB w jedynym kraju, który nie poddał się szaleństwu wirusa. Bo rynki eksportowe, bo linie lotnicze, bo bankructwa w branży turystycznej dotknęły Szwedów bardzo mocno.

O ile nie jestem epidemiologiem, to mniemam, iż mam jakie takie doświadczenie w zakresie polityki międzynarodowej. A tutaj ruiny są niemal tak samo dramatyczne, jak w turystyce. Pandemia ma zasięg globalny. Mam więc takie pytanie: czy jeszcze istnieje coś takiego jak ONZ? Bo zdawać się mogło, iż organizacja globalna, jak mało która, jest powołana do rozwiązywania rzeczywiście globalnego kryzysu. Tymczasem ONZ mogło się zbierać i gromko krzyczeć jak Izrael zbudował dwie chałupy na terenach zamieszkałych przez Palestyńczyków, a wtedy, gdy rozwija się kryzys o wymiarze globalnym to gdzieś po kątach popiskują WHO czy FAO przy organizacji afiliowane a samej ONZ jakoś nie widać.

Niedawno pisałem o kryzysie przywództwa w NATO, kolejnej organizacja, która powinna zajmować się kryzysem uderzającym przecież w podstawy bezpieczeństwa Zachodu. O Komisji Europejskiej nie wspomnę, bo powieszono na niej całe stada zdechłych psów.

Byłoby śmieszne, gdyby nas to boleśnie nie dotykało, że państwa narodowe, które dumnie ogłosiły, iż wygrają wojnę z epidemią radzą sobie równie źle jak organizacje międzynarodowe. Jedynym pomysłem – na skalę globalną – było zamknąć granice, wsadzić ludzi do domów i czekać co się stanie. Co być może ma jeszcze jakiś sens w Nowej Zelandii czy Australii, ale gdzie indziej prowadzi tylko do wzrostu ksenofobii i pogłębiania klapy ekonomicznej. Jednym z najważniejszych zadań dla polityków Zachodu wydaje się przegląd i odbudowa mechanizmów integracyjnych. Państwa narodowe mogą skutecznie wprowadzać ograniczenia praw obywatelskich, gospodarki same nie odbudują. A jeżeli zaczną to robić na modlę północnokoreańską to i dobrobyt będziemy mieli niczym lokatorzy państwa Kimów.

Kiedy czytam o pomysłach na „narodowe wywczasy” – wspieraj rodzimy biznes nie wyjeżdżaj na wakacje za granicę, albo oglądam ”listy hańby” ministra Ardanowskiego to mam wrażenie powrotu do czasów Gomułki. Ogłaszanie podobnych enuncjacji przez państwo, którego wzrost jest oparty na eksporcie jest dowodem samobójczego zacietrzewienia. Kiedy mechanik samochodowy mi tłumaczył, że mamy świetną gospodarkę i sobie poradzimy z kryzysem raz dwa jeśli tylko obcy nie będą przeszkadzać, to mogę go uznać za ofiarę głupich mediów. Jeżeli jednak podobnych odkryć dokonują członkowie rządu to strach się bać.

Nasz dobrobyt jest częścią dobrobytu europejskiego i od projektu europejskiego jest uzależniony. A projekt europejski to coś więcej niż luźna strefa wolnego handlu. Europa bez swobody przemieszczania się ludzi, bez międzynarodowych uczelni wyższych, bez pulsującego ruchu towarów i ludzi, wreszcie bez Komisji Europejskiej próbującej (zgoda – z różnym skutkiem) to wszystko regulować, Europa bez euro i bez wspólnych regulacji prawnych zamieni się w gromadkę małych, skłóconych państewek wiszących u klamki wielkich mocarstw.

I tutaj zaczyna się kłopot. Społeczeństwa ogromnej większości państw unijnych nie chcą europejskiej federacji. Próba pisania konstytucji europejskiej a następnie jej odrzucenie wszędzie, gdzie zapytano o nią obywateli jasno wskazuje, iż cenimy sobie odrębność państwową. Z drugiej strony bez sprawnej europejskiej egzekutywy mamy taki bałagan jaki nastał w wyniku epidemii. Zadaniem polityków musi być znalezienie sensownego kompromisu pozwalającego Europie na sprawne odnalezienie się w pokryzysowym świecie. Wizja Europy Ojczyzn sprzed kryzysu, w którą zdaje się wierzyć kilka rządów, między innymi polski, jest już nieaktualna. Ci, którzy będą ją forsować, znajdą się poza Unią. Nawet jeżeli będzie się to nazywało członkostwem, to w istocie będzie wegetowaniem na kompletnych peryferiach.

Wydaje się sensowne, aby Polska zaczęła dogadywać się co do wspólnej strategii na czas po kryzysie z Danią i Szwecją oraz – oczywiście – także z Czechami i Węgrami. Ponieważ oczywistym polem pogłębiania współpracy będzie strefa euro to państwa pozostające przy własnej walucie powinny wzmocnić współpracę, aby nie znalazły się na marginesie. Ponieważ Wyszehrad dorobił się gęby awanturników nieszanujących wartości europejskich to bez współpracy ze Skandynawami znajdziemy się w jednym worku z Rumunią i Bułgarią, jako przypadkowo włączeni do klubu państw cywilizowanych.

Nieco cynicznie można też próbować reanimacji wizji solidnej i pracowitej północy, która sobie radzi z epidemią i południa, które nie potrafiło nad nią zapanować.

No i rzecz kluczowa. Nie będzie sensownego programu wychodzenia z kryzysu bez gotowości Niemiec do ponoszenia części kosztów. O kształcie przyszłej integracji europejskiej zdecydują w znaczniej mierze Niemcy i Francuzi. Jeżeli Polska chce, aby jej zdanie było słyszalne w Europie, powinna zabrać się do pracy nad reanimowaniem Trójkąta Weimarskiego.

Najważniejszy będzie jednak dobry pomysł. Ten kto potrafi zaproponować reanimację myślenia wspólnotowego a nie federalistycznego czy nacjonalistycznego może okazać się zwycięzcą w pokryzysowej Europie.